Punktualnie o ósmej rano ze snu wyrywa mnie brutalnie budzik. Już dawno nie słyszałam jego dźwięku. Dawno też nie byłam w takiej złej formie jak dzisiaj. Wszystko przez te cholerne strefy czasowe! Chłopcy zaraz po przylocie do USA mieli masę wywiadów do gazet i radia. Na te w telewizji muszą jeszcze jakiś czas poczekać. Chłopaki są bardzo zajęci i jedyna możliwość jakiejkolwiek dłuższej rozmowy z nimi jest możliwa dopiero późnym wieczorem. Ich późnym wieczorem, bo gdy u nich jest dwudziesta trzecia u mnie jest pięć godzin później czyli czwarta nad ranem… Tak więc umówiliśmy się, że gdy Lou ma chwilę wolnego czasu dzwoni do mnie nad ranem na komórkę, abym wygrzebała się spod kołdry i porozmawiała z nim na Skype chociażby te pół godzinki. Ale okej, nie ma się co nad sobą użalać. Odsłaniam zasłony, a za oknem słońce! Pogoda ostatnio strasznie rozpieszcza londyńczyków, aż szkoda mi opuszczać tego kraju gdy jest tu tak jasno. Idę do łazienki, biorę szybki prysznic, układam włosy i robię make – up. Bezdyskusyjnie potrzebuję dziś podkładu i to sporą ilość. Nie dość, że mam worki pod oczami jak zombie to jeszcze przez świecące za oknem wesoło słońce widać je jeszcze bardziej. Kilka pociągnięć gąbeczką i wyglądam jak świeża, młoda bogini. Odrobina różu na policzki, tusz, eyeliner i gotowe.  Podchodzę do szafy i od razu rzuca mi się w oczy strój na dzisiaj. Biała mini spódniczka, pastelowa, różowa marynarka i biały bezrękawnik z żabotem. Do tego złoty pasek, cieliste szpilki na platformie i kopertówka w rozmiarze XXL w tym samym kolorze. Sama siebie zaskoczyłam będąc gotowa pół godziny przed planowanym czasem. Z takim zapasem czasu nie muszę jechać samochodem, mogę się wybrać do szkoły metrem. Cieszę się z tego, bo pewnie po rozpoczęciu pójdziemy z dziewczynami na jakiegoś drinka, a gdybym była samochodem siedziałabym przy coli. Wrzucam do torebki najpotrzebniejsze rzeczy; telefon, iPod, klucze, dokumenty i wychodzę z domu. Wkładam do uszu słuchawki i włączam album Adama Lamberta. Gdy tylko uchyliłam drzwi klatki schodowej przywitało mnie jaskrawe słońce. Jest tak przyjemnie ciepło! Idealny dzień, aby powitać ostatni rok studiów. Szkoda, że nie ma ze mną Louisa… Na pewno jakoś fajnie spędzilibyśmy razem ten dzień świętując rozpoczęcie roku akademickiego. Louis. To nie był dobry moment, aby zacząć o nim myśleć i się nad sobą użalać. Stoję na peronie, a w moich oczach stają łzy. Muszę się jakoś opanować, inaczej cały makijaż spłynie zostawiając za sobą czarną od tuszu dróżkę na moich policzkach. Wdech, wydech i ciche liczenie do dziesięciu z zaciśniętymi powiekami. Pomogło. Otwieram oczy i widzę, że gapi się na mnie spora grupka osób. Czerwienie się i uśmiecham się do nich szeroko, oni trochę zdziwieni odwzajemniają uśmiech i odwracają głowy myśląc, że nie ma co się przejmować wariatką. O! Mój pociąg! Wreszcie mogę uciec przed spojrzeniami wścibskich gapiów.

- Viktoria! – macham do przyjaciółki, która właśnie wysiadła z samochodu. – Oli! Cześć! – odmachała mi wesoło. Zamknęła auto i pobiegła w moją stronę – Dobrze wyglądasz jak na osobę, która romansuje na Skype o piątej nad ranem. – pokazała mi język – I vice versa – odpowiedziałam. – Kurcze, cieszę się, że nie panikujemy i lamentujemy jak ostatnim razem. Chyba zaczynam się już przyzwyczajać do tych ich ciągłych wyjazdów – przyjaciółka wzruszyła smutno ramionami – No też się dziwię, że jest lepiej niż ostatnio. Pamiętasz jak leżałyśmy w łóżkach całymi dniami i gadałyśmy na Skype o tym, że jesteśmy najnieszczęśliwszymi kobietami pod słońcem – uśmiechnęłam się pod nosem na samo wspomnienie – Niezłe z nas desperatki. – zaśmiała się Viki – Chodźmy, za dziesięć minut zacznie się akademia. -dodała.

Weszłyśmy do auli. Jak dobrze widzieć te uśmiechnięte twarze! Jest tutaj cała ekipa, nas, studentów ostatniego roku. Wszyscy witają się radośnie i dopytują jak minęły wakacje. Po przegadaniu całego apelu i krótkim powitaniu nas przez profesora w osobnej sali pomaszerowałyśmy na drinka. Oczywiście nie skończyło się tylko na jednym. Viktoria odwiozła do domu swój samochód i przyjechała chwilę później z mamą. Było bardzo wesoło, ale i bardzo późno. Strasznie się zasiedziałam! Już powinnam być w drodze na lotnisko, a dopiero żegnam koleżanki i próbuję łapać taksówkę. Udało się, biedny facet, nie odpuszczę mu przez najbliższe czterdzieści pięć minut. Pędem jedziemy do mojego mieszkania z którego zabieram tylko walizkę i torbę podróżną. Z smutkiem żegnam na przygotowany na lot wygodny strój dla siebie i zostawiam go na kanapie. Nie zdążę się przebrać i muszę jakoś przeżyć lot w miniówie i szpilkach. Zamykam mieszkanie i wskakuję do windy, po czym od razu ją otwieram. Cholerny bilet! Został w szafce z talerzami… Biegnę pod drzwi mieszkania i jak zwykle szukam w torebce kluczy. Po pół minucie szukania są. Jak zwykle skrupulatnie włożyłam je  do bocznej kieszonki kopertówki, tej zamykanej na zamkiem błyskawiczny, aby, o zgrozo, w razie czego szybko je znaleźć. Wpadam do kuchni i otwieram półkę z talerzami. Nie ma go! Cholerny Hazza, zawsze musi dotykać tego czego nie ma. Otwieram szafkę z przyprawami i znajduję go tam. Z ulgą zamykam drzwi i biegnę do windy. Bieganie na dwunastocentymertowych szpilkach to nie jest mój ulubiony sport, ale muszę dać rady. Wsiadam do taksówki i każę kierowcy zasuwać ile fabryka dała na lotnisko. Patrzę na zegarek. No pięknie… od pół godziny powinnam być na odprawie.

Udało się! Wpadłam do samolotu jako jedna z ostatnich, usiadłam przy oknie i odetchnęłam z ulgą. Chybabym się załamała gdybym nie zdążyła. Czuję, że to będzie dobry lot. Jestem zmęczona całą tą bieganiną, a alkohol pływający we krwi wcale nie dodaje mi energii. Jeszcze tylko słuchawki do uszu i mogę spokojnie się zdrzemnąć… – Przepraszam, proszę się obudzić, lądujemy – powiedział miły głos, a ktoś delikatnie poklepał mnie po ramieniu. Otworzyłam oczy i zobaczyłam przed sobą uśmiechniętą stewardessę. – Proszę zapiąć pasy – dodała. Trochę zaspana skinęłam głową i spełniłam jej prośbę. Zapięłam pasy, a pilot przystąpił do lądowania. Lekkie turbulencje i wstrząs. Taaak, na pewno jestem w domu!