Gdy otworzyłam oczy wszędzie panował półmrok. Za oknami było już całkowicie czarno, a światła w samolocie były przygaszone. Spojrzałam na Lou, chłopak spał spokojnie. Oparłam głowę o zagłówek fotela i ponownie zamknęłam oczy. Co teraz stanie się z chłopakami? Z ich przyjaźnią? Mieli tyle wspólnych planów, marzeń… I dlaczego Harry zdecydował się odejść? Może jest tak jak mówił Zayn… Jeśli nie wiadomo o co chodzi to zawsze chodzi o pieniądze. Nie, to głupie. Chłopcy zarabiają bardzo dobrze, na nic im nie brakuje, choć wcale nie oszczędzają. To musi być coś ważniejszego, chłopaki są dla niego jak bracia, nie skrzywdził by ich bez powodu. Zapewne chodzi o ten problem, o którym nie chciał mi nic powiedzieć. A może mam o nim za dobre zdanie? Zawsze staram się znaleźć w człowieku dobre cechy nawet jak są schowane naprawdę głęboko, ale tym razem może próbuję go usprawiedliwić na siłę. Hazza jest rozpieszczony i miewa humorki, może odejście z zespołu jest spowodowane właśnie jednym z jego szczeniackich zachcianek? Nie, zdecydowanie wolę pierwszą wersję. Mam słabość do tego małolata, choć jestem na niego tak bardzo wściekła. Czas pokaże co wydarzy się w ciągu najbliższych kilku dni. Na razie postanawiam nie zaprzątać sobie tym dłużej głowy. W końcu mam wakacje!

Po kilku godzinach, które jednak minęły mi jak kilka minut lądowaliśmy na lotnisku w Tahiti. Na zewnątrz zaczynało się rozjaśniać, siedziałam jednak zbyt daleko okna żeby dostrzec jakikolwiek krajobraz. Siedzący obok mnie Lou przeciągnął się i zaczął ziewać leniwie. Od razu przyłożyłam dłoń do jego ust, aby stłumić ryk budzącego się lwa i tym samym oszczędzić nam kompromitacji. Chłopak parsknął śmiechem spod mojej dłoni – Dzięki skarbie, że mnie wyręczyłaś. Nie miałem siły podnosić ręki tak wysoko. – uśmiechnął się pięknie, ja tylko bezradnie pokręciłam głową przewracając teatralnie oczami.

Odebraliśmy nasz bagaż i wyszliśmy przed budynek lotniska. Widok, jaki zobaczyłam bardzo mnie rozczarował. Byliśmy w samym centrum betonowego miasta! Spodziewałam się oceanu, dżungli, czy czegokolwiek, a tu przed moimi oczami stały wielkie wieżowce, a pod nimi ciągła się autostrada. – Lou, myślałam, że lotnisko będzie zbudowane z trawy trzcinowej, a na zewnątrz będzie dżungla i małpy – zwróciłam się do Louisa robiąc smutną minkę, a ten zaśmiał się głośno – Cóż jakby nie patrzyć jedną małpkę mam, więcej mi nie trzeba – pocałował mnie w policzek. Spiorunowałam go wzrokiem, ale puściłam tę uwagę mimo uszu i dalej drążyłam temat – Czyli co? Nie będzie oceanu, palm i plaży? – zapytam rozczarowana. – Wszystko w swoim czasie, chodź – chłopak pociągnął mnie za rękę i poszedł do czarnego Hummera z napisem Raddison Plaza. – Witam, pan Malcolm? – zwrócił się do mężczyzny siedzącego za kierownicą – O! Pan Tomlinson. Witam, właśnie państwa wypatrywałem. Zapraszam – Mężczyzna wyszedł z samochodu, włożył nasze walizki do bagażnika, a my w tym czasie usiedliśmy na wygodnych siedzeniach samochodu. Od razu domyśliłam się, że to nasz transfer z lotniska do hotelu. Luksusowy transport, nie ma co. Oprócz nas w aucie siedziały jeszcze trzy osoby. Sądząc po używanym przez nich języku byli to Chińczycy, Koreańczycy albo Japończycy. Niestety nie mogłam sprecyzować tego z ich rysów twarzy, bo siedzieli na fotelach przed nami, widziałam tylko ich plecy. Ruszyliśmy w dalszą drogę. Jak wielka była moja radość, gdy ujrzałam lazurowy ocean wyłaniający się spomiędzy wieżowców gdy tylko wyjechaliśmy za miasto. Lou uśmiechnął się usatysfakcjonowany widząc radość na mojej twarzy. Po około godzinie samochód zatrzymał się przed hotelem. Był to niezwykle nowoczesny i ekskluzywny budynek. Wysiedliśmy z samochodu, dwóch młodych mężczyzn od razu odebrało nasze bagaże. Przed drzwiami uśmiechała się do nas piękna dziewczyna ubrana w górę od bikini i kwiaciastą spódniczkę. – Witamy w hotelu Raddison Plaza – powiedziała i założyła nam na szyję naszyjnik z kwiatów, przywodzący na myśl te które noszą Hawajczycy. Weszliśmy do środka, gdzie równie radośnie przywitał nas pan na recepcji. – Dzień dobry! Pan Tomlinson i Pani Salkin! Juanes pokaże wam drogę do państwa apartamentu – wskazał na młodego chłopaka, który uśmiechał się do nas serdecznie – Życzymy miłego pobytu – Dziękujemy – odpowiedzieliśmy chórkiem i ruszyliśmy za przystojnym, opalonym chłopakiem. Opowiadał nam o wyspie, o atrakcjach turystycznych i tych które są dla nas przygotowane przez hotel. Jestem na cudownej wyspie, z mężczyznom moich marzeń u boku, w eleganckim hotelu i czeka nas tydzień tylko we dwoje! I jakby tego było mało, mam tutaj spędzić swoje dwudzieste urodziny, które wypadają za kilka dni. Czy może być jeszcze piękniej? Zdziwiłam się, ale tak. Wsłuchana w melodyjny głos Juanesa i pogrążona w swoich przemyśleniach, ściskając Louisa za rękę nagle zorientowałam się, że wychodzimy na zewnątrz. – Dokąd on nas prowadzi? – Spytałam zdezorientowana półszeptem – Zobaczysz – chłopak uśmiechnął się tajemniczo. Szliśmy tak chwilę chodnikiem wyłożonym białymi kamieniami, aż zaszliśmy na pomost, a moje oczy rozbłysły z zachwytu – Proszę, klucz do państwa domku. Życzę miłego pobytu – powiedział chłopak i odszedł zostawiając nas samych. Rozejrzałam się dokoła, a potem spojrzałam w oczy rozbawionego moim szokiem Louisa – Nie, to nie możliwe… – powiedziałam – Jest i twoja wymarzona trzcina – zaśmiał się – Podoba ci się? – zapytał, choć dobrze wiedział jaka będzie moja odpowiedź – Lou, tu jest… niesamowicie! – aż zapiszczałam z wrażenia. Stałam właśnie na drewnianym molo, umieszczonym na oceanie, przed drewnianym domkiem z dachem trawy trzcinowej. Domek, tak jak podest stał na drewnianych palach, a pod nami był ocean. Mój zachwyt był nie do opisania. Wcześniej widywałam takie miejsca tylko na widokówkach, albo na Discovery Channel. – Cieszę się, że ci się podoba – Dziękuję ci, to będzie świetny tydzień – objęłam chłopaka za szyję – Najlepsze jest to, że jesteś tu ze mną. Szaleję za tobą moja gwiazdko – chłopak uśmiechnął się promiennie – Ja za tobą bardziej mała – pocałował mnie czule – To co, idziemy obejrzeć domek? – zapytałam, gdy wreszcie oderwałam się od jego ust – Ale potem wrócimy do buziaków i przytulania? – zapytał zadziornie – Dla mnie bomba – uśmiechnęłam się łobuzersko – Chodźmy – powiedział chłopak. Małym mostkiem przeszliśmy do naszego domku. Lou przekręcił klucz w drzwiach i otworzył je na oścież – Proszę – przepuścił mnie przodem. Domek był idealny! W środku również były surowe drewniane ściany, na samym środku, pod oknem, stało ogromne, okrągłe łóżko z brązową pościelą, a nad nim wisiała biała moskitiera, która miała pełnić funkcję ochronną przed komarami, ale równie dobrze sprawdzała się jako dekoracja pokoju. Po obu stronach łóżka, pod ścianą stały dwa małe stoliczki nocne. Przed łóżkiem na ziemi leżał słomkowy dywan, a na samym środku trzcinowego sufitu wisiała wielka lampa wykonana z powywijanych w różne strony korzenia drzewa. Aż zaparło mi dech w piersiach, Louisowi zresztą też. – Więc tak wygląda raj – odezwałam się do chłopaka uśmiechając się promiennie, a ten odwzajemnił tylko uśmiech. Po lewej stronie od łóżka znajdowało się dwoje drzwi. Otworzyłam pierwsze z nich i moim oczom ukazała się toaleta. Nie była drewniana tylko wypłytkowana i były w niej nowoczesny sedes i umywalka, ale wystrojem pasowała do domku. Była w kolorze ciemnego brązu, ręczniki były w kolorze zieleni, a rama z lustra była misternie obklejona muszelkami i rozgwiazdami. Otworzyłam kolejne drzwi, za nimi znajdowała się łazienka, ogromna łazienka… Była w tym samym stylu co ubikacja, w rogu stała wanna narożna, obok prysznic i dwie umywalki na drewnianej półce, a nad nimi większa wersja lustra z ubikacji. Zamknęłam drzwi, Lou leżał na łóżku i pisał smsy do chłopaków i naszych rodziców, żeby upewnić ich, że żyjemy i mamy się dobrze. Ja w tym czasie sprawdziłam co znajduje się za drzwiami po prawej stronie od łóżka. Była tam niewielka garderoba, w której stały już nasze walizki przyniesione wcześniej przez lokaja. Zaczęłam się rozpakowywać. Układałam swoje rzeczy na półeczkach, po chwili dołączył do mnie Lou – Gotowe? Napisałeś też do moich rodziców? – zapytałam – Tak, twoja mama w odpowiedzi wysłała mi buziaka – przewróciłam oczami i zaśmiałam się pod nosem. Boże, czy ona kiedyś wydorośleje? – A twoi rodzice? I chłopaki? – wolałam się upewnić – Tak, napisałem wszystkim, że żyjemy. No, może prawie wszystkim… – skrzywił się i spuścił wzrok przypominając sobie o sprawie z Hazzą – Skarbie – wstałam z podłogi i objęłam go, a ten przysunął się do mnie najbliżej jak to było możliwe i mocno przycisnął do siebie – Nie martw się. Wszystko się ułoży – pocieszałam go gładząc po włosach, ale sama coraz mniej wierzyłam w to co mówię. Chłopak odsunął się ode mnie o pół kroku – Przepraszam, nie powinienem się rozklejać. To w końcu nasz tydzień – starał się uśmiechnąć szczerze, ale był to raczej smutny uśmiech – Nie myśl o tym. – Pogładziłam go po policzku – Będziemy się tym zamartwiać jak wrócimy do Londynu, okej? – uśmiechnęłam się miło – Okej – odpowiedział bez entuzjazmu. – Rozpakuj się, a ja idę wsiąść prysznic. Za chwilę do ciebie wrócę – Chłopak tylko skinął głową i zaczął otwierać swoją walizkę. Ja wyszłam do łazienki i wskoczyłam pod prysznic. Puściłam gorącą wodę, która przyjemnie ogrzewała skórę moich pleców. Biedny Lou, strasznie to przeżywa. Stara się uśmiechać i co jakiś czas zapomina o tym co się stało, jednak te natrętne myśli co chwila powracają. Ostatnio widziałam go tak przygnębionego, gdy jego rodzice się rozeszli… Szkoda, że nie ma z nami Harrego. Wtedy mogłabym utopić go w tym lazurowym oceanie. Nie, nie zasłużył na śmierć w tak pięknym miejscu. Wrzucę go do brudnej Tamizy w Londynie, choć ta rzeka też ma swój urok. Hmm, myślę, że nie zasłużył na nic więcej niż spłukanie jego ślicznej buźki w sedesie. Tak, ten rodzaj śmierci będzie idealny za to co zrobił. O czym ja w ogóle myślę? Zakręciłam pospiesznie kurki z wodą i wyskoczyłam z kabiny. Lou siedzi sam w pokoju, przygnębiony i smutny, a ja obmyślam plan zabicia Stylesa… Chłopak nie jest wart tego, aby poświęcać mu tyle czasu. Szybko wytarłam się do sucha, założyłam czystą bieliznę, krótkie spodenki, bokserkę i wyszłam do pokoju, jednak nie zastałam w nim Louisa. – Lou? Jesteś tu? – zawołałam, ale nikt nie odpowiedział. Zajrzałam do garderoby. Jego ubrania były już poukładane na półkach, a pusta walizka leżała obok mojej w rogu pomieszczenia. Po Louisie nie było jednak ani śladu. Do mojej głowy zaczęły napływać czarne scenariusze. Potrząsnęłam głową, aby je z niej wyrzucić. Stanęłam w drzwiach wyjściowych, zastanawiając się co robić. Mój atak paniki został jednak szybko okiełznany. Zobaczyłam Louisa siedzącego na pomoście. Podeszłam do niego. Nogi zwisały mu nad oceanem, wrzucał do wody jakieś kamyki. Popatrzył na mnie smutnymi oczami. Usiadłam za nim okrakiem i objęłam obiema rękami splatając je dokoła jego brzucha. Położyłam policzek na jego plecach, chłopak złapał mnie za dłonie i spoglądał na ocean. Było jeszcze bardzo wcześnie. Właśnie wschodziło słońce. Siedzieliśmy tak jakiś czas bez słowa w końcu Lou odsunął moje ręce od swojego ciała i odwrócił się do mnie twarzą – Jestem trochę zmęczony. Położymy się na chwilę? – zapytał – Miałam zapytać o to samo, chodźmy. – Wstałam jako pierwsza i podałam mu rękę pomagając się podnieść. Złapał moją dłoń i wróciliśmy do domku. Położyliśmy się na łóżku, twarzami do siebie, a Lou mocno mnie objął. Po kilku minutach jego uścisk zaczął się rozluźniać i chłopak zaczął oddychać głęboko i miarowo. Ja wsłuchując się w jego regularny oddech, który działał na mnie lepiej niż kołysanka również zasnęłam.
________________________________________________________
uff, udało mi się wreszcie coś napisać :) przepraszam,
ale jakoś nie miałam wcześniej czasu. Choć wstaję dopiero
o 8:00, to ostatnimi czasy chodzę spać o 23:00, bo jakoś
ścina mnie nawet na ciekawych filmach. Ehh, ostatnio tak
twardo śpię, że nawet nic mi się nie śni. Niby powinnam się
cieszyć, bo mój mózg może wreszcie odpocząć od
chłopaków, ale wolę jak latają po mojej głowie, nawet z
Malikiem na czele :P ( być może będę tego żałować, ale: )
PRZEPRASZAM, OH, BOSKI MALIKU, WRÓĆ DO MOJEJ GŁOWY!

haha, buziaki :****
ps. Jak wam się podoba nowa skórka bloga? Może być? :)