Obudziłam się jeszcze przed budzikiem. Jest godzina szósta rano, Maciek jeszcze śpi. Na lotnisku muszę być około godziny dziewiątej. Moje samopoczucie oceniam na umiarkowane. Dalej męczy mnie katar i do tego doszedł jeszcze kaszel, ale czuję się już znacznie lepiej niż wczoraj. Nie jestem taka osłabiona i nie odczuwam bólu gardła przy przełykaniu śliny. Muszę się jeszcze spakować, wziąć prysznic, przygotować się psychicznie do ośmiogodzinnego lotu i wymyślić bajeczkę o zgubionej bransoletce. W sumie te dwie ostatnie rzeczy są niemożliwe, więc na razie o nich nie myślę. Na szczęście nie zdążyłam rozpakować swoich ciuchów gdy przyleciałam do Polski, więc dorzucę kilka rzeczy do walizki i pakowanie będę mieć z głowy. Następnie wzięłam długi prysznic, umyłam i ułożyłam włosy, zrobiłam lekki makijaż i ubrałam się ciepło, na prawdę ciepło, bo klimatyzacja w samolocie może dobić nawet zdrowego człowieka. Jest kilka minut po ósmej, z ciężkim sercem idę obudzić Maćka. Biedak ma naprawdę tylko kilka dni w miesiącu na to aby porządnie się wyspać i dziś dzięki mnie ten dzień jest spisany na straty. Przynajmniej tak mi się wydawało, ale przyjaciel miał do mnie pretensje, że nie obudziłam go wcześniej, bo wtedy porozmawialiśmy sobie jeszcze, a on zmarnował tyle czasu na sen. Okazję do rozmowy mieliśmy przy śniadaniu, a później w samochodzie podczas jazdy na lotnisko. W trakcie, gdy Maciek pakował moją walizkę do auta ja żegnałam moich rodziców. Było mi bardzo przykro, że tak szybko ich opuszczam, ale jestem więcej niż pewna, że niedługo się zobaczymy. Maciek również pożegnał miło moich rodziców i ruszyliśmy na lotnisko. Swoją drogą co za bajerant z niego! Nie wiem jak on to robi, ale moi rodzice i siostra są nim zupełnie oczarowani. Patrzą na niego jak zahipnotyzowani, jak w obrazek. Mam ważenie, że moja mama widząc nas razem wyobraża sobie mnie w białej sukni, a Maćka w eleganckim smokingu przed ołtarzem, lub, co gorsza, mnie, jego i gromadkę swoich małych wnuków. – Mam coś dla ciebie Oli – powiedział Maciek gdy już byliśmy niedaleko lotniska, wyrywając mnie z moich myśli – Znowu? Co takiego? Nie powinieneś mi dawać tylu prezentów. Rozpuścisz mnie, jak moi dziadkowie Marcelę – zażartowałam – Myślę, że będziesz zadowolona z tego co dla ciebie mam – powiedział tajemniczo i tak jak wczoraj zaczął szukać czegoś w schowku, co wywoływało u mnie napad lęku i paniki. – Jeśli chcesz, żebyśmy się rozbili tym samochodem, trafili do szpitala i leżeli na jednej sali to muszę cię rozczarować. Po pierwsze w szpitalach nie ma sal damsko:męskich, a po drugie polecę do USA nawet z rozbitą głową i połamanymi żebrami, dlatego błagam! Patrz na drogę! – zawołałam z sarkazmem – Już, już marudo. Ja nie wiem jak ten gwiazdorek z tobą wytrzymuje zmierzluchu. – Maciek pokręcił głową z zniesmaczoną miną, po czym uśmiechnął się pod nosem. – Nie zasłużyłaś sobie na to, ale okej… daj rękę. – dodał. Z ściśniętej w pięść dłoni upuścił coś na moją otwartą dłoń. Coś zabrzęczało, a następnie moim oczom ukazała się… bransoletka od chłopaków! – Nie wierze! Skąd ją masz?! – zawołałam zachwycona – Wspominałaś mojej mamie, że ją zgubiłaś. Przeszukała dokładnie całe mieszkanie i znalazła ją wczoraj rano pod kanapą w salonie. Musiała ci się zsunąć z dłoni gdy tańczyliśmy – odpowiedział, a jego zadowolenie z siebie było widoczne na jego twarzy – Dziękuje ci! dziękuję! I podziękuj swojej mamie! Znalazła ją wczoraj rano… Wczoraj rano? Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?! W czasie, gdy ta bransoletka leżała sobie spokojnie w samochodzie ja zastanawiałam się jak powiedzieć o tym chłopakom… Ty potworze! – Uderzyłam go pięścią w ramię i zrobiłam obrażoną minę – Proszę bardzo. To się nazywa wdzięczność. Nie mówiłem ci o niej, bo zapomniałem no. Zdarza się. Ale najważniejsze, że się znalazła co? – zapytał, jakby nie znał mojej odpowiedzi – Dziękuję ci bardzo. Co za ulga! – zapięłam bransoletkę na prawym nadgarstku obok tej od Maćka. Zapięłam ją na tyle ciasno, aby znów się nie zsunęła, dbając jednak o to, by krew dopływała do mojej dłoni. Potrząsnęłam nadgarstkiem, a przywieszki wesoło zabrzęczały – Brakowało mi tego dźwięku – powiedziałam oglądając każdą zawieszkę – Przedtem bransoletka ode mnie jeszcze jakoś wyglądała, teraz przy tej od tych tam wygląda jak chiński badziew. – Nawet tak nie mów! Nie obrażaj mojej biżuterii, bo to tak jakbyś obrażał mnie. Jest cudowna, nigdy jej nie ściągnę – chyba się udało go przekonać, bo uśmiechnął się szeroko. Bez większych problemów dotarliśmy na lotnisko, przyjaciel towarzyszył mi aż do samej odprawy ciągnąc dzielnie moją walizkę. Żegnając się z nim i widząc smutek w jego oczach wpadłam na genialny pomysł, którego na razie nie chciałam mu zdradzać – Obiecuję ci, że zobaczymy się wcześniej niż myślisz – powiedziałam z entuzjazmem, którego nie podzielał – Taa, jasne. W przyszłym roku, albo w Boże Narodzenie. – odpowiedział – Obiecuję, a na moich obietnicach można polegać. Widzimy się wkrótce! Trzymaj się i dbaj o siebie – powiedziałam przytulając go na pożegnanie – Ty też. Uważaj na siebie i zdrowiej szybko. Będę tęsknił – wyszeptał – Ja też. Do zobaczenia wkrótce – zawołałam na odchodnym – Pa Oli! – odpowiedział przyjaciel machając mi smutno, po chwili znikł z mojego pola widzenia. Wchodząc na pokład samolotu zrobiło mi się przykro, ale starałam się nie rozklejać i pocieszałam się moim genialnym pomysłem. Gdy tylko wrócę do Londynu od razu zamawiam bilet Warszawa – Londyn dla Maćka. Zawsze zasypuje mnie masą pytań o tym mieście i wiem, że bardzo chciałby je zobaczyć. Dlatego spełnię jego marzenie. Chłopaki jeszcze dobrych kilka tygodni będą w Stanach, więc mogę wykorzystać ten czas dla Maćka. Jestem genialna!

Dobijcie mnie! Tak ogromna zmiana ciśnienia przy chorobie to nie był za dobry pomysł. Zatyka mi uszy, boli mnie głowa, a wszystko kręci się i wiruje. Lou zamówił mi bilet w business klasie, za który zapłacił krocie, ale jestem mu za to dozgonnie wdzięczna. Mogę wygodnie położyć się na ogromnym fotelu, zamiast pchać się w trzy osoby na niewielkich, niewygodnych, niemal autobusowych kanapach. Dostałam dwa koce, co chwilkę dostaję gorącą herbatę, a stewardessy co jakiś czas sprawdzają jak się czuję i pytają czy czegoś jeszcze potrzebuję. Przede mną jeszcze jakieś cztery godziny lotu, właśnie zaczynam słuchać od nowa swojej playlisty w iPodzie. Pierwszą piosenką jest oczywiście „What Makes You Beautiful” piosenka, która zmieniła moje życie i którą już jutro usłyszę śpiewaną na żywo przez moich najlepszych przyjaciół. Aż trudno mi uwierzyć w to, że tylko kilka godzin dzieli mnie od spotkania z nimi. Na razie niestety muszę się tylko pocieszyć ich głosami z nagrania.
__________________________
helo dziewczyny :) przepraszam, że tyle to
trwało, ale wreszcie jest :) chciałam tylko
powiedzieć, że sajgon w moim domu został
zażegnany:D woohoo :D

buziaki, miłego wieczoru!:*

Ps. Witam wszystkie nowe dziewczyny! :D
Wow, to bardzo miłe, że pomimo tylu
rozdziałów zaczynacie to czytać od początku
i jeszcze tak miło komentujecie:) buziaki dla Was:*

i dla moich „starych” czytelniczek oczywiście też!:***