Zimy wiatr owiał moją twarz, gdy zbiegałam w dół schodami. Tym razem nie przeszkadzały mi wysokie szpilki, emocje buzujące we mnie pomagały mi zachować równowagę. Nagle jedna myśl uderzyła we mnie jak ciężkim młotem. Uciekam. Znowu uciekam przed trudnym tematem, przed przeciwnościami losu. Uciekam, bo ZAYN MA RACJE. Każde wypowiedziane przez niego słowo kipiało prawdą i szczerością, której nie widziałam wcześniej, bo byłam zbyt zajęta użalaniem się nad sobą. Mam ochotę uderzyć się czymś ciężkim w głowę, jestem beznadzieja. Mówię to sobie w myślach setny raz z rzędu, ale dopiero teraz widzę jak dopasowane jest to określenie. Wreszcie pokonuję schody i staję na chodniku. Rozglądam się za taksówką, ale nie widzę żadnej. Zasłaniam sobie usta otwartą dłonią. Ja naprawdę go zostawiłam samego. Dopiero teraz dochodzi do mnie egoizm mojego zachowania. Pomiędzy krzykiem moich myśli słyszę czyjeś kroki, ktoś zbiega po schodach na dół. Nie muszę się nawet obracać, aby powiedzieć kto to. Ktoś, kto zawsze napotyka mnie, gdy mam doła, albo zły humor. Tą osobą jest na pewno, Har…

- Oli, czekaj! – do moich uszu dobiegł głos… Zayna?

- Zayn? – zdziwiłam się. Mój głos drżał.

- Przepraszam, nie powinienem ci tego mówić. Przynajmniej nie takim tonem. Nie dzisiaj. Nie przy nich… – słowa płynęły strumieniem z jego ust, gdy jeszcze biegł na dół. Był wyraźnie zmieszany.

- Nie przepraszaj mnie Zayn. Ja powinnam podziękować ci za to, że otworzyłeś mi te moje egoistyczne oczy.

- Ale ja nie chcę, żebyś wyjeżdżała z mojego powodu. Z powodu tego co usłyszałaś ode mnie. – powiedział, a ja uśmiechnęłam się smutno.

- Nie wyjeżdżam przez ciebie, tylko przez to wszystko co powiedziałam ci wcześniej. Wyjeżdżam bo jestem słaba. Uciekam Zayn, rozumiesz? – przyznanie się do tego na głos sprawiło, że poczułam się, jakby ktoś przypalił mi przełyk i gardło. Do moich oczu napłynęły łzy, którym za nic nie pozwoliłam spłynąć po policzkach. Dusiłam w sobie płacz. Do mojej głowy przyszła nowa myśl. – Kiedy wracacie do stanów? – zapytałam całkiem innym tonem, w którym brzmiała nutka determinacji i… nadziei.

- Po jutrze… A dlaczego pytasz? – Zayn był lekko zdziwiony moją nagłą zmianą nastroju.

- Lecę z wami – oświadczyłam stanowczo i może nawet z lekkim uśmiechem… tak, uśmiechnęłam się szeroko do mojego genialnego pomysłu – Polecę do stanów i będę siedzieć pod drzwiami kliniki Lou tak długo, aż nie będzie pod wpływem dragów. Chcę, aby powtórzył mi to wszystko… hmm, na trzeźwo. Słowo w słowo. Chcę usłyszeć, że mnie nie kocha od naszego prawdziwego Lou, nie od naćpanej marionetki jaką był ostatnio.

- Zaskakujesz mnie swoimi zmianami nastrojów. – chłopak podrapał się po głowie.

- Za dużo czasu spędzam z Hazzą. On jest mistrzem w zmianach nastroju! – zaśmiałam się, a po moim niedawnym dole niezostało nawet śladu. Taak, rzeczywiście mam coś z głową.

- I co? Masz ją Zayn?! – mój uśmiech zgasł szybciej niż się pojawił, gdy usłyszałam zaniepokojony głos Viki u szczytów schodów.

- Tak, wszystko okej – odpowiedział jej Zayn, po czym zwrócił się do mnie – Zapraszam na górę, chyba jesteś im winna kilka wyjaśnień i odpowiedzi na kilkaset pytań odnośnie Berlina. – skinęłam tylko głową i ściskając Zayna za łokieć zaczęłam wdrapywać się po schodach do góry.

 

 

- To najbardziej kretyński pomysł z wszystkich jakie dotychczas słyszałam z twoich ust, Oli! – oburzyła się Viki, gdy przedstawiłam swój plan na życie. – Wiesz, że chyba nawet zrzucił z podium pomysł z koczowaniem pod hotelem Justina Timberlake’a. W namiocie. W centrum Manchesteru. W saaaamym środku grudnia. – dodała sarkastycznie.

- Przynajmniej mamy z nim fote – odparłam cicho.

- Taaak, na której mam sino czerwony odmrożony nos!

- Poważnie spałyście pod hotelem Timberlake’a? W zimie?! Niewierze, tylko Oli mogła na to wpaść! – Zayn miał z nas niezłą polewkę.

- Dzięki za wsparcie, Zayn. – mroziłam go wzrokiem – Dalej uważam, że było warto.

- Dobra, koniec z Justinem! – powiedziała Viki – Oli, błagam cię, przemyśl to jeszcze. Będzie nam ciebie brakować – dodała już spokojniej.

- Mnie was też, ale nie wyjeżdżam na Grenlandię. Będziemy cały czas w kontakcie. Będę odwiedzać was, a wy mnie. Damy rady. – uspokajałam przyjaciół.

- Chyba wolałbym latać na Grenlandię niż do Niemiec. Przecież w ich języku nawet słowo ‚motyle’ brzmi jak groźba zabójstwa! – zauważył Harry.

- Masz na myśli cudowne ‚szmetalinge’? – zapytałam starając się, aby to brzmiało jak najbardziej wrogo.

- Już jesteś jedną z nich! – zawołał Niall udając przerażenie.

- Damy rady, chłopaki. Najpierw nadrobię zaległości w szkole, spędzę trochę czasu z Maćkiem, a potem w zależności jak będzie się czuł Lou czeka nas kilka wspólnych dni lub tygodni w Stanach. – powiedziałam najradośniej jak potrafiłam. Wypadłam dość przekonywująco, bo na twarzach wszystkich zagościł lekki uśmiech.

- Mam nadzieję, że Lou będzie długo zdrowiał…

- Zayn! – krzyknęliśmy wszyscy, na co chłopak tylko wzruszył ramionami, a my zaczęliśmy się śmiać.

 

 

Weszłam cichutko do domu, po tym jak Hazza odwiózł mnie do domu. Oczywiście nie wsiadłam z nim sam na sam do samochodu, tylko poprosiłam Nialla o towarzyszenie mi w podróży. W końcu stanęło na tym, że Hazza odwiózł i Nialla i Zayna do domu więc mieliśmy w samochodzie komplet. Cieszyłam się, bo to oznaczało brak trudnych rozmów, krępujących spojrzeń i dwuznacznych sytuacji. Zajęłam miejsce z tyłu ciesząc się, że wysiadam jako pierwsza. Na zupełnym luzie, obok Nialla przeżyłam podróż do domu.

- Oli, to ty? – usłyszałam z ciemnego salonu głos Maćka.

- Nie tu Święty Mikołaj. Mam dla ciebie zaległy prezent sprzed trzynastu lat… Oczywiście, że to ja. – odpowiedziałam żartobliwie i ściągnęłam szpilki. Zapaliłam światło w przedpokoju, aby oświetlić trochę salon nie oślepić przy tym przyjaciela.

- Miła jak zwykle. Wieczór się udał? – zapytał, gdy weszłam do salonu. Usiadłam na jego prowizorycznym łóżku.

- Z nimi nie ma mowy na relaks. Cały czas coś się dzieje… Wieczór bez afery to wieczór stracony. – odpowiedziałam bez ogródek.

- Berlin? – domyślił się chłopak.

- Jawohl! – odpowiedziałam z specyficznym akcentem.

- Okropny język, już chyba wolę cię w wersji brytyjskiej – westchnął – I jak to przyjęli?

- Nie byli zachwyceni, ale jakoś udało mi się ich przekonać, że Niemcy to nie koniec świata. A jak ty spędziłeś wieczór?

- Oglądałem telewizję, wyjadłem połowę zapasów z twojej lodówki, grałem trochę na PS3, pakowałem się…

- Zaraz, jak to ‚się pakowałem’? – przerwałam mu.

- Dostałem telefon z planu… Musimy dograć kilka scen. Jutro wieczorem.

- Co takiego?! Nie, Maciek… – spojrzałam na niego, obydwoje mieliśmy niezadowolone miny.

- Też się z tego nie cieszę. Dobrze mi u ciebie. – wyznał – Ale za niedługo święta. Zobaczymy się w grudniu, co?

- To za półtorej miesiąca – westchnęłam.

- Damy rady – pocieszał mnie chłopak.

- Nie mamy wyjścia. Posuń się, dzisiaj się u ciebie. – uśmiechnęłam się do przyjaciela. – Zabukowałeś już bilet na powrót? – zapytałam.

- Szczerze liczyłem, że mi pomożesz. – odpowiedział. Położyłam się koło niego w ciuchach, wcześniej zabierając tablet ze stołu. Zamówiliśmy bilet. Resztę nocy spędziliśmy na gadaniu, oglądaniu naszych wspólnych: starych i nowych zdjęć. Dopiero, gdy słońce wschodziło nad horyzont postanowiliśmy zasnąć.

_______________________________
Długo wyczekiwany rozdział ;)
Wreszcie go napisałam!! :D

Chciałam teraz wypowiedzieć się na temat tego co dzieje się w komentarzach. To trochę przykre, że osoby, które kiedyś mnie wspierały, chwaliły, pisały miłe komentarze nagle stają się moimi hejterami. I to dlatego, że nie jestem już w stanie pisać tak jak kiedyś. Bo nie jestem. Wypaliłam się, po prostu. Po półtora roku pisania bloga kończą mi się nie tyle pomysły co interpretacja ich. Siadam przed laptopem, na monitorze mam pustą stronę zatytułowaną ROZDZIAŁ 187., wiem co mam pisać, ale nie wiem jak obrać to w słowa. I proszę, uwierzcie mi, że pisanie rozdziału nie trwa pół godziny tak jak napisała któraś z Was w komentarzach. To mniej więcej trzy do czterech godzin przed komputerem. Gdybym pisała rozdział pół godziny to nigdy nie zaszłabym tak daleko jak jestem teraz, nie miałabym tyle odsłon, komentarzy i przede wszystkim czytelników.
Wszystkim, których drażni częstotliwość dodawania rozdziałów mogę powiedzieć tylko przepraszam, częściej nie dam rady.
Wszystkim, którzy deklarują, że przestają czytać powiem tylko: dziękuję, że ze mną byłaś ze mną tyle czasu.
Dla tych którzy mnie hamsko hejtują i obrażają… UWAGA będę szczera i wulgarna: mam WAS w dupie :)

Za to wszystkim, którzy mnie wspierają, bronią i nie hejtują mówię MASSIVVVVEEE Thank You :D Love Ya All!
Dziękuję za wszystko i to właśnie dla WAS doprowadzę tego bloga do końca, choćby miało to trwać 10 lat!
(oby krócej! :P)

Buziaki kocham WAS:

~R. ;*. (i cała jej zgraja, trójca PRZENAJŚWIĘTSZA)
~Ja. (~Nati)
~Agatka (szczerze mówiąc dzięki jej wiadomości na FB dokończyłam rozdział. Dzięki:*)
~Michalina
~Aria
~Landryna113
~julka
~pama
~icantberatheicantsmile
~Julaa
~lol
~ wikuś ~
~Jessica
~Misek
~Laura
~kokaaaaaa
~nutella
~Naliaxxx
~cantina
~Kasia
~Domi
~
carrots99

~Claudia
 
~sledzik

~łandibiczys.

~Marli.

~Marta

~Paula

~Sandra.

~Anka

~Ala
~naliaxxx
~Lolaa

~Gosia
~Ania  
~Pinduraa

~dosiapp

~igaa
~@Im_monicaa (Monia)

~Mania
~Lonay
~julcik;*
 
~LOGIN

~Zuza
~CRAZY MOFO
 
~Ola_OnlyDreams

~Patrycja

~Zosika PL

~Martyna

~maddie

~Julka
~Kremowa

~camille

~Zuzanna

~Kinga

~kinga

~Zjarana
~Ania

~Kiss1d

i dla caaałeej reszty której nie wymieniłam, a o której pamiętam i która mnie wspiera:


DZIĘKUJĘ!