Po około dwudziestu minutach staliśmy przed kinową kasą kupując bilety na seans. W sumie to ja stałam i kupowałam, bo dokoła Louisa zebrała się spora grupa nastolatek. Chłopak pozował z nimi do zdjęć i rozdawał autografy uśmiechając się najszczerzej jak potrafił. Świetny początek wieczoru, nie ma co… tym bardziej, że jesteśmy spóźnieni na film o jakieś dziesięć minut. Nie mogę tego mieć za złe Louisowi, to część jego pracy, ale to miał być nasz wieczór. Kupiłam już dwa bilety, popcorn i dwie duże cole. Stałam z boku i czekałam spokojnie, ale nie zapowiadało się na koniec zachwytu nad boskim Tomlinsonem. Przerzucając zgrabnie cały prowiant do jednej ręki, i wpychając sobie torebkę pod pachę przebiłam się przez fanki i podałam dłoń mojemu zaskoczonemu chłopakowi. Bez słowa złapał ją i wtedy wyciągnęłam go z okręgu nastolatek. Ku mojemu zaskoczeniu dziewczyny widząc co robię wcale nie protestowały, tylko pozwoliły mu przejść – Bye Loui! Thank you! Have a nice evening! – wołały wesoło – Bye Girls! – odpowiedział Lou. Wziął ode mnie colę i popcorn, ja podałam miłej pani nasze bilety, skasowała je życząc miłego seansu. Louis wybrał oczywiście komedię: Dyktatora, już dawno się tak nie naśmiałam.

Następnym punktem wieczoru była kolacja. W świetnych humorach, dalej nabijając się z głównego bohatera filmu złapaliśmy taksówkę, Lou podał adres i po niedługim czasie samochód zatrzymał się na miejscu. Wysiedliśmy z niego, chłopak podał mi dłoń i weszliśmy do restauracji, gdzie w drzwiach przywitał nas sam Gordon Ramsay! Ubrany w bielutki, idealnie wyprasowany fartuch z wyhaftowanym na piersi napisem GORDON RAMSAY: chef  – Dobry wieczór państwu – Dobry wieczór – odpowiedzieliśmy – Witam, Gordon, miło mi poznać – podał mi rękę – Oliwia, mi również miło – uśmiechnęłam się – Cześć Gordon – Cześć Lou – odpowiedział mężczyzna i również uścisnął dłoń Louisa. Spojrzałam pytająco na Louisa, było widać, że dobrze się znają, ten tylko się uśmiechnął – Wszystko jest przygotowane, zapraszam do stołu – powiedział właściciel restauracji – Dzięki, jesteś wielki – odpowiedział Loui. Zupełnie nic z tego nie rozumiałam. Lou zna dużo osób, ale nie sądziłam, że także Gordona. Nigdy nic o nim nie wspominał. Szliśmy za mężczyzną przez pięknie wykończoną, elegancką salę. Na sufitach wisiały kryształowe żyrandole, żywe kwiaty zdobiły każdy śnieżnobiały obrus na stole, a przy nich stały krzesła obite białą skórą. Na ścianach była tapeta w ciekawym wzorze przywodzącym na myśl królewskie dwory. Gdy tak przyglądałam się całemu wystrojowi, nagle doszło do mnie, że przeszliśmy całą salę, a Gordon otwierał przed nami jakieś drzwi. Były to drzwi na taras. Gdy je otworzył moim oczom ukazał się cudowny widok. Na samym środku stał stolik, przykryty białym obrusem. Na nim stało wino, misa owoców, kieliszki, kwiaty. Dokoła stolika były porozkładane świece, które rozświetlały całe to miejsce. Zaprało mi dech w piersiach, nie widziałam jeszcze piękniejszego miejsca. Z tarasu widać było całe miasto. Pięknie oświetlony, spokojnie śpiący Londyn. – To ja zostawię was samych, za chwilę podamy kolację – powiedział Gordon i wyszedł zamykając za sobą drzwi. Ja nadal bez słowa i nie ruszając się z miejsca patrzyłam na rozciągający się przede mną widok – Może być? – zapytał Lou – Lou, to jest… – zrobiłam krok do przodu – …niesamowite – pokręciłam z niedowierzaniem głową dalej śledząc każdy zakamarek tarasu. Chłopak stanął za mną blisko, objął mnie w talii i pocałował w policzek – Dla ciebie wszystko, słońce – odwróciłam się twarzą do niego – To niesamowite. Zorganizowałeś to wszystko dla mnie? Na pewno zapamiętam ten wieczór do końca życia. Dziękuję. – powiedziałam uśmiechając się szeroko – To ja dziękuję, że jesteś ze mną – odpowiedział chłopak i pocałował mnie, najpierw delikatnie w kącik ust, a później gorąco muskając moje usta. Nasz pocałunek przerwał dźwięk otwierających się drzwi. Przywitał nas kelner, zmieszany widokiem który zastał. Przywiózł naszą kolację na eleganckim wózku. Usiedliśmy do stołu. Zjedliśmy przepyszny posiłek i gdy czekaliśmy na deser w drzwiach pojawił się elegancki pan w smokingu, który trzymał w rękach skrzypce. – Co się dzieje? – zapytałam nieśmiało Louisa – Niespodzianka – odpowiedział. Muzyk podszedł bliżej naszego stołu i zaczął grać… What makes you beautiful! To było genialne, każda nuta była zagrana perfekcyjnie, nie sądziłam, że tak rozrywkowa piosenka może tak świetnie brzmieć w poważnej wersji. Następnie podano nam deser. Jedliśmy rozmawiając o naszych planach i marzeniach, o jutrzejszym wyjeździe, o zespole. Okazało się, że Lou poznał Gordona podczas nagrywania programu o gotowaniu z gwiazdami. Wyszliśmy z restauracji jako ostatni klienci. Wieczór zleciał nam w mgnieniu oka, nawet nie zorientowałam się kiedy siedziałam w taksówce jadącej do domu. Gdy dotarliśmy do mojego mieszkania było grubo po drugiej w nocy. Jako kobieta dostałam od Louisa przywilej skorzystania z łazienki jako pierwsza. Wzięłam szybki prysznic i gdy dziesięć minut później w piżamie weszłam do sypialni, Louis słodko spał na łóżku w samych bokserkach leżąc na brzuchu. Postanowiłam, że nie będę go już budzić, przykryłam go delikatnie kołdrą, cichutko położyłam się obok niego, pocałowałam w policzek i wyłączyłam małą, nocną lampkę. To był świetny dzień, świetny wieczór, a przede mną świetny tydzień. Wykończona, ale bardzo szczęśliwa mogę spokojnie zasnąć.

Otwieram zaspane oczy, ale od razu je zamykam, bo razi mnie słońce. Obejmuję Louisa za szyję i już mam się do niego przysunąć, aby się przytulić, gdy w mojej głowie zapala się czerwona lampka. Ponownie otwieram oczy, aby sprawdzić, czy osoba która śpi obok mnie to na pewno Louis. Nie chcę więcej niespodzianek, takich jak ostatnio z Hazzą, a z tymi wariatami nigdy nic nie wiadomo. Z ulgą stwierdzam, że tym razem leżę w łóżku z właściwym facetem i bez strachu mogę się do niego przytulić. – Cześć skarbie. Chyba wczoraj trochę przysnąłem – powiedział Lou zaspanym głosem – To nic, muszę się jeszcze spakować, a ty w tym czasie weźmiesz prysznic i albo się ogolisz się, albo nie będę się z tobą całować – zażartowałam – Oj nie narzekaj, to dobry peeling twarzy – zaśmiał się – Ale z ciebie wariat – cmoknęłam go w usta – Reszta jak się ogolisz. Ciekawe która godzina – Sądząc po układzie słońca na niebie to piąta rano, śpijmy jeszcze – powiedział chłopak i zamknął ponownie oczy. Ja śmiejąc się pod nosem chwyciłam za telefon, który leżał na stoliku nocnym. Podsunęłam go pod sam nos i z wrażenia aż usiadłam na łóżku – Lou! Już dwunasta! A ja nie jestem spakowana! – wystraszony moim krzykiem chłopak podniósł się na chwilę, po czym ponownie położył do łóżka – Spokojnie, nie pali się. – Jak to się nie pali? Za trzy godziny mamy być na lotnisku! – Zdążymy. Wstaniemy za pół godzinki – uspokajał mnie i pociągnął za rękę, abym położyła się obok niego. – Nie wiem jak ty, ale ja wstaję. – Powiedziałam i wyskoczyłam z łóżka. Wyciągnęłam spod niego walizkę i poszłam do salonu. Zabiję tego gwiazdorka jak tylko wstanie! Oglądał wczoraj moje rzeczy i wszystkie powyrzucał z toreb! Teraz mam tu istny sajgon i nie wiem jak się pozbierać. Zaczynam panikować, zawsze przed podróżą dopada mnie stres. Spokojnie, wdech : wydech i siadam z nożyczkami na podłodze. Odcinam z każdej rzeczy metkę i ładnie składając wkładam do walizki. Idę do łazienki po kosmetyki do kąpieli i do sypialni po kosmetyki do makijażu. Zastaję tam śpiącego Louisa – Lou wstawaj! – zrywam z niego kołdrę – Daj mi pięć minut – przykrył głowę poduszką – Żadne pięć minut. Wstawaj, już przed trzynastą! – Lou zrobił minę jakby był najnieszczęśliwszym człowiekiem na świecie, wstał z łóżka głośno wzdychając i przechodząc obok mnie spiorunował wzrokiem, na co ja uśmiechnęłam się łobuzersko – Dziękuję, nie zapomnij się ogolić – powiedziałam cwaniacko, chłopak bez żadnych komentarzy skierował się do łazienki. Ja w tym czasie ubrałam się ładnie, pomalowałam i uczesałam. Jeszcze raz dokładnie sprawdziłam zawartość walizki i z ulgą stwierdziłam, że niczego nie zapomniałam. Spakowałam do torebki dokumenty swoje i Lou, nasze bilety, karty płatnicze, telefony i portfele. Przed nami długo lot, choć z nerwów nie czuję głodu, wiem, że tylko przekroczę próg samolotu, a mój żołądek zacznie domagać się obiadu. Wyciągnęłam z zamrażalnika lasagne. Już miałam włączyć piekarnik, gdy zadzwonił domofon. Podniosłam słuchawkę – Tak? – Cześć, tu Viki, wpuść mnie – zdziwiłam się – Cześć Viki, coś się stało? – Nic, przyszłam się pożegnać. Chcesz pogadać przez domofon, czy otworzysz wreszcie? – Przepraszam już otwieram – Dzięki – odpowiedziała z sarkazmem przyjaciółka. Wcisnęłam przycisk otwierający drzwi. Poszłam do kuchni, wrzuciłam obiad z powrotem do zamrażalnika i wtedy rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Podeszłam, aby je otworzyć, a za nimi stała Viki, która uśmiechała się do mnie pięknie – Co się tak cieszysz? – zapytałam podejrzliwie – Bo przyprowadziłam ci jeszcze kilku gości, ale kazałam im iść schodami. – Wychyliłam się, aby mieć lepszy widok na schody, ale nie musiałam niczego widzieć, a już słyszałam co to za goście. Zayn krzyczał coś od samego parteru i słychać było jak chłopcy biegną do góry – Vas happenin! Jestem pierwszy sieroty! – zawołał Zayn uśmiechając się do mnie pięknie, za nim na korytarz wyskoczył zziajany Niall, Liam i na końcu Harry. – Cześć Oli! – chłopaki przywitali mnie radośnie ściskając i podnosząc do góry. Hazza po ostatnich naszych przygodach nieśmiało przytulił mnie i natychmiast puścił. – Co tu robicie? – zapytałam – Przyjechaliśmy się z wami pożegnać. Mieliśmy wpaść od razu na lotnisko, ale Niall wymyślił, że wpadniemy do ciebie trochę posiedzieć i pogadać, wiec jesteśmy – odpowiedział Liam. – Fajnie was widzieć – uśmiechnęłam się. Chłopcy weszli do mieszkania, zostawiając mnie na korytarzu – Taa.. jasne, wchodźcie, zapraszam… Ja tu sobie postoję – powiedziałam sama do siebie pod nosem, a chłopaki już wchodzili do salonu. Viki parsknęła śmiechem – Taki już ich urok. Chodźmy, bo rozniosą ci chatę – objęła mnie w pasie i weszłyśmy do salonu. Niall już niósł z kuchni czipsy i soki, a za nim szedł Zayn z szklankami – Poczęstujemy się, okej? – zapytał nieśmiało blondas, a ja pokręciłam głową uśmiechając się pod nosem – Wykończycie mnie kiedyś. – zażartowałam – Gdzie Lou? – zapytał Liam – W łazience, kąpie się. – odpowiedziałam -  Rozsiedliśmy się wygonie na kanapach i gadaliśmy. Po chwili dołączył do nas Lou. Wszyscy śmiali się i żartowali tylko Hazza był dziwnie milczący. Siedząca naprzeciw Viki popatrzyła na mnie znacząco, potem kątem oka na zmierzłego Harrego i cicho zaśmiała się z niego kpiąco pod nosem przewracając oczami. Na co ja pokręciłam głową z uśmiechem. – Look – powiedziała do mnie bezgłośnie poruszając ustami z cwaniackim uśmiechem, po czym zwróciła się do Harrego – Coś się stało Harry? Jesteś taki smutny – zapytała z troską, ale widziałam po niej, że z trudem powstrzymywała się od wybuchu śmiechu, ja też zagryzłam dolną wargę, aby nie parsknąć śmiechem widząc jej udawane zainteresowanie. Hazza zrobił jeszcze bardziej poważną minę niż wcześniej i zaczął mówić zgaszonym głosem – Tak stało się. To trudne, ale myślałem już nad tym od kilku tygodni… i skoro jesteśmy tutaj wszyscy razem chcę wam coś powiedzieć… – zamilkliśmy wszyscy i słuchaliśmy go z uwagą. Nawet znikła gdzieś radość z twarzy Viki, a pojawiła się niepewność. Hazza mówił bardzo poważnie, musiało się stać coś złego. – Powiedzieć co? – zapytał zaniepokojony Lou. Hazza wziął głęboki oddech – Moja decyzja nie jest podjęta pod wpływem chwili, myślałem o tym przez ostatnie kilka tygodni, mam nadzieję, że mnie zrozumcie… – przerwał znowu – Jaka decyzja Harry, wykrztuś to wreszcie! – powiedziałam zniecierpliwiona i trochę wystraszona, Hazza wbił wzrok w podłogę i wyznał łamiącym się głosem – Odchodzę z zespołu. -