Zza dresowych spodni chłopaka wystawał kawałek bokserek. Niby nic takiego, ale to były bokserki, które kupiłam ja sama. Ohydny, ale i specyficzny zgnito-zielony kolor w czarne groszki. Ostatnie trzy pary w rozmiarze M jakie udało mi się dostać. Kupiłam je, gdy Lou u mnie mieszkał przed rozwodem rodziców, a nie zabrał z domu niczego, z pieniędzmi i bielizną włącznie. To był Louis, coś stało się mojemu chłopakowi! Ta wiadomość mnie przytłacza i sprawia, że oddycham z coraz większą trudnością. Staram się uspokoić, to przecież telewizja śniadaniowa, plotkarze, łgarze i kłamcy. Poza tym Harry nie pisałby do mnie o głupotach, jeśli coś stałoby się jego przyjacielowi. Zaczynam myśleć racjonalnie. Biegnę po telefon i wybieram numer mojego sprawdzonego informatora. Louis, o ile może mówić i jest przytomny, na pewno uspakajał by mnie, mówiąc, że to nic takiego, za to Hazza nigdy by mnie nie oszukał.

- Halo? – powiedział zaspany

- Cześć Harry.

- Coś się stało? – zapytał ożywiony, gdy rozpoznał mój głos

- Tak stało się. Dlaczego nikt mi nie powiedział, że Loui jest w szpitalu? Co się mu stało? – dopytywałam zdenerwowana

- Oli, spokojnie. Nic mu nie jest – odpowiedział Harry

- Jak to nic mu nie jest?! Widziałam w telewizji, że tracił przytomność na stojąco! Harry naprawdę cię błagam powiedz mi co się stało, proszę – ostatnie zdanie wypowiedziałam łamiącym się półgłosem, nie mogłam pohamować emocji

- Oliwia, nie denerwuj się, już ci wszystko mówię – chłopak wypuścił powietrze z płuc i mówił prawie szeptem

- Louis zatruł się… emm… Louis… przedawkował. – wyznał

- Co takiego? Ale… To te witaminy od Andiego. – skojarzyłam – Co? Jakie znowu witaminy…? Emm, dobra, nieważne. Lou zatruł się jakimś świństwem. Wzięli go na płukanie żołądka, poleżał w szpitalu trzy dni, dziś go wypuścili wypoczywa w hotelu i wszystko jest okej – powiedział

- Okej? Hazza, nic nie jest okej. To zdarzyło się trzy dni temu i nikt mi o tym nie powiedział? Dlaczego? – zapytałam z wyrzutem

- Louis prosił nas o dyskrecję. Nie chciał cie martwić – odpowiedział lekko zakłopotany

- Świetnie mu to wyszło. – zauważyłam opryskliwie przypominając sobie o sytuacji z Ritą którą też „nie chciał mnie martwić”

- Przepraszam, ale nie miałem wyboru – powiedział chłopak

- Nieważne, słuchaj, mam do ciebie sprawę. Możesz załatwić mi wizę do stanów? – chyba zaskoczyłam go tym pytaniem, bo przez chwilę się nie odzywał

- To chyba nie jest najlepszy moment na odw…

- Harry, pytam czy mógłbyś mi pomóc w zdobyciu wizy do stanów, a nie o radę na datę odwiedzin. – zganiłam go

- Poczekaj, oddzwonię za piętnaście minut, zobaczę co da się zrobić. Chociaż na prawdę nie ma potrzeby, żebyś przylatywała – powiedział

- Dzięki za radę, zapamiętam. A tym czasem czekam na twój telefon. Trzymaj się

- Do usłyszenia – odpowiedział chłopak i rozłączyłam się.

To były najdłuższe dwadzieścia trzy minuty i siedemnaście sekund w moim życiu. Wskazówka w którą się wpatrywałam chyba robiła sobie ze mnie żarty, bo prawie cale się nie poruszała. Lewie opanowywałam się przed złapaniem za telefon i zadzwonieniem do Hazzy, ale wiedziałam, że skoro obiecał, że zadzwoni to na pewno to zrobi. Każdą sekundę nowej minuty odliczałam w innym języku, aby choć na chwilę zająć czymś innym myśli. Gdy właśnie byłam przy drei und dreißig minuten und sieben sekunden zadzwonił Hazza

- I jak? – zapytałam od razu

- Masz wylot za trzy godziny, terminal piąty. Na lotnisku będzie czekał na ciebie facet, który da ci bilet i wizę. – oznajmił rzeczowo

- Dziękuję Harry, dzięki, dzięki, dzięki! Prosiłam tylko o wizę, ale cieszę się, że pomogłeś mi też z samolotem. Oddam ci pieniądze za bilet jak będę już w stanach. – powiedziałam szczęśliwa, że udało mu się to załatwić

- Nie wygłupiaj się, to nic takiego. Nie chcę żadnych pieniędzy, przyjaciele powinni sobie pomagać – odpowiedział już odrobinę weselszym głosem

- Wiem i pamiętaj, że też możesz na mnie zawsze liczyć. – przypomniałam mu

- Dziękuję. Będę pamiętał – zapadła chwila ciszy – Oli? A tak właściwie to czemu zadzwoniłaś do mnie, a nie do Louisa? – zapytał

- Nie wiedziałam co z nim, jak się czuje i czy jest jeszcze w szpitalu. Poza tym wciskałby mi kity, że nic się nie stało, a przy tobie mam pewność, że mnie nie oszukasz – wyjaśniłam prosto z mostu

- Masz o mnie dobre zdanie – skomentował

- Bo jesteś dobrym człowiekiem. Dobra lecę się pakować, a ty śpij. Przepraszam, że cie obudziłam i że na ciebie nakrzyczałam – powiedziałam szczerze

- Do usług, miłego lotu i do zobaczenia – powiedział miło.

- Jeszcze raz dziękuję za pomoc, dobranoc.

- Dobranoc Oli.

Uff, udało się. Po rozmowie z Harrym jestem dziwnie odprężona i uspokojona. Ten chłopak ma głos który leczy, powinien mieć własny program w religia tv. Mógłby uspakajać swoim głosem i uśmiechem stare, rozhisteryzowane emerytki. Chociaż może lepsza byłaby audycja w radio, bo na widok tej ślicznej buźki i dołeczków biedne babcie mogłyby dostać zawału…

 

- Cześć Viki, słuchaj, nie martw się o mnie, nie będzie mnie jutro w szkole – zadzwoniłam do Viki już z samochodu, gdy jechałam na lotnisko

- Coś się stało? Znowu jakaś grypa? Oli, wykończysz się, wylecz się wreszcie porządnie – zaspana przyjaciółka nawet nie dała mi wytłumaczyć

- Nie, to nie to. Jestem zdrowa jak koń, ale Lou… nieźle zatruł się jakimiś świństwami, trzy dni leżał w szpitalu, teraz wypoczywa w hotelu. – powtórzyłam wszystko co wiedziałam od Harrego

- Co takiego?! Ale… jak to? Dlaczego mi nie powiedziałaś wcześniej? – zapytała z wyrzutem

- Sama nie wiedziałam. Dziś rano widziałam materiał w śniadaniówce, na którym lekarze prowadzili jednego z członków One Direction do karetki, ale chłopak był zamaskowany i nie wiadomo było który to. Wyglądało to strasznie, oni prawie go ciągli, cały czas tracił przytomność… Dopiero gdy wciągali go do karetki poznałam, że to mój Lou. Nieźle się wystraszyłam. – wyjaśniłam głosem pełnym emocji

- Liam niczego mi nie powiedział! – oburzyła się Viki, po czym dodała już spokojniej – Oli, tak mi przykro. Ale co to ma do twojej jutrzejszej nieobecności w szkole? Chyba nie będziesz leżeć i płakać w poduszkę, co? To naprawdę nie jest sposób na rozwiązanie tej sytuacji.

- Nie, nie będę płakać do poduszki – zaśmiałam się smutno – Od razu po tym jak wyemitowali ten materiał i doszłam do siebie to zadzwoniłam do Hazzy. Powiedział, że to Lou poprosił chłopaków o to, aby niczego nam nie mówili. Porozmawiałam z Harrym i zapytałam czy ma możliwość załatwienia mi wizy do Stanów. Udało się, wylatuję za godzinkę. Lou mnie teraz potrzebuje, chłopaki mają wywiady i występny, a Lou jest pewnie sam. Chcę mu jakoś pomóc, zaopiekować się nim. Może to pomoże nam trochę odświeżyć nasz związek i zbliżyć się znowu do siebie. – wyjaśniłam

- Ach, Oli, ale ci zazdroszczę! Zobaczysz chłopców -powiedziała Viki nieco smutnym głosem. Zrobiło mi się strasznie głupio, że nie poprosiłam Hazzy o dwa bilety.

- Uwierz mi, wolałabym ich nie widzieć, a mieć zdrowego Louisa. Przepraszam, że nie załatwiłam ci biletu, nie miałam do tego głowy, tak się wystraszyłam…

- Spoko, Oli, przecież nic się nie stało. Najważniejsze, że Lou jest cały – odpowiedziała Viki od razu

- Dziękuje, cieszę się, że cię mam – powiedziałam szczerze

- I vice versa – odpowiedziała

- Dobra, jestem już na lotnisku, muszę kończyć. Wieczorem dam ci znać co u naszych dzieciaków – oznajmiłam

- Udanego lotu, ucałuj ode mnie chłopców

- Oczywiście, pa Viki!

- Pa! – odpowiedziała przyjaciółka.

 

Na lotnisku w Londynie bez większych problemów znalazłam faceta z białą kartką z ogromnym napisem WaOli Salkin, na który zareagowałam śmiechem. Teraz jestem już w Nowym Jorku i pokazuję paszport niezbyt miłemu panu który świdruje mnie wzrokiem. Od razu wychodzę na zewnątrz złapać jakieś taxi. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu lot do Stanów był bardzo przyjemny. Spałam przez prawie całą podróż, nie było żadnych turbulencji i nawet się nie obejrzałam, a minęło osiem godzin. Nie brałam walizki, do torby podręcznej spakowałam tylko bieliznę na zmianę, dwie koszulki i szczoteczkę do zębów. No i mam jeszcze to co na sobie, czyli spodnie, adidasy, sportową kurtkę, czapkę, koszulkę i bluzę. Zaczynam tego żałować, bo jest słonecznie, niemal jak w lecie, ale bardzo mroźno. Brr, w Nowym Jorku jest jeszcze zimniej niż w Anglii, mam nadzieję, że szybko znajdę jakiś transport do hotelu chłopców. Podchodzę do krawędzi chodnika, a tu kolejny facet z kartką „WaOli Salkin”, tym razem taksówkarz.

- Witam, Oliwia Salkin. Pan czeka na mnie? – zdziwiłam się

- Polecenie pana Stylesa, zapraszam – powiedział otwierając mi drzwi.

W życiu nie odwdzięczę się Hazzie! Nie musiałam nawet mówić, gdzie chcę jechać, a po odtransportowaniu mnie do celu miły pan nie chciał ode mnie pieniędzy. W hotelu podeszłam do recepcji i bez żadnych problemów dostałam kartę do drzwi apartamentu chłopaków. Recepcjonistka poinformowała mnie też, że chłopcy pojechali na próbę dźwiękową i że wrócą dopiero za trzy godziny, ale bez problemu mogę zaczekać u nich. Musiałam ją trzy razy dopytywać, czy wyjechali całą piątką i czy Louis opuszczał hotel, a ta zarzekała się, że tak. Byłam nieźle skołowana, przecież Lou jest chory, wczoraj wyszedł z szpitala, a dziś jest już na próbach? To pewnie sprawka Andiego. Poprosiłam, aby recepcjonistka zamówiła mi taksówkę do miejscu pobytu chłopaków.

____________________________
Dzień Dobry Wszystkim! (oprócz Dir:P)

Dzięki za wszystkie komentarze do ostatniego
rozdziału ;) Okej, będę tłumaczyć, a raczej pisać
wszystkie internetowe wiadomości chłopców w
naszym ojczystym języku (czyli Polskim ;P)

Co do akcji i historii w rozdziałach to niestety
musi być kilka „zwyklejszych” rozdziałów po
których rozkręca się akcja :) Chcę, aby to toczyło
się mniej więcej jak w normalnym życiu i nie
zrobiło się z tego moda na sukces w której
bohaterowie nie mogą przeżyć nawet pół dnia
na spokojnie :) Akcja się rozkręci dziewczyny :)

 

Dir – ha ha ha, proszę się ze mnie nie nabijać:
lepiej zmienić się później niż wcale, uczymy się
przez całe życie! :P Wiesz, że za równy miesiąc
o tej porze będziemy już po koncercie Biebsa :D
/a ja dalej nie umiem na pamięć jego piosenek :(/

buziaki ;*