W szoku przyłożyłam dłoń zakrywając nią otwarte usta. Nie mogłam wykrztusić nawet słowa, stałam tak sparaliżowana szczęściem.

- Emm… Coś nie tak? Nie przywitasz się ze mną? Przyszedłem nie w porę? Albo jestem gdzieś ubrudzony? – zapytał chłopak zerkając na swoje idealnie dobrane ubrania, które leżały na nim jak na najwyżej klasie modelu i wyglądały jakby dopiero co zerwał z nich metki. Czując, że jestem na granicy absurdalnego płaczu ze szczęścia nie odezwałam się, tylko rozłożyłam szeroko ręce i zrobiłam krok do przodu wychodząc na korytarz, a Hazza objął mnie bez wahania – Od razu lepiej - powiedział półgłosem w którym było słychać szczerą radość.

- Przepraszam, zaskoczyłeś mnie. Tak bardzo się cieszę, że cię widzę – wyznałam przy okazji zaciągając się głęboko cudownym zapachem jego perfum zmieszanych z zapachem jego ciała.

- Też się cieszę. Tęskniłem za tobą. Mam wrażenie jakbyśmy się nie widzieli przynajmniej kilka miesięcy, a nie tygodni. Jesteś taka krucha. Jesz coś? Zabiorę cię gdzieś na kolację, wyglądasz na wygłodzoną.

- Raczej ty nabrałeś mięśni, ja wyglądam tak samo jak… ostatnio – zacisnęłam mocniej ręce na karku Harrego. Same słowo ‚ostatnio’ budzi we mnie wszystkie uśpione z pomocą Maćka złe wspomnienia.

- To nie ratuje cię przed zaproszeniem na kolacją ze mną – rozluźniłam odrobinę uścisk.

- Zaproszenie przyjęte – odpowiedziałam. – Dlaczego nie powiedziałeś mi, że przylatujesz? Wystarczy mi już niespodziewanych gości na ten tydzień – wypaliłam zbyt późno gryząc się w język. Nie wspomniałam nawet pół słowa chłopakom o tym, że Maciek mieszka u mnie. Miałam cichą nadzieję, że Viki wygadała Liamowi, a ten reszcie. Sądząc po reakcji Hazzy nic takiego jednak się nie wydarzyło.

- Jakich innych niespodziewanych gości? – zapytał odsuwając się ode mnie tak, aby mógł mi spojrzeć w oczy.

- Tak tylko powiedziałam. Piękne kwiaty – wskazałam na nie szukając ratunku przed niewygodną sytuacją.

- Och, zupełnie o nich zapomniałem. Są dla ciebie, proszę.

- Z jakiej to okazji? – zapytałam odbierając prezent.

- Czy zawsze musi być jakaś okazja? Przechodziłem obok straganu i gdy je zobaczyłem od razu pomyślałem o tobie. Chciałem ci sprawić przyjemność.

- Dziękuję, udało ci się. – odpowiedziałam szczerze wąchając cudowny, słodki zapach. Staliśmy chwilę w ciszy.

- Nie chcę być niegrzeczny, ale nie zaprosisz mnie do środka? – zapytał chłopak marszcząc czoło.

- Ach, tak. No… jasne. Wejdź. – uśmiechnęłam się szeroko, ale chyba nie wyglądałam zbyt naturalnie, bo Hazza posłał mi zdziwione spojrzenie. Zatrzymał się w przedpokoju, aby zdjąć buty i kurtkę. Mam ułamki sekund na decyzję. Co zrobić, co zrobić, co zrobić? Powiedzieć mu? I tak się dowie, przecież Maciek siedzi w salonie. Nie mówić i postawić go przed faktem dokonanym. A może wyrzucić go z mieszkania i wymyślić jakąś bajeczkę o panującym tutaj niekorzystnym mikroklimacie…? Pocieram dłonią czoło ciężko myśląc, co począć. Harry spogląda na mnie, a ja posyłam mu ten sam sztuczny uśmiech co przed chwilą.

- Wszystko okej? Jakoś dziwnie się zachowujesz…? – zauważył. Wow, nawet mnie to nie dziwi. Daję za wygraną, przecież nie schowam Musiała w szafie.

- Jest coś czego ci nie powiedziałam – wyznałam.

- Co takiego? – zdziwił się i nieco zmartwił.

- Chodź. – nakazałam mu. Poszłam przodem do salonu. Przed drzwiami zrobiłam Harremu miejsce i ruchem ręki wskazałam, że ma iść pierwszy. Zrobił krok do przodu i stanął w miejscu jak zamurowany. Maciek również zrobił wielkie oczy i obydwaj patrzyli niezbyt przyjaźnie na siebie w ciszy. W bardzo krępującej ciszy. Modliłam się, aby Harry zrobił krok do przodu, odezwał się, albo chociażby mrugnął, ale długie sekundy mijały i nic się nie działo. Już otworzyłam usta aby zainterweniować, ale ku mojej radości wyręczył mnie Maciek.

- Cześć. – powiedział po polsku nawet nie siląc się na uśmiech.

- Czeszcz, Marley.

- Maciek – poprawił od razu mój polski przyjaciel.

- Whatever. (wszystko jedno) – burknął loczek.

- Harry, proszę – Pokręciłam głową patrząc na niego wrogo.

- Okej, okej. Już będę grzeczny. – Podniósł dłonie w obronnym geście – Mogę usiąść? – zapytał.

- Jasne siadaj. Pójdę wstawić kwiaty do wazonu. Czego się napijesz?

- Wystarczy szklanka wody – odpowiedział siadając na fotelu na przeciwko Maćka.

- Dobrze. A ty Maciek, co chcesz do picia? – zapytałam przyjaciela.

- Nic, dziękuję. – odpowiedział uśmiechając się do mnie przesadnie.

- Co mu powiedziałaś? – zapytał od razu Hazza.

- Zapytałam czy on też chce coś do picia. – wyjaśniłam spokojnie. – Zaraz wracam, I’ll be back in a wink. – dodałam w dwóch językach i z wielkimi oporami wyszłam do kuchni. Szybko nalałam wody do wazonu i włożyłam do nich róże, po czym zaniosłam je do salonu i postawiłam na podłodze. Chłopcy siedzieli grzecznie na swoich miejscach i patrzyli na telewizor. Wróciłam do kuchni i wyciągnęłam z lodówki butelkę wody mineralnej. Trochę boję się zostawiać chłopaków samych, bo chociaż ą już pełnoletni zachowywali się jak trzylatki. W ogóle nie wiem skąd ta zawiść? Myślałam, że już dawno się pogodzili, albo że przynajmniej się tolerują. Nie mają najmniejszego powodu, aby się nienawidzić, a jednak gdyby mogli to bez mrugnięcia okiem rzucili by się sobie do gardeł. Ta myśl powoduje u mnie napad lekkiej paniki. Pospiesznie zakręcam butelkę i chowam ją z powrotem do lodówki. Chwytam za szklankę z wodą dla Hazzy i czym prędzej biegnę do salonu. Uff, nie ma ofiar, ale chłopaki patrzą prosto jeden na drugiego. Nawet nie mrugają. Nie wiem czy grają w jakąś dziecinną bitwę na to kto kogo będzie dłużej omiatać wściekłym wzrokiem, ale nawet nie zwrócili na mnie uwagi, gdy wróciłam z kuchni. Podeszłam do fotelu przy którym siedział Hazza i z lekkim zdenerwowaniem z hukiem postawiłam szklankę na stole, tak, że obaj spojrzeli na mnie zdziwieni.

- Stop looking at yourself in this way! You are in love with each other or what?! (Przestańcie tak na siebie patrzeć! Zakochaliście się w sobie, czy co?!) – zapytałam zdenerwowana, trochę głośniej niż zamierzałam. Harry od razu spuścił wzrok patrząc na swoje dłonie, a Maciek uśmiechnął się pod nosem. – To, że mówię po angielsku nie znaczy że nie dotyczy też ciebie kolego – upomniałam go, a jego uśmieszek od razu zgasł. Maciek widząc w jakim jestem humorze starał się zmienić temat.

- Hmm, kwiaty. O tym nie pomyślałem. Przepraszam, nic ci nie przywiozłem. – skrzywił się chłopak patrząc na piękny bukiet. Po jego minie widziałam, że było mu trochę głupio.

- Przestań głuptasie, najważniejsze, że przyjechałeś. Nie potrzebuję prezentów, zresztą sam w sobie jesteś dla mnie najlepszym prezentem – odpowiedziałam posyłając mu przyjazny uśmiech.

- Cholera, niczego nie rozumiem. O czym rozmawiacie?- zapytał trochę rozdrażniony Hazza.

- Maciek pochwalił kwiaty i zastanawia się czemu on nie wpadł na ten pomysł i nic mi nie przywiózł – wytłumaczyłam loczkowi, który uśmiechnął się z wyższością, zadowolony z siebie. – Odpowiedziałam mu, że jego osoba jest najlepszym prezentem jaki mógł mi ofiarować. – dodałam nie pozwalając mu na zbytnią satysfakcję. Hazza zakrztusił się wodą, którą właśnie pił.

- Co takiego?! – wykrztusił pomiędzy atakiem kaszlu, a momentem łapania powietrza.

- No co? – Wzruszyłam ramionami nie wiedząc o co mu chodzi.

- Oli, możemy porozmawiać? Na osobności. – powiedział patrząc na Maćka. Ja również niepewnie na niego spojrzałam, nie chciałam żeby poczuł, że jest niechciany, czy że nam przeszkadza.

- Co? – zapytał przeskakując wzrokiem z mojej twarzy na twarz Hazzy.

- Dasz mi chwilę? Harry chciałby ze mną porozmawiać. Wyjdziemy na chwilę okej? Zajmiesz się sobą? – zapytałam z lekkim poczuciem winy.

- Oliwia, nie mam pięciu lat. Nie narozrabiam. Skoro rozwydrzony gwiazdorek tak bardzo boi się rozmawiać przy mnie to spoko. Idźcie.

- Maciek… – upomniałam go. Nie spodobał mi się ton jego wypowiedzi i to jak nazwał Harrego.

- Idź, idź. Poczekam, nigdzie się nie wybieram. – odpowiedział, na co tylko skinęłam głową.

- Chodź – zwróciłam się do Hazzy, który bacznie się nam przyglądał, jakby chciał zrozumieć o czym mówimy.

- Zaraz, jak to ‚chodź’? Gdzie ‚chodź’? Wyrzucasz mnie? – wstał zmieszany, a ja przewróciłam oczami. - Powiedziałem coś złego? A może ten głupi małolat ma do mnie jakiś problem? – dopytywał, a ja nie mogłam tego już dłużej słuchać. Złapałam go za nadgarstek, może odrobinę bardziej gwałtownie niż zamierzałam i wyciągnęłam za sobą do przedpokoju. Otworzyłam drzwi sypialni, Hazza wszedł do środka, a ja zamknęłam drzwi za nami trzaskając nimi głośno.

______________________________

180 rozdział?! I nadal
DZIESIĄTKI CZYTELNIKÓW!?
yee yee yeeey!

Dziękuję Wam marchewy!  :*

PS. Widziałyście Woskowe figury naszych chłopców?
Ja chcę całą dziesiątkę :D I tych prawdziwych i tych
WOSKOWYCH! :D i Hazze bez butów :D

 


Śniło mi się ostatnio, że lizałam Hazzę po szyji… ehhh dobra, cicho ;P

 

  
  
  

SEX MALIK IS BACK! :D

buziaki, have a nice weekend!:*