- Oliwia? – zapytał od razu strapionym głosem. Mam takie wyrzuty sumienia, że nie wiem co powiedzieć, ale wiem, że muszę się odezwać, aby chłopak usłyszał mój głos i wiedział, że wszystko jest okej.

- Cześć Harry – rzuciłam głupio

- O mój boże Oliwia, jak dobrze cię słyszeć… Nic ci nie jest? Tak strasznie się o ciebie martwiłem! – w jego łamiącym się głosie zamiast złości słychać ulgę, szczęście i zmartwienie… Zamiast zmieszać mnie z błotem za olewanie ich, on nadal się o mnie martwi!

- Tak, wszystko okej. Przepraszam cię Harry, ja… przykro mi, że się o mnie martwiliście. Nic mi nie jest.

- To nic, najważniejsze, że jesteś cała i zdrowa. – wyznał szczerze – Chłopaki, to Oliwia! Wszystko z nią okej! – usłyszałam jak woła do chłopaków – Pozdrów ją! Powiedz, że już nie żyje i jestem obrażony! Zayn oszalałeś?! Nie mów jej tego! Zamknij się Niall! Utopie cie! LIAAAAM!! – usłyszałam krzyki i chlust wody – Chłopaki cię pozdrawiają, jesteśmy na basenie, mamy jakiś obowiązkowy trening, a zaraz idziemy spać.

- Właśnie słyszałam jak mnie pozdrawiają – uśmiechnęłam się blado – Pływasz z telefonem?

- Nie kąpałem się, nie mam ochoty. Strasznie się martwiliśmy… Co się stało? Dlaczego się nie odzywałaś? – zapytał.

- Chcesz wersję oficjalną i bardziej optymistyczną czy prawdziwą, ale niezbyt wesołą? – byłam gotowa wyznać mu prawdę, przynajmniej tyle należało mu się za jego zszargane nerwy i za to, że teraz stara się na mnie nie nawrzeszczeć.

- Dawaj obie.

- Wróciłam do domu, położyłam się do łóżka i zasnęłam, a telefon zostawiłam w aucie.

- Rozumiem, że ta była oficjalna. A jak było naprawdę? – zapytał

- Miałam stłuczkę na parkingu osiedlowym. Stłuczkę z betonowym słupem…

- Nic ci nie jest!? Jesteś ranna? Jak to się stało? Jezu Oli, co się dzieje?! – zalał mnie pytaniami

- Nic mi nie jest. Emm…, nie wiem jak to wyjaśnić. Widziałeś film Tokio Drift? – zapytałam

- Taak…? – odparł niepewnie

- Chciałam spróbować, czy też tak potrafię i niestety zderzyłam się z słupem. Wystraszyłam się i jak zwykle zaczęłam płakać, aż wreszcie zasnęłam w samochodzie. Dopiero Viki mnie obudziła.

- Oliwia, uważaj na siebie i nie rób tak więcej! To nie jest zabawne, a w filmie te triki wykonywali kaskaderzy. Boże dziewczyno, skąd ty bierzesz te pomysły?! Wiedziałem, że nie powinienem cię puszczać samej! Błagam cie , Oli nie rób więcej takich rzeczy! Nie jesteś nieśmiertelna, to jest NIE-BEZ-PIE-CZNE!!! – jego nerwy puściły, Hazza nawrzeszczał na mnie jak na swoje nieodpowiedzialne dziecko.

- Ale Harry, nic się nie stało. Nie uderzyłam znowu tak mocno… tylko zadrapałam i zagięłam bok samochodu, nic wielkiego… – tłumaczyłam się przed nim jak mała dziewczynka

- Jak to nic wielkiego? Już raz napędziłaś nam stracha wypadkiem samochodowym, nie chcę tego drugi przeżywać, nie chcę drugi raz myśleć, że cię straciliśmy, rozumiesz? Przecież coś mogło ci się stać!

- Ale nie stało. Żyję i mam nauczkę na przyszłość – przyznałam.

- Mam nadzieję. – odpowiedział chłopak ojcowskim tonem

- Przepraszam, że się denerwowaliście – przeprosiłam szczerze jeszcze raz

- To nic, najważniejsze, że żyjesz – odparł milszym głosem

- Harry? – zapytałam niepewnie

- Hmm?

- Co z… – zacisnęłam powieki i skoncentrowałam się, aby jego imię przeszło mi przez gardło – Co z Lou? Jak on się czuje?

- Hmm, co z Lou…? Najlepiej jak opowiem ci skróconą wersję tego co działo się u nas przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny. Zwolniliśmy Andiego. Natychmiastowo. I tym sposobem zostaliśmy bez managera. Zadzwoniliśmy do Simona i opowiedzieliśmy mu wszystko ze szczegółami. Simon rzucił wszystko i przyleciał do nas. Zajął się naszymi sprawami, szuka dla nas managera, a Louiego wysłał do kliniki na detoks… Nie czuje się najlepiej, ma typowe objawy odstawienia narkotyków. Ale wyjdzie z tego. – serce ściska mi się z żalu, mój biedny, słaby chłopak. Potrząsam otrzeźwiająco głową. Nie mogę tak o nim myśleć. Jest słaby i mi go szkoda, ale nie jest mój… – Jesteś tam? – głos Hazzy ściągnął mnie na ziemię.

- Tak. Biedny Lou… – ał, wypowiadanie jego imienia bez wcześniejszego przygotowania naprawdę pali moje gardło i przełyk, a w konsekwencji wywołuje powstanie łez, które gęsto kapią z moich policzek. Przełykam cichutko kluskę, która rośnie w moim gardle – Chciałabym mu pomóc, ale wiem, że nie mam mu niczego do zaoferowania.

- Też chciałbym mu pomóc, ale niestety sam wpadł w to bagno i sam musi z niego wyjść. Nie zawracaj sobie nim głowy, jest pod dobrą opieką. Co z tobą? – zapytał

- Chyba okej. -  odpowiedziałam łamiącym się głosem. To nie zabrzmiało zbyt wiarygodnie. Usiadłam na podłodze i zacisnęłam powieki, aby się skupić – Jest mi przykro, ale pomału przyjmuję tą myśl do siebie – skłamałam, pocierając dłonią o czoło. Nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy.

- Mam przylecieć do ciebie? – zapytał, a ja już zupełnie się rozkleiłam. Mam wielką ochotę odpowiedzieć ‚tak’. Przy Hazzie nie muszę niczego udawać, mogę być sobą i nie okłamywać wszystkich dokoła i samej siebie, że jest okej. Ale wiem, że nie mogę tego zrobić. Odetchnęłam głęboko zbierając w sobie wszystkie siły, aby jeszcze raz mu odmówić.

- Powtarzam ci po raz setny; nie ma takiej potrzeby, Harry – odpowiedziałam w miarę spokojnie.

- A Niall? Zayn? Albo Liam? Może wolisz, żeby oni przylecieli? – a może L.? pomyślałam i od razu tego pożałowałam, bo kluska w moim gardle praktycznie uniemożliwiła mi mówienie. Odczekałam kilka sekund.

- Jeśli chciałabym, żeby któryś z was do mnie przyleciał to byłbyś to właśnie ty Harry. Ale nie chcę, okej? – udało mi się jakoś wykrztusić

- Dziękuję – odpowiedział szczęśliwy. Tak, rzeczywiście ze wszystkich moich przyjaciół faworyzuję właśnie jego i oczywiście Maćka, ale to chyba żaden powód do radości? Ciekawiło mnie dlaczego się cieszy, ale byłam bardziej zajęta opanowaniem nierównego oddechu i powstrzymywania się od szlochu, dlatego wolałam nie pytać.

- Idę się położyć, jestem wykończona – powiedziałam

- Jasne, idź. Wyobrażam sobie, że spanie w aucie nie należało do najwygodniejszych. Trzymaj się i dzwoń gdybyś czegoś potrzebowała… gdybyś potrzebowała mnie.

- Dzięki Harry. Pozdrów ode mnie chłopaków. Pa

- Na razie mała – pożegnał mnie przyjaciel.

Muszę zacząć w miarę normalnie oddychać, aby się nie udusić. Tylko jak to zrobić? Mój L. na detoksie! Nawet nie mogę sobie wyobrazić tego jak on się teraz czuje… A ja nie mogę mu pomóc, nie mogę nic dla niego zrobić. Chociaż… Usuwając się z jego życia zrobiłam mu wystarczającą przysługę. Teraz może skoncentrować się tylko na sobie. Powinnam być z siebie dumna. Ale nie jestem i tylko staram się jakoś pocieszyć. Ta myśl, ta świadomość, to uczucie, że L. już nigdy nie będzie mój przygniata mnie do podłogi jak ogromny głaz i nie pozwala normalnie funkcjonować. Muszę się pozbierać, nie mogę się nad sobą użalać. Nieudolnie podnoszę się z podłogi. Dobrze, że Viki zmusiła mnie do wzięcia prysznica. Biorę z blatu Iphona oszukując się i łudząc, że być może zadzwoni ON oraz po to, aby być pod telefonem dla moich przyjaciół. Jeden dzień zmartwień im wystarczy. Idę do sypialni. Tak jak stoję rzucam się na łóżko i szczelnie okrywam kołdrą. Już nigdy się stąd nie ruszę. Pozwalam sobie na chwilę słabości i szlochając w poduszkę myślę o tych wszystkich cudownych chwilach spędzonych z L. O naszym pierwszym pocałunku w deszczu, imprezach, kolacjach, długich rozmowach, o naszych pierwszych i ostatnich wspólnych wakacjach… Przypominam sobie też te zupełnie zwyczajne dnie, które spędziliśmy razem na oglądaniu telewizji czy leżeniu w łóżku… Teraz nawet te momenty wydają mi się niezwykłe, bo wiem, że już nigdy się nie powtórzą…

______________________________________
dołujący rozdział, dołująca pogoda,
a w moim sercu wiosna i radość! :D
Przepraszam, że tak długo nie było
rozdziału, ale dopinałyśmy z Dir na
ostatni guzik nasz WYJAZD NA BIEBSA!!! :D
(chociaż i tak sukcesem będzie, jeśli
nie pomylimy żadnego pociągu i uda
nam się dotrzeć do Łodzi na czas! :P)

Nie cieszę się jednak za wcześnie,
bo dalej czekamy na kuriera z biletami…
Dobra cieszę się za wcześnie i to cholernie! :D

Skoro już się tak chwalę to pochwalę się
czymś jeszcze. Miałam ostatnio swoją chwilę
sławy i zapowiadałam występ chłopaków
na Red Nose Day :D a co mi tam, skoro
tak ładnie prosili :P Po występie udaliśmy
się na after party :D hahaha :D oto filmik
z tego wydarzenia… tak, tak wiem.
WYGLĄDAŁAM BOSKO :D

buziaki, Wasza zBieber’ała Miss Piggy,
która i tak najmocniej kocha głuptasów
z ONE DIRECTION ♥

UWAGA:

przez kilka najbliższych dni mogę nie dodawać
rozdziałów często i systematycznie iż nie mogę
się skupić :/ poza tym muszę kuć na pamięć teksty
piosenek Dżej Bi, które wchodzą mi słabiej niż te
naszych chłopców. Myślę, że po Wielkanocy moje
życie
znowu wróci do normy :)

 

PS. Razem z małym Larrym chcieliśmy Was serdecznie
WSZYSTKIE pozdrowić :* (pytam go co 3 minuty czy
chce kupe, albo siku :P) Larry chciał także poinformować
o swojej zmianie stylu – zamiast sportowych koszulek w
w paski po tacie Lou, mały nosi teraz eleganckie koszule
jak tata Hazza :D Bardzo chciał wszystkim pokazać swoją
dziurę w rękawie :D

buziakii dla Was od naszej dwójki♥