- Wstawaj, wstawaj, WSTAWAJ! Oliwia! Jedziemy do babci! – zawołała mi nad uchem Marcela i zbiegła schodami na dół. Chociaż ważyła maksymalnie trzydzieści kilo, każde uderzenie jej stopy o schodek wydawało mi się głośniejsze niż wybuch bomby atomowej. Ała, moja głowa! Usiałam na łóżku. Zegar wskazywał godzinę ósmą rano – I’ve got a hangover, ułooo… – zanuciłam cicho pod nosem nie był to jednak dobry pomysł. Z moich ust wybył się odór oparów wypitego wczoraj alkoholu. Gdy tylko trafił do mojego nosa od razu ścisnęło mi żołądek. Szybko podniosłam prawą dłoń zakrywając nią sobie usta i wtedy zamarłam. Odsunęłam dłoń od ust, spojrzałam na i nic. Na lewą, i znów nic. Zacisnęłam mocno powieki i otworzyłam je w nadziei, że niedowidzę z powodu kaca, a ten zabieg pomoże mi wytrzeźwieć. Jednak nic z tego. Mój prawy nadgarstek był dalej pusty. Jak mogłam zgubić swój urodzinowy prezent od moich najcudowniejszych przyjaciół? Jak mogłam zgubić swoją bransoletkę i nawet tego nie zauważyć!? Idiotka ze mnie! Jestem wściekła i mam ochotę się rozpłakać. Biorę się jednak w garść i zaczynam myśleć pozytywnie. Być może zdjęłam ją w łazience przed tym jak wzięłam prysznic? To bardzo możliwe zważając na fakt, że mój mózg przestał zapamiętywać to co działo się dokoła mnie już około dwudziestej trzeciej. Nie zwracając uwagi na tykającą w mojej głowie bombę, zbiegam po schodach na dół. Minęłam sofę i po sekundzie zrobiłam krok w tył z nadzieją patrząc na kopertówkę, która towarzyszyła mi wczoraj cały wieczór. Niestety zaglądając do niej tylko pogorszyłam sobie humor. Nie dość, że zgubiłam bransoletkę od chłopaków to jeszcze brakowało moich perfum od Valentino! Zaraz, zaraz… a gdzie mój telefon?! Nie, zaraz naprawdę się popłaczę! Jaką pijaczką trzeba być by zgubić tyle rzeczy w jeden wieczór?! Zdruzgotana opadła bezwładnie na sofę i wtedy poczułam coś pod tyłkiem. Jest! Jest mój telefon! No pewnie, że jest Sherlocku, przecież rozmawiałaś dziś w nocy z chłopakami, pomyślałam. Wstałam z sofy i przeszukałam każdy kąt łazienki, a potem całego domu i podwórka. Moich zagubionych rzeczy nie było nawet śladu. Usiadłam w piżamie na podjeździe przed domem. Mama patrzyła na mnie przez okno jak na kogoś nierozwiniętego psychicznie i pukała się w czoło. W sumie może miała rację tak o mnie myśląc. Bo kto normalny przeszukuje bez słowa cały dom i ogród, a potem siedzi po turecku o wpół do dziewiątej rano na mokrym podjeździe, w samej piżamie, gdy na dworze jest niecałe piętnaście stopni? Powiew zimnego powietrza podziałał orzeźwiająco na mój mózg. Dlaczego wcześniej na to nie wpadłam? Przecież wczoraj nie wychodziłam praktycznie nigdzie z mieszkania Maćka, więc te wszystkie rzeczy powinny być u niego. No ewentualnie zostawiłam je w taksówce, ale o tym na razie staram się nie myśleć. Wyciągnęłam z kieszeni telefon i zadzwoniłam do chłopaka. Odebrał zaspany po czterech sygnałach. Obiecał, że podczas sprzątania przeszukają z chłopakami całe mieszkanie. Zakończyłam szybko rozmowę, bo na podjazd właśnie wjeżdżał tata. Wystraszony wyskoczył z samochodu. Myślał, że coś mi się stało i dlatego siedzę przed domem. Upewniwszy się, że wszystko ze mną okej opieprzył mnie z góry na dół i kazał wrócić do domu. Dobrze, że chociaż on jeden myślał jak dorosły, inaczej zamarzłabym na śmierć podczas, gdy moja młodzieżowa mama tylko by się ze mnie nabijała i machała mi z okna kuchni.

Cały dzień spędziłam u dziadków. Droga do nich to była prawdziwa męczarnia, mój przepity żołądek pomimo, że zażyłam Aviomarin, odczuwał każdy nawet najmniejszy zakręt, każdą dziurę, każdą zmianę biegu… U dziadków było już jednak lepiej. Domowy rosół babci podziałał jak najlepsze lekarstwo na kaca. Spędziliśmy bardzo miły dzień. Maciek dzwonił, że moje perfumy leżały u niego na łóżku. Niestety po bransoletce ani śladu. To trochę zepsuło mi sielankę dzisiejszego dnia. Co teraz mam zrobić? Co mam teraz powiedzieć chłopakom? „Helloł Li, hej Zayn, siemanko Niall, hejka Lou, cześć Hazza co słychać? U mnie super, extra wręcz! Schlałam się wczoraj na imprezie u Maćka i zgubiłam bransoletkę od was, ale biba była zajebista!” I jeszcze moje perfumy w łóżku Maćka… Jestem beznadziejna…

Poranek dnia następnego. Budzę się w paskudnym humorze. Chcę umrzeć, albo odzyskać moją bransoletkę! Jedyną rzeczą która powstrzymuje mnie przed wyskoczeniem z okna jest moje dzisiejsze spotkanie z Maćkiem. Przez całą noc myślałam o tym jak powiedzieć chłopakom o mojej zgubie lub co ewentualnie mogę jeszcze zrobić. Wymyślałam różne teorie zniknięcia bransoletki które mogłam przedstawić chłopakom. Tak więc w mojej głowie rozkwitały rozmaite scenariusze napadu i kradzieży, utonięcia bransoletki w Wiśle, a nawet porwania jej przez kosmitów. Rozważałam również podrobienie bransoletki. Mam kilka zdjęć, na których zdobi ona mój nadgarstek. Plan niby świetny, ale niestety nie mam wolnych stu tysięcy funtów na bransoletkę z białego złota z zawieszkami zdobionymi grubo brylantami i diamentami. Matko, zgubiłam bransoletkę za prawie pół miliona złotych! Robię się blada na samą myśl o tym. Byłam zmieszana, że kupili mi taki drogi prezent, ale oni twardo twierdzili, że dzieląc się sumą na pięciu wcale nie odczuli tego wydatku, bo przeważnie nocują w hotelach, w których płacą więcej niż dwadzieścia pięć tysięcy funtów za jedną noc. To jednak nie daje mi żadnego pocieszenia. Zaciskam mocno poduszkę na twarz, żeby stłumić napad nadciągającego płaczu i paniki. Mam też nadzieję, że przy odrobinie szczęścia się uduszę.
_______________________________________
z okazji tego, że tak Was ostatnio zaniedbuję,
napisałam dla Was niedzielny rozdziałek :)
buziaki:*