- Do Niemiec? – wykrztusił wreszcie Harry, a ja mu przytaknęłam. – Ale… ale to przecież na drugim końcu Europy! Tam nawet nie mówią po angielsku, Oli! Błagam cię, przestań się wygłupiać.

- Znam trochę język niemiecki, pójdę też na jakiś kurs. Wszystko sobie przemyślałam. Przenoszę się zaraz po zimowej sesji, mają tam nawet mój kierunek, niczego nie będę musiała powtarzać. To rzut beretem od Warszawy, będę się częściej spotykać z znajomymi, z rodziną. Mogę do nich jeździć w każdy weekend pośpiesznym pociągiem, albo autostradą, która prowadzi do samej Warszawy. Marcela tak szybko rośnie, jeśli nadal będziemy spotykać się dwa razy w roku to ona zacznie do mnie mówić „pani”.

- A co z nami? Co z Viki, z chłopakami? – dopytywał niedowierzając.

- Wasza kariera rozwija się tak szybko, że już powoli jesteście tylko gośćmi w Anglii. Trasa koncertowa czy promocje płyt nigdy nie omijają Niemiec więc będziemy się spotykać. Będę też jeździć co jakiś czas do Viki, więc przy odrobinie szczęścia uda nam się zobaczyć kilka razy w roku.

- Kilka razy w roku! – powtórzył Hazza wyrzucając w górę ręce. – Ty chyba nie słyszysz o czym mówisz! Nie możesz nam tego zrobić Oli, nie możesz znowu uciec! – wykrzyczał Harry, a ja skrzywiłam się słysząc ostatnie zdanie, które niestety było prawdą. Uciekam. Znowu zostawiam wszystko, aby ułożyć sobie na nowo życie. Bez problemów, bez przeszkód, bez starań. – To tak cholernie egoistyczne z twojej strony. Nie możesz nas tak po prostu zostawić – dodał nieco spokojniej.

- Więc jak sobie wyobrażasz moje życie w Anglii? Tutaj, gdzie traktują One Direction jako dobro narodowe? Myślisz, że łatwo mi będzie chodzić po ulicach Londynu i oglądać Louisa uśmiechającego się do mnie z każdej sklepowej wystawy? Dziesięć razy dziennie słuchać jego głosu w radio? Oglądać go w każdych informacjach, na każdym kanale wykluczając Discovery Channel? Sama ci odpowiem na swoje pytanie; nie, nie będzie mi łatwo, będzie mi cholernie ciężko! Będę się bała wychodzić z domu, żeby przypadkiem nie zobaczyć go jadącego po którejś z Londyńskich ulic, albo co gorsza nie spotkać go oko w oko, bo chyba umarłabym ze smutku! Uważasz, że jestem egoistyczna, okej, myśl sobie co chcesz, ale ja tu po prostu nie dam rady żyć, czy ci się to podoba, czy nie! – wybuchłam pretensjami. Myślę, że krzyczałam, bo chciałam przekonać samą siebie, że to dobry pomysł. Mi również nie podobała się rozłąka z Viki i chłopakami, ale nie mogłam tego przyznać, bo jakakolwiek chwila zawahania sprawiłaby, że wycofałabym się z swojego pomysłu. Harry wbił wzrok w swoje dłonie zapewne zastanawiając się nad tym co powiedziałam, gdy do pokoju wszedł Maciek.

- Wszystko dobrze Oli? – zapytał zapewne zaalarmowany moim krzykiem.

- Tak, czasem mam tak, że głośno mówię. To taka wiejska intonacja głosu. – odpowiedziałam starając się uśmiechać w miarę naturalnie.

- W razie czego, mogę go wyrzucić, albo zrobić z nim porządek. Wystarczy jedno słowo. Zrobię to z przyjemnością.

- Nie wątpię, ale nie. Dam sobie rady. Dziękuję.

- Jakby co to wołaj – skinęłam głową, a Maciek wyszedł.

- Martwił się dlaczego krzyczysz? – zabrzmiało to bardziej jak stwierdzenie niż pytanie.

- Tak – odpowiedziałam cichutko Hazzie. Następna chwila ciszy.

- Więc mówisz Berlin. Może rzeczywiście nie będzie tak źle. Jeśli się postaramy to uda nam się spotykać regularnie – powiedział kierowany wyrzutami sumienia, za nazwanie mnie egoistką, co zresztą mi się należało.

- Przepraszam, że na ciebie nakrzyczałam – przeprosiłam szczerze, gdy emocje odrobinę opadły.

- To ja przepraszam. Nie popatrzyłem na tą całą sytuację z twojej strony. Nie wiedziałem, że aż tak to przeżywasz. – uśmiechnęłam się do niego chcąc mu tym dać znać, że jest okej.

- Chłopcy są w Londynie? – zapytałam chcąc zmienić temat.

- Li pojechał do Viki, a chłopaki do rodzinnych domów. – odpowiedział.

- A Lou? – zrobiłam przerwę, aby przełknąć gwoździe leżące w moim gardle po wypowiedzeniu jego imienia – Jest w Anglii? – dobrze wiem, że nie powinno mnie to już interesować, ale nie mogłam się powstrzymać przed zapytaniem o niego.

- Został w Nowym Yorku na odwyku. Jest ciężko, zdrowienie idzie mu bardzo opornie, bo on nie chce tego rzucić. – Jego słowa raniły moje serce jak ostrza. Biedny L., nikt nie może mu pomóc. – Przyleci do nas na kilka godzin na promocję, a potem wszyscy wracamy do Stanów – skrzywił się.

- Co jest? – zapytałam odganiając jakoś kłębiące się w mojej głowie myśli o cierpiącym L. i o tym, że niedługo będzie w Londynie.

- Kocham scenę i swoją pracę, ale zaczyna mnie to męczyć. Tęsknię za normalnym życiem, za domem, za przyjaciółmi. Jak sobie pomyślę, że będzie nas dzielić ponad pięć i pół tysiąca kilometrów to nie mam ochoty na nic – wyznał.

- Masz tak szalone życie! Ten czas rozłąki zleci ci tak szybko, że już wkrótce znowu się zobaczymy – pocieszałam go.

- Ciężkie życie gwiazdy rocka – zażartował i westchnął teatralnie, chcąc rozluźnić trochę atmosferę. Nie potrafiłam pozostać obojętna, na jego komentarz, od razu uśmiechnęłam się szeroko.

- Już ci kiedyś mówiłam, ale przypomnę raz jeszcze. Twoje rockowe życie jest na poziomie Hannah Montany. Nie masz go – powiedziałam z uśmiechem.

- To sprawa dyskusyjna. Może przesadziłem z tym rockiem, ale jestem szaloną gwiazdą! – bronił się.

- Harry, twoje szaleństwo zaczyna się od pomagania mamie w kuchni, a kończy na imprezach z nami, które są przeważnie w miarę grzeczne. No chyba, że czegoś nie wiem. Prowadzisz drugie sekretne życie? – zapytałam półżartem.

- Jesteś jedyną osobą, która wie o mnie wszystko. Jeśli zacząłbym prowadzić drugie życie byłabyś pierwszą osobą, która by się o tym dowiedziała, co więcej wciągnął bym cię do niego – odpowiedział.

- Myślisz, że masz na mnie aż taki wpływ? Że zmieniłabym się z grzecznej dziewczynki w demona imprez?

- Albo tak jak ja zostałabyś demonem seksu. Do wyboru – wzruszył ramionami, a ja uderzyłam go ramię,

- Kto dużo mówi, mało czyni – zażartowałam z męskości Hazzy.

- Mogę przestać mówić… jeśli wiesz co mam na myśli. – powiedział i uniósł zadziornie brwi wskazując na łóżko.

- Jeszcze nie przeszłam na złą stronę mocy – powiedziałam próbując wybrnąć z tej coraz bardziej kłopotliwej dla mnie, a zabawnej dla Hazzy sytuacji.

- Ale przejdziesz, to kwestia czasu. One way or another.

- Co takiego? – zapytałam

- Nic, nic. Nieważne.

- I zrozumieć tu facetów… Wracamy do salonu? – zapytałam.

- Musimy? Podoba mi się temat naszej rozmowy. Może jeszcze trochę po negocjujemy… No wiesz  - odparł,  na co ja przewróciłam oczami.

- Chodź – powiedziałam wstając z łóżka.

___________________________
znowu nie było mnie kawał czasu.
WENO, wróć! :( eh, moje apele
do niej nie pomagają … ale jakoś
udało mi się napisać nowy rozdział,
pomimo tego, że mój nowiusieńki
router zaczyna się psuć! ehhh :(

buziaki, miłego dnia marchewy! :*