Poniedziałek, dopiero co wstałam. Szukam informacji w internecie na temat One Direction, skoro już mam iść na ten koncert i spotkać się z nimi wypadało by chociaż znać ich imiona. Ok, mam: blondas to Niall, czarnuszek Zayn, ten z loczkami to Harry i dwóch z dłuższą grzywą to Louis i Liam. No super, nie dość, że takie same fryzury to jeszcze podobne imiona. Na szczęście mają dość specyficzne twarze, myślę, że zapamiętam. Muszę jeszcze zobaczyć co mają w repertuarze, bo trochę głupio będzie jak tłum fanek będzie śpiewać i szaleć, a ja nawet nie będę znała melodii. Z tego co widzę to z ich piosenkami nie będzie problemu. Nie tak dawno skończył się program i nie mają żadnych swoich piosenek, śpiewają covery, między innymi ‚Grenade’ Bruna Marsa, ‚Only Girl’ Rihanny i całą masę innych znanych mi hitów w oryginalnych wersjach jak i tych które chłopaki zaprezentowali w programie. Jest! Jestem uratowana! Łatwo poszło. Jeszcze zrobię przegląd szafy, żeby ubrać się jak człowiek, w końcu mam się spotkać z przyszłymi gwiazdami, którzy w telewizji są określani „drugimi Backstreet Boys”.

Jem mojego ulubionego kurczaka z warzywami gdy dzwoni telefon, to Viki. - Hej Oli, pamiętasz, że jutro wybieramy się na koncert? - A jak mogłabym zapomnieć? Wysłałaś mi wczoraj z milion smsów w których opisywałaś jak  bardzo się cieszysz – powiedziałam z sarkazmem. - To super! – ucieszyła się Viki – wpadnij do mnie przed koncertem o 18. Koncert zaczyna się o 19, ale dzięki biletom które załatwił mi tatuś nie musimy stać w kolejkach, a i tak będziemy blisko nich, w sektorze VIP… blisko Liama – dodała z wyższością w głosie – Aaa to ten ulizany misiek z grzywką na oczach – powiedziałam dumna z mojej wiedzy, ale Viki zaraz sprowadziła mnie na ziemię swoimi pretensjami – Nie ulizany! Tylko wystylizowany. Jak jutro tak przy nim powiesz to chyba cie uduszę!! Eeejjj Oli, – dodała po chwili – zaszokowałaś mnie, widzę, że się przygotowałaś! Cieszę się bardzo. Do jutra kochana! – Pa Viki, do jutra.

Dzień koncertu. Muszę, przyznać, że nawet się na niego cieszę. Po obiedzie umyłam włosy, wysuszyłam i wyprostowałam, aby jakoś doprowadzić się do ładu. Strój na wieczór miałam już obmyślony - skórzane spodnie, białą bokserkę, pomarańczową marynarkę i czarne botki na wysokim obcasie z platformą. Normalnie nie założyłabym szpilek na koncert, ale pomyślałam, że w końcu mamy te bilety na strefę dla vipów, więc nie będzie tam wielu osób. Czas na makijaż. Z racji tego, że koncert odbywa się na hali przy sztucznym oświetleniu pozwoliłam sobie na mocniejszy makijaż. A co mi tam, raz się żyje! Zdecydowałam, że pojadę do Viki samochodem, nie będę się tłuc po nocach autobusem, czy też metrem. Założyłam trampki, a botki rzuciłam na tylne siedzenie. W tych szpilach raczej bym daleko nie zajechała, zmienię buty u Viki. Pół godzinki i jestem na miejscu. W samochodzie zmieniłam buty i  zapukałam do domu Viktori, otworzyła jej mama. – Dzień dobry Oliwio, Viki jest na górze, jeszcze nie jest gotowa, stroi się od rana! Już nie mam sił do tej dziewczyny, cały dzień blokuje nam łazienkę – zaczęłyśmy się obie śmiać – wierzę pani na słowo, bardzo się cieszy na ten koncert musimy jej to wybaczyć. Idę na górę, zobaczyć jak postęp w przygotowaniach. Weszłam do jej pokoju, panował w nim istny chaos. Wszędzie były porozrzucane ubrania i kosmetyki a w środku tego chaosu siedziała Viki z miną zbitego psa – nie mam w co się ubrać! – Nie, nie wytrzymam, masz tyle ubrań zaraz coś znajdziemy – powiedziałam i zaczęłyśmy przeszukiwać szafę i podłogę. Po 40 minutach Viki była wreszcie ubrana, umalowana i uczesana. – Za 20 minut koncert, nie zdążymy! – zaczęła panikować. – Jestem tutaj samochodem, ale nie ma szans żebyśmy jeszcze gdzieś zaparkowały o tej godzinie – powiedziałam. Po szybkiej burzy mózgów co tu poradzić wpadłyśmy na pomysł, żeby poprosić mamę Viki, aby nas podwiozła, ta oczywiście się zgodziła. Powiedziała, że zrobi wszystko, aby w końcu odzyskać łazienkę. Szybko wsiadłyśmy do samochodu i ruszyłyśmy w drogę, a że było to tylko kilka kilometrów od domu Viki to po około 20 minutach byłyśmy prawie na miejscu. Prawie, bo naszym oczom ukazał nam się gigantyczny korek. Byłyśmy już spóźnione o 10 minut. Stwierdziłyśmy, że resztę trasy pokonamy pieszo. Zostało ok. 500 metrów. Podziękowałyśmy za podwiezienie, wyskoczyłyśmy jak poparzone z samochodu i szybkim korkiem zmierzamy do hali. Było by nam łatwiej bez tych kilkunasto centymetrowych szpilek na tej przeklętej kostce brukowej… W końcu jesteśmy! Już dawno się tak nigdzie nie spieszyłam. – 19:15, mamy niezłe spóźnienie, na pewno już zaczęli – panikowała Viki – nie martw się, bez nas nie zaczną – uśmiechnęłam się. Dałyśmy bilety wielkiemu, łysemu ochroniarzowi, który w zamian dał nam tak zwane smycze z identyfikatorem i poinformował, że one upoważniają nas do wstępu do strefy vip i spotkania z chłopakami. Powiedział, też że będzie drobny poślizg i chłopaki wystąpią o 19:30. Mina Viki była nie do opisania. Gdyby mogła bo całowałaby po butach tego ochroniarza, ale z trudem się opanowała i ruszyłyśmy w stronę sektoru dla Vipów.