Dni uciekają mi przez palce. W moim otoczeniu nie dzieje się absolutnie nic. Ani nic dobrego, ani nic złego. Czuję się jak poboczna obserwatorka swojego własnego życia. To takie uczucie jakbym stała z boku i tylko się przyglądała temu wszystkiemu co ze mną się dzieje. Nie mam absolutnie żadnego wpływu na swoje życie, a raczej nie chcę go mieć. Ono po prostu się toczy. Każdy mój dzień wygląda tak samo. Prawie codziennie przychodzi do mnie Viki. Przyjaciółka odwiedza mnie o stałej porze, co jest wielkim plusem, bo wiem, kiedy mam wyjść z łóżka, ogarnąć się i wykąpać. Trochę z nią rozmawiam i zapewniam, że wszystko u mnie jest okej. Przeważnie jemy też razem jakiś obiad. Po jej wyjściu jestem wykończona udawaniem wesołej i sztucznym uśmiechem, ale muszę jeszcze skontaktować się z którymś z chłopców, albo odebrać od nich telefon. Ich również zapewniam najszczęśliwszym głosem na jaki mnie stać, że moje życie jest cudowne. Co kilka dni dzwoni też mama lub Maciek, którym mówię dokładnie to samo co chłopcom z tą różnicą, że nie wiedzą oni jeszcze o zerwaniu z L. i jak na razie nie ma potrzeby, abym im powiedziała. Po wszystkim uciekam na kanapę, przed telewizor i szczelnie okrywam się kocem izolując się od świata. Leżę tak całą resztę dnia, gapiąc się tępo w programy nadawane na Discovery Channel. Jest to jedyny kanał na którym na pewno nie polecą żadne informacje o chłopcach. Nie mam ochoty na oglądanie twarzy L. W sumie to mam, ale wiem, że lepiej dla mnie i przede wszystkim dla niego jeśli o nim zapomnę. Nie płaczę, nie użalam się nad sobą, niczego nie rozpamiętuję. Na swój sposób nawet nie cierpię. Po prostu się wyłączam i staram się jakoś dotrwać do następnego dnia, który będzie powtórką wszystkich poprzednich. Nie wiem ile czasu minęło od mojego powrotu z USA. Nawet nie chcę tego wiedzieć. Nocami prawie nie sypiam. Może dlatego, że staram się usnąć na kanapie zamiast w łóżku? A może powodem mojej bezsenności jest brak jakiegokolwiek ruchu przez dzień? Może po prostu nie śpię, bo nie spalam energii? Staram się dotrzeć do powodu braku senności, bo bardzo mi ona doskwiera. Chciałabym zasnąć i nie myśleć o niczym. Najlepiej, gdybym mogła obudzić się kilka tygodni później nie wiedząc kim był dla mnie L. Tak, na tą chwilę jest to moje największe marzenie. Przydałyby mi się tabletki na lepszy sen, niestety aby je dostać musiałabym wyjść z mieszkania, a jak na razie taka opcja nie wchodzi w grę. Zaciskam powieki i oczyszczam umysł z wszystkich zbędnych myśli. Pół w śnie, pół na jawie niecierpliwie przeczekując godziny do końca dnia.

 

Kolejny, monotonny dzień. Na szczęście najcięższa część już za mną. Wmusiłam w siebie połowę obiadu, który przygotowała przyjaciółka pożegnałam ją i porozmawiałam z Niallem. Dowiedziałam się od niego, że u chłopaków wszystko okej, od kiedy wyrzucili Andiego mają więcej czasu na odpoczynek, na wyskoki na miasto, rozrywkę i przyjemności. Co prawda nadal martwią się tym, że nie mają nowego managera, ale nawet mimo to są szczęśliwi. Czują się po prostu wyluzowani, wypoczęci i w reszcie czerpią sto procent satysfakcji z tego co robią. Niall pochwalił się, że nawet fanki zauważyły, że chłopcy są bardzo energiczni. Jak przystało na jego delikatną naturę, nawet słowem nie wspomniał o L. I dobrze, oszczędził mi tylko bólu, a sobie niezręcznej sytuacji. To właśnie dlatego jeśli to ja dzwonię do chłopców to najczęściej wybieram Nialla. Wystarczy, że posłucham co u nich, opowiem co u mnie, obiecam, że pozdrowię Viki i rozmowa zakończona. Teraz mogę założyć wygodny dres, zamknąć drzwi wejściowe na wszystkie zamki i wrócić do swojej bezpiecznej kanapy. Z ulgą kładę się na niezbyt wygodnym meblu, włączam Discovery i wyłączam mózg. Jest dobrze, a byłoby idealnie gdybym mogła usnąć, albo… umrzeć. Oczywiście z przyczyn naturalnych, czy jakiejś choroby, bo przecież nie mogę sobie podciąć żył. Nie, ze względu na moich bliskich i L., który pewnie czułby się winny mojej śmierci, a to ostatnia rzecz jakiej mu życzę. Jak zwykle resztę dnia postanawiam spędzić pod kocem. Ku swojej wielkiej uciesze po kilkudziesięciu minutach prawie udaje mi się zasnąć. Prawie, bo ktoś zaczyna walić w drzwi mojego mieszkania! A niech to szlag! Jestem wściekła!! Ale i zdziwiona swoją reakcją. Pierwszy raz od wielu dni czuję jakieś emocje. To takie… dziwne. Chociaż chyba wolę być znieczulona… kolejna seria walenia w drzwi. Tak na pewno wolę być znieczulona! Jestem wściekła, mam ochotę zabić tego kogoś za drzwiami. To na pewno listonosz lub kurier! Jeśli to ten pierwszy to skrzynka pocztowa znajduje się na parterze, a jeśli ten drugi to niech sobie zabierze swoją przesyłkę, niczego nie zamawiałam. Chcę mieć chwilę spokoju. Czy to tak wiele? Znowu pukanie. Zarzucam poduszkę na głowę i zaciskam ręce na uszach. Nie dość, że ktoś przerwał moją drzemkę, która jest na wagę złota, to teraz jeszcze chamsko dobija się do drzwi! Ludzie, czy tak trudno zrozumieć moją aluzję? Nie otwieram, bo nie mam ochoty na niczyje towarzystwo… Przyjemnie ciepło i ciemno pod tą poduszką. Albo się uduszę, abo usnę. Obie opcje są bardzo kuszące, dlatego zostaję w tej pozycji, staram się wyciszyć i odrzucić wszystkie negatywne emocje. Uspokajam oddech, w mojej przestrzeni robi się cicho. Niechciany gość skapitulował. I dobrze. Rozluźniam się, by po chwili moje serce zaczęło bić jak szalone. A to za sprawą odgłosu jaki usłyszałam. Ktoś trzasnął moimi wejściowymi drzwiami. To niemożliwe! Przecież nikt nie ma do nich kluczy, a dam sobie obciąć obie dłonie, że zamknęłam je niecałe dwie godzinki temu. Czuję jak serce boleśnie obija się o moją klatkę piersiową. Tak, niby wspominałam o tym, że chcę umrzeć, ale chyba odzywa się we mnie instynkt przetrwania. Jestem przerażona. Ruszyć się? Zawołać coś? A może udawać, że śpię? Adrenalina uderza mi do głowy i powolutku podnoszę się z kanapy. Siadam na niej z przerażeniem patrząc w salonowe drzwi. Ktoś rzuca coś ciężkiego na podłogę i rusza w moją stronę. Słyszę kroki. Są one coraz głośniejsze i coraz bardziej wyraźne. Zaciskam powieki i gdy ponownie je otwieram mój niechciany gość spogląda na mnie zza progu z nieodgadnionym wyrazem twarzy, a zastanawiam się czy aby na pewno nie śnię i co jeszcze powstrzymuje mnie przed straceniem przytomności.

______________________________________
OMG wreszcie go napisałam!
Kilka ogłoszeń parafialnych:

  1. DZiękuję, dziękuję, dziękuję! Dziękuję za wszystkie
    życzenia urodzinowe! Za te na asku, na blogu, na
    twitterze… DZIĘKI KOCHANE! :*
  2. Przepraszam, ze tak długo nie dodawałam rozdziału…
    Nie mam weny… ODESZŁA! :( wiem o czym mam
    napisać, ale po prostu nie mogę się skupić i przelać
    myśli na blog… Myślę, że to tylko chwilowe, na jesień
    też tak miałam, a potem ruszyło z kopyta. No nic,
    3majcie kciuki za mój zryty mózg :)
  3. Na Bieberze było ugh, aww, ah, och, uhh, eh,
    a nawet dużo, dużo, dużo, dużo, dużo, dużo lepiej! :D

    Na dniach pojawi się relacja, czekam tylko na zdjęcia od
    Dir, która była fotoreporterem tego zdarzenia :D Pochwalę
    się, że ja zrobiłam aż 11 fotek :D hahaha :D :D To będzie
    dość szczegółowa relacja, a na fotach pojawią się nasze
    twarze (moje i Dir) więc przygotujcie się na nieprzespane
    noce i na poznanie mnie twarzą w monitor!
  4. Dziękuję, że nie pojawiły się komentarze typu: Masz nas w
    dupie, czemu nie ma rozdziału? Dlaczego nas olewasz? itd,
    Dzięki temu nie czułam presji i lepiej mi się pisało. Dzięki
    za zrozumienie i cierpliwość.
  5. NAJWAŻNIEJSZY PIĄTY PUNKT: LOVE YOU ALL!