Archiwum dla Marzec, 2012

Rozdział 54.

Wyszłam na parking, wsiadłam do samochodu i ruszyłam w stronę Izabelina. Było mi smutno. Ten weekend szybko zleciał, tak fajnie bawiłam się z chłopakami. Jak za dawnych czasów. Nawet dystans który był pomiędzy mną i Louisem gdzieś znikł. Czułam się przy nim dobrze, swobodnie: tak jak kiedyś. Postawiłam samochód na podjeździe i weszłam do domu. Usiadłam w swoim pokoju i włączyłam telewizor. Oglądałam powtórkę programu Kuby Wojewódzkiego, gdy zaczął dzwonić telefon. Myślałam, że to Lou, bo w Warszawy do Amsterdamu leci się niecałe dwie godzinki. Spoglądam na wyświetlacz: to Maciek – Słucham – powiedziałam oschle – Oliwia… cześć. Co u ciebie? – Wszystko okej, ale nie mam czasu na pogawędki, pa. – Nie, czekaj! Nie rozłączaj się! Jesteś tam? – Tak jestem – Tak naprawdę dzwonię, aby przeprosić cię za wczoraj. Zachowałem się jak dupek… to z tym gwiazdorkiem jakoś bym przeżył, ale nie mogę sobie wybaczyć, że sprawiłem tobie ból. Tak strasznie mi przykro i głupio. Nie wiem co się ze mną stało, nic mnie nie tłumaczy, ale gdy zobaczyłem was razem to nie wiedziałem co myśleć, zrobić, nic już nie wiedziałem. Jestem o ciebie tak cholernie zazdrosny Oli! Wybacz mi, daj mi szansę. To już nigdy się nie powtórzy, obiecuję! Tylko spotkaj się ze mną, porozmawiajmy… – jego głos się łamał, był zdenerwowany – Nie spodziewałabym się tego po tobie. Zawiodłeś mnie… – wiem Oli, wiem. Wybacz proszę. Spotkajmy się jutro na mieście? Proszę – Sama nie wiem Maciek… – Daj mi pół godzinki proszę… – Dobrze niech będzie. 15:00 na starym rynku. Może być? – Jasne! Dziękuje ci! Tak bardzo się cieszę, dziękuje, że odebrałaś mój telefon, już myślałem, że nigdy więcej nie usłyszę twojego głosu. Nie mogę się doczekać jutra. Nie przeszkadzam. Dobrej nocki – Pa, dobranoc! – Tak jak podejrzewałam, odezwał się i przeprosił. Cieszę się, że tylko go poniosło, a jego prawdzie oblicze to te które nałam: miły, wesoły chłopak. To dobrze, że się z nim jutro zobaczę. Ja też jestem mu winna wyjaśnienia co do sprawy z Lou. Kolejny telefon, Zayn… hmm dziwne – Co tam czarnuszku? – Vas happenin’! Oliwia, możesz mi powiedzieć co zrobiłaś chłopakom? Lewo żyją! Chcieliśmy jechać z Niallem razem z nimi do Polski, ale cieszę się, że tego nie zrobiliśmy. Sorry – powiedział w żartach i zaczął się śmiać. – Dawaj ten telefon – usłyszałam cichy szum w telefonie – Oliwia? Cześć! – powiedział słodki głos – Cześć Lou – powiedziałam miło. – Jesteśmy jak nowo narodzeni! Nie słuchaj tego głupka, trawka całkiem wypaliła mu mózg – zaśmiał się – Jak lot? – A tak sobie. Lepiej leciało się do Polski, Bo wiedziałem, że zobaczę ciebie. A tej bandy dzieciaków wcale mi nie brakowało .. ałł, Niall! Spadaj! – zaczęłam się śmiać i słyszałam jak chłopaki przepychają się. – Co u ciebie? – zapytał chłopak – Właśnie dzwonił do mnie Maciek. Chce się jutro spotkać i porozmawiać – Mam nadzieję, że się nie zgodziłaś? – zapytał niespokojnym głosem. – Jesteśmy umówieni na 15:00 na starym mieście. – powiedziałam nieśmiało – Oliii… po co? Chyba już wiesz jaki jest. O czym chcesz jeszcze z nim rozmawiać? – Musimy sobie wyjaśnić kilka spraw, między innymi historię z tobą – Ale po co? Olej go – Czyli uważasz, że jeśli ktoś nawali to nie powinien dostawać drugiej szansy? – Nie, nie. Ale ja jestem pierwszy w kolejce po drugą szansę, bo pierwszy cię zawiodłem. Nie zapominaj o tym! – zaśmiałam się – Niema się czym chwalić panie Tomlinson. Tak na poważnie to muszę z nim porozmawiać, będę wtedy spokojniejsza. Dam ci potem znać jak poszło. – Obowiązkowo! I uważaj na tego świra. Jeśli by się coś stało to dzwoń. Chłopaki i kije bejsbolowe czekają! – Udam, na twoją korzyść, że tego nie słyszałam. Trzymajcie się chłopaki, uściskaj ich tam wszystkich ode mnie, oprócz Zayna! – zaśmiałam się. – Pa, dobranoc – Dobranoc – Pora iść spać. Za mną ciężka noc, a przede mną ciężki dzień. Wakacje w Polsce… taaa…

Dochodzi 15:00 wysiadam z samochodu i idę przez rynek starego miasta – Oliwia! – usłyszałam głos, odwróciłam się. Maciek biegł w moją stronę, z bukiecikiem kwiatów. – Cześć Maciek – Cześć Olii – powiedział nieśmiało. Nie wiedział czy ma mnie przytulić, pocałować, podać dłoń. Miał lekko sine oko, plaster nad łukiem brwiowym i duże otarcie na prawym przedramieniu – Do dla ciebie – powiedział wręczając mi malutki bukiecik błękitnych niezapominajek. Był przecudowny. – Dziękuję, jest śliczny, ale nie trzeba było. – Może pójdziemy na jakąś kawę, co?. Tylko gdzie? – Wszystko mi jedno – rzuciłam niedbale, ale widząc smutną minę Maćka dodałam z uśmiechem – Wszystko mi jedno gdzie, byleby ta kawa była mrożona. – Chłopak też szeroko się uśmiechnął i poszliśmy do małej kawiarenki. Usiedliśmy na dworze przy małym dwuosobowym stoliczku. Zamówiliśmy kawę, która po kilku chwilach została nam podana. – Więc może ja zacznę – powiedział Maciek nabierając powietrza w płuca i głośno je wypuszczając – Jestem ci naprawdę wdzięczny, że zgodziłaś się ze mną spotkać. Sam nie wiem, co mnie wtedy napadło. To znaczy wiem… zazdrość. Chora zazdrość.  Zachowałem się jak jakiś gówniarz. Tak strasznie mi przykro. Przepraszam Oli, wybacz mi. – Widziałam, że żałował tego co zrobił. Było mu przykro, nerwowo bawił się słomką z kawy, czekając na to co odpowiem. – Zawiodłeś mnie Maciek… – wiem, schrzaniłem to. – przerwał mi – Nie przerywaj proszę. Zawiodłeś mnie, ale w końcu jesteśmy tylko ludźmi. Wybaczam ci, bo jesteś moim przyjacielem. Masz szczęście, że lubie twój serial, inaczej dawno byś wyleciał – zażartowałam, a chłopak szeroko się uśmiechnął – Jeszcze raz przepraszam – wstał z krzesła, podszedł do mnie i mocno przytulił. – Teraz moja kolej – powiedziałam, gdy zajął z powrotem swoje miejsce – Też jestem ci winna przeprosiny i wyjaśnienia. Chodzi mi o Louisa. On.. to znaczy ja i Lou byliśmy kiedyś parą. Trwało to kilkanaście tygodni. Byliśmy szczęśliwi i zakochani… tak mi się przynajmniej wydawało. Louis wyjechał z zespołem w trasę po Europie, przestał się odzywać i tak zakończył się nasz związek. – Maciek słuchał mnie ze skupioną miną – Gdy byłam już na lotnisku i czekałam na lot do Polski Lou specjalnie dla mnie przyleciał z Danii, aby przeprosić. Powiedziałam mu, że potrzebuję czasu, obiecałam, że wszystko dokładnie przemyślę i przyleciałam tutaj. – I co? Przemyślałaś? – zapytał – Pierwsze kilka dni, myślałam tylko o nim, potem pojawiłeś się ty i przestałam, później znowu pojawił się Lou i teraz już sama nie wiem co mam zrobić. Mam w głowie jeden wielki bajzel. – Pokręciłam bezradnie głową. – Chciałbym ci pomóc, ale nie wiem jak. Będę czekał na swoją decyzję, ale po sobocie moje notowania spadły o 75% – zażartował Maciek – Chyba nikt nie może mi pomóc. A o notowania się nie martw. Miałeś u mnie 300% na plusie, więc te minus 75 to pikuś – uśmiechnęłam się. – Twoja ręka… ten siniak. To ja? – skrzywił się – Ah, to nic. Nie przejmuj się, siniaki robią mi się bardzo łatwo. – Jak mam się przejmować, Olii. Sprawiłem ci ból. – To nic Maciek, naprawdę. – Machnęłam ręką – A ty jak żyjesz po sobocie? Trochę oberwałeś. – zmieniłam temat – Należało mi się. Wszystko okej. Trzy szwy na czole, lekko pęknięta kość w ręce i takie tam małe otarcia. – Zrobiłam wielkie oczy – Tak mi przykro – Tak jak ci mówiłem, należało mi się. – uśmiechnął się słodko. Posiedzieliśmy jeszcze trochę, później Maciek odprowadził mnie do samochodu i przytulił na pożegnanie – Do zobaczenia i jeszcze raz przepraszam – Ale za co? Już niczego nie pamiętam – uśmiechnęłam się zadziornie. Maciek pomachał mi i odjechałam w stronę domu. Już w drodze wybrałam numer Louisa – Cześć Lou! – Cześć Olii. Jak poszło? – Dobrze, porozmawialiśmy sobie, wszystko wytłumaczyliśmy i już jest wszystko okej – Okej…? Czyli dalej się hmm.. przyjaźnicie? – zapytał – Tak, ale jeśli cię to pocieszy, spadliśmy do etapu przytulania się na pożegnanie – Yeah! Dwa do zera! Ze mną jesteś na etapie buziaków! – Louu… już ci coś mówiłam o tym punktowaniu… O mój boże! – Zaczęłam hamować, ale wszystko działo się tak szybko. Słyszałam tylko trzask tłuczonej szyby i dźwięk zgniatającego się metalu. Uderzyłam głową o kierownicę, zrobiło mi się szaro przed oczami. – Halo Oliwia! Oliwia? Co się stało! Oli odezwij się! – słyszałam ciche krzyki dochodzące z telefonu, który leżał gdzieś na podłodze. Krzyki były coraz cichsze, a szarość przed moimi powiekami coraz ciemniejsza. To ostatnie chwile jakie pamiętałam, później cały świat odpłynął. Straciłam przytomność.

Rozdział 53.

Całą noc źle spałam. Co chwilkę się budziłam, byłam niespokojna. Martwiłam się o chłopaków, jak się czują. Również o Maćka, który porządnie oberwał. Wstałam dość wcześnie, bo o 8:00. Poszłam do łazienki, wzięłam prysznic, umyłam włosy i zeszłam na dół do salonu. Na stole leżała kartka od rodziców: „pojechaliśmy z Marcelą do zoo i aqua parku, wrócimy późnym wieczorem. buziaki mama ;)” Poszłam do kuchni, nalałam sobie soku do szklanki i wróciłam do salonu. Położyłam się na sofie, włączyłam telewizor i oglądałam jakiś program śniadaniowy. Nie mogłam się doczekać, kiedy chłopaki się obudzą. Po ponad pół godzinie gapienia się na tragedię kobiet w temacie „mam niskiego faceta i nie mogę założyć szpilek” mój mózg zaczynał zamieniać się w wodę. Co za pierdoły! Na szczęście usłyszałam dźwięk otwierających się drzwi i ciche kroki w stronę kuchni. – Good morning – Cześć Harry – powiedziałam i usiadłam. – O cześć Olii, nie wiedziałem, że to ty. Dlaczego już nie śpisz? Dla ciebie to jeszcze środek nocy – zażartował i usiadł obok mnie – Obudziłam się i nie mogłam już zasnąć. Jak się czujesz? Dobrze wyglądasz – Dziękuję, czuję się już lepiej. Brzuch trochę jeszcze boli, ale jestem taki głodny, że nie mogę spać. – Zaraz zrobię ci jakieś śniadanie – powiedziałam. – Nie trzeba, sam sobie poradzę. – Jesteś moim gościem, muszę o ciebie zadbać – uśmiechnęłam się – Okej, ale ci pomogę – powiedział Harry. Zgodziłam się i poszliśmy do kuchni. Zdecydowaliśmy się na omlety. Harry wyciągnął z lodówki wszystko co można było do nich wrzucić: ser, pomidory, szynkę, szczypiorek i bekon. – Na bogato – uśmiechnął się. Podałam mu deskę i nóż i zaczęliśmy kroić wszystkie dodatki, wrzuciliśmy je do wielkiej miski, dodaliśmy jajka, trochę mąki, Hazza wszystko dokładnie wymieszał i gotowe. Patelnia już była rozgrzana, po kilku minutach pierwszy omlet był gotowy. W sumie nie zdążył nawet trafić na stół, bo Harry zjadł go praktycznie z patelni. To samo było z kolejnym. Usmażyliśmy wszystko co było w misce i wyszliśmy na taras. Postanowiliśmy tam zjeść śniadanie, słońce grzało już wysoko na niebie. – Właśnie! Miałem cie o coś zapytać. Co stało się Louisowi? Jest cały poobijany i spał przytulony twarzą do woreczka z roztopionym już lodem? Przewrócił się gdzieś? – zapytał, po czym włożył do ust kolejny kawałek omletu. Musiał być naprawdę głodny. – Ach, bo Loui miał wczoraj bliskie spotkanie z Maćkiem… – no co ty?! – zrobił wielkie oczy – Jak to się stało? Opowiadaj! – mówił podekscytowany – Nie ma czego opowiadać. Byliśmy wieczorem na spacerze z Maksem, Lou objął mnie i akurat tą samą drogą przejeżdżał Maciek. Gdy zobaczył nas razem zatrzymał się, zaczął na mnie krzyczeć i szarpać… – jak to na ciebie? Szarpać ciebie? Co za kretyn! – To nie tak, sprowokowałam go… chyba. On o coś mnie pytał, ja nie odpowiedziałam, zaczęłam iść dalej i wtedy mocno pociągnął mnie za rękę, abym się zatrzymała. – powiedziałam smutnym głosem – To go nie tłumaczy. Bo niby czym go sprowokowałaś, Olii… – uśmiechnął się – Ten siniak na twojej ręce? To jego sprawka? – Jaki siniak? – spojrzałam na swoje ramię i rzeczywiście znajdował się na nim sporej wielkości siniec – Tak, ale to nic – zakryłam to miejsce drugą ręką – Ma szczęście, że mnie tam nie było – powiedział zdenerwowany – Co było dalej? – A co mogło być dalej? Lou widząc to najpierw powiedział mu delikatnie, że ma spadać. Maciek go wyśmiał i uderzył, Lou mu oddał, a potem już wszystko działo się tak szybko. Nie można było ich rozdzielić, dopiero gdy Maciek upadł, a Lou zaczął go kopać udało mi się go jakoś odciągnąć – Nie nie mogę! Mój chłopak, moja szkoła! Kopał go gdy leżał? Świetnie! – cieszył się Harry, w tym momencie dołączył do nas Lou. – Tomo, stary, jestem z ciebie dumny! – powiedział przybijając mu pionę, a Lou triumfalnie się uśmiechnął – Dałeś popalić temu wampirkowi! Szkoda, że mnie tam nie było… myślę, że wtedy już by sam nie wstał z tej ziemi. – Następnym razem młody – Jakim następnym razem? Nie będzie żadnego następnego razu! – powiedziałam ostro – Dobrze już się nie denerwuj – Lou podszedł do mnie, pocałował mnie w policzek i usiadł obok mnie. – Ty też trochę oberwałeś. Pokaż rękę – chłopak podał mi dłoń, bandaż był cały zakrwawiony. Poszłam do kuchni po świeży i zaczęłam delikatnie ściągać ten stary. Jego dłoń była cała spuchnięta i poraniona. Owinęłam ją nowym opatrunkiem. Jego prawy policzek był siny. – Lou, jak ty wyglądasz. Pewnie boli co? – powiedziałam zmartwiona – To nic takiego, najgorzej z dłonią. Kilka razy wbiła się w twardą gębę tego gówniarza – uśmiechnął się, Hazza oczywiście też – Co teraz powiesz Andiemu? Przecież jutro macie występ w telewizji – To nic. Przecież pamiętasz, jakich mamy świetnych makijażystów. A z ręką coś się wymyśli. Powiem, że Hazza przytrzasnął mi ją drzwiami z busa, będzie szał w internecie – zaśmiał się. Harremu też spodobał się ten pomysł. – Jak długo będziecie jeszcze w trasie? – zapytałam – Miał być tydzień, ale wszystko się przedłużyło i zostały dwa tygodnie… a potem wreszcie do Anglii! – ucieszył się Harry – A ty kiedy wracasz? – zapytał – Jeszcze nie wiem, miałam wrócić wtedy co wy, ale chyba przebukuję bilet i  przedłużę sobie pobyt tutaj. – Nie, nie rób tego – powiedział smutnie Lou – wróć wtedy co my, Londyn bez ciebie to nie to samo miasto – uśmiechnął się. – Przemyślę to. Jakie kraje wam jeszcze zostały? – Dziś o 21:00 wracamy do Holandii, później jeszcze Belgia, która wyskoczyła nadprogramowo, Niemcy i do domu. Już nie mogę się doczekać – powiedział Louis. Posprzątaliśmy po śniadaniu, chłopcy poszli spakować walizki, żeby nie robić tego w biegu wieczorem. Harry jeszcze nie był do końca zdrowy, a Lou nie wyglądał zbyt dobrze, więc postanowiliśmy dziś zostać w domu. Wygłupialiśmy się w basenie i opalaliśmy się.

Godzina 19:30, jadę odwieźć chłopaków na samolot. Wszystkim nam jest bardzo przykro, ale nie mamy innego wyjścia. Zaparkowałam samochód, Harry i Lou wyciągnęli z bagażnika swoje walizki i weszliśmy do budynku lotniska. Postanowiłam, że przeczekam z chłopakami całą odprawę, opuszczę lotnisko dopiero wtedy kiedy wejdą na pokład. Chłopcy załatwili wszystkie formalności związane z przelotem i poszliśmy do kawiarenki. Zamówiliśmy sobie kawę – Nie chcę stąd wyjeżdżać… Harry może kupimy tu sobie jakąś łąkę, stado owiec i zostaniemy z Oliwą? – Jak najbardziej! – zaśmiał się Harry – Szkoda, że życie nie jest takie proste – Lou zrobił markotną minę. – Niedługo wrócę do Londynu i wszyscy razem spotkamy się na jakiejś szalonej imprezie, pośpimy na dworze i takie tam – uniosłam brwi w górę i pokiwałam głową uśmiechając się zadziornie, chłopcy oczywiście odwzajemnili uśmiech przypominając sobie imprezkę na plaży. – Och nawet nie wiesz jak mi będzie ciebie brakować dziewczyno – powiedział Lou – Mi też mała – dodał Harry – Też będe za wami tęsknić, ale spotkamy się za kilka tygodni – Kilka tygodni? Ale mnie pocieszyłaś – powiedział Lou. – Szybko zleci, zobaczysz. Już przed 21:00. Chodźmy, inaczej przegapicie lot. – powiedziałam spoglądając na zegarek. Smutnie ruszyliśmy w stronę wejścia na pokład. Chłopaki pokazali stewardesie swoje bilety i paszporty. Wszystko się zgadzało – Trzymaj się Olii – przytulił mnie mocno Harry – Będę tęsknić – pocałowałam go w policzek. – Ja też – odpowiedział – Louiiiii… – rozłożyłam szeroko ręce ze smutną miną, Lou podszedł do mnie i przytulił – Uważaj na siebie i na tego wampirka. Okej? – Tak będę uważać tato – zażartowałam – Już za tobą tęsknię głuptasku. Pomyśl o mnie czasami i wracaj jak najszybciej do Londynu. Jestem jakiś spokojniejszy, gdy jesteś w Anglii. – Wrócę, nie martw się. I zdradzę ci pewien sekret… – Jaki? – Cały czas o tobie myślę – powiedziałam szeptem, Lou szeroko się uśmiechnął – Pa marcheweczko – Do zobaczenia Lou – pocałowałam go w policzek, jeszcze raz mnie przytulił i razem z Hazzą ruszył w stronę korytarza prowadzącego na pokład samolotu. Oboje szli tyłem, tak aby cały czas mieć mnie na oku – Dajcie znać jak wylądujecie w Amsterdamie! I idźcie normalnie wariaci! – zawołałam – Oczywiście, pa! – zawołali chórkiem – Pa! – odpowiedziałam. Odprowadziłam ich wzrokiem, przed wejściem jeszcze raz mi pomachali i zniknęli za drzwiami.

Rozdział 52.

Lou prowadził Maksa, ja szłam obok. Mieszkałam na bardzo długiej ulicy, dlatego musieliśmy iść dobre 20 minut zanim wyszliśmy poza teren zabudowany. Naszym oczom ukazał się niewielki zagajnik. Szliśmy wzdłuż drzew, zmierzchało już i bałam się wejść do lasu. Za nim znajdowała się duża łąka. Lou odpiął smycz Maksa i psiak wystrzelił jak z procy przed siebie, a my usiedliśmy na trawie. – Pięknie tu. Myślę, że taką Polskę będę wspominać milej niż zatłoczoną Warszawę pełną betonu i budynków – powiedział Lou patrząc przed siebie – Też kocham przyrodę, ale niekiedy trzeba wyjść do ludzi – Mam już dość ludzi. Wszyscy czegoś ode mnie chcą, wołają moje imię, szarpią mną, a ja muszę iść przed siebie uśmiechając się i udając, że wszystko jest okej. Ale nic nie jest okej. Czasem czuję się jak manekin… jak marionetka… robię to co mi karzą. Czasem całkowicie się w tym tracę i nie jestem sobą. Tak też się stało, gdy zerwałem z tobą. Dopiero Harry sprowadził mnie na ziemię. – Cały czas spoglądałam na niego, miał poważny wyraz twarzy. Patrzył przed siebie zamyślony. Wreszcie odwrócił twarz w moją stronę, spojrzał mi oczy i mówił dalej – Dlatego właśnie wolę przyrodę. Mógłbym tu zostać na zawsze. Na tej łące mam wszystko czego potrzebuję do szczęścia… mam ciebie – uśmiechnął się słodko, a ja odwzajemniłam uśmiech. Przysunęłam się do niego najbliżej jak to było możliwe, położyłam głowę na jego barku, a on objął mnie ramieniem. Zrobiło mi się go tak strasznie żal. To co mówił wcześniej wypowiadał takim tonem, jakby każde słowo raniło go w samo serce. Musiało być mu naprawdę ciężko. Podbiegł do nas Maks, zaczął się łasić i wpychać pomiędzy nas, aby go głaskać. – Zbieramy się Olii, zaczyna robić się chłodno, a przed nami jeszcze kawał drogi. – Masz rację, chodźmy. – Lou zapiął Maksowi smycz. Jedną ręką prowadził psa, a drugą objął mnie w talii. Spojrzałam na niego – Olii to tylko dlatego, że chcę cie ogrzać. Jest chłodno, nie chcę, żebyś się przeziębiła – Oczywiście, że tak. Zdrowie przede wszystkim dlatego nie mam nic przeciwko. – Uśmiechnęłam się i wolnym krokiem ruszyliśmy w stronę domu.

Byliśmy mniej więcej na półmetku drogi, gdy przejechał obok nas czarny samochód, który gwałtownie zahamował, gdy nas mijał. Co prawda szliśmy już obok domów, na oświetlonej drodze, a mieszkałam na spokojnym osiedlu, ale wystraszyłam się. Auto zatrzymało się, a ze środka wyszedł jakiś mężczyzna – Oliwia? To ty? – od razu poznałam ten głos. To Maciek. – Maciek zwariowałeś? Co tu robisz? Dlaczego straszysz mnie po nocach? – zapytałam zezłoszczona, a chłopak podszedł do mnie – To ja się pytam co tu robisz w nocy z nim? Obejmujecie się i spacerujecie, a podobno to nie twój chłopak? Możesz mi to wytłumaczyć?! – Maciek prawie krzyczał – Uspokój sie chłopie, przecież nie robimy nic złego! A jeśli nawet to nic ci do tego. – Zaczęłam iść do przodu, byłam wściekła, Maciek złapał mnie za ramię i szarpnął mną – Puść mnie, to boli! – Przecież o coś cie pytałem – Leave her alone – wtrącił Lou i popchnął Maćka – Nie rozmawiam z tobą, panie wielka gwiazdko – Z nią już też nie. Wsiadaj do samochodu, chyba, że mam ci pomóc to zrobić – mówił Louis i podchodził coraz bliżej do Maćka – Chłopaki wystarczy – powiedziałam, ale nikt mnie nie słuchał – Ciekawe jak mi pomożesz? Możesz przytrzymać mi drzwi, bo na nic więcej cie nie stać – zaśmiał się mu prosto w twarz. Lou jeszcze raz mocno go popchnął. Maciek z trudem utrzymał równowagę, podszedł do Louisa i uderzył go pięścią w twarz. Louis oczywiście mu oddał i wtedy się zaczęło. Chłopaki zaczęli się ostro bić. Nie pomagały moje krzyki i prośby, nie dało się ich rozdzielić. Maciek upadł na ziemię, a Louis zaczął go kopać – Wystarczy Lou! Słyszysz? Wystarczy! – Złapałam go mocno za ręce i zaczęłam odciągać od leżącego chłopaka. – Nic ci nie jest? – zapytałam Louisa, po jego twarzy spływała krew. – Nie nic, ale mógłbym go teraz zabić! – Proszę, przestań. Wystarczy już. – Podeszłam do Maćka, który właśnie zbierał się z ziemi, Louisowi się to nie spodobało – Wszystko okej? – zapytałam – Nic nie jest okej, trzymaj tego swojego British Boya z daleka ode mnie. Ty też lepiej daj sobie z nim spokój. To jakiś świr! – Maciek wiesz co, nie chce mi się z tobą gadać. Przemyśl to co zrobiłeś. – Jak chcesz. – odpowiedział tylko. Wytarł krew, która spływała z łuku brwiowego wprost do jego oczu, wsiadł do samochodu i odjechał. – Dziękuję Lou, że stanąłeś w mojej obronie, ale następnym razem nie rób tego aż tak agresywnie – Nie pozwolę, żeby szarpał tobą jakiś gówniarz, ani nikt inny, rozumiesz? Gdyby cię tu nie było skończyłby dużo gorzej, może ci być wdzięczny. – Chłopak był nabuzowany. Emocje po walce jeszcze nie opadły. Miał potarganą koszulkę, otarte kostki na rękach, które krwawiły. Z nosa i lekko pękniętej wargi również spływała mu krew – Spokojnie Lou, już wszystko jest dobrze. Jak ty wyglądasz, biedactwo – pogłaskałam go po policzku – Dla ciebie wszystko piękna, nic mi nie jest. Chodźmy do domu – uśmiechnął się. Nawet zakrwawiony wyglądał słodko. Nie powinnam popierać takiej sytuacji, ale cieszyłam się, że Lou się za mną wstawił. Maciek na za dużo sobie pozwolił. Rozumiem, zazdrość zazdrością, ale gdy szarpnął moją ręką naprawdę zabolało.

Doszliśmy do domu, zostawiliśmy Maksa na dworze, a my weszliśmy do środka. Od razu udaliśmy się do kuchni, posadziłam Louisa na wysokim stołku barowym i wyciągnęłam apteczkę. Stanęłam przed nim i zaczęłam delikatnie ścierać krew z jego twarzy nawilżoną chusteczką, później to samo zrobiłam z jego dłonią. – Teraz może troszkę zaboleć – powiedziałam wlewając na gazę wodę utlenioną, a Lou złapał mnie w pasie – Dobra jestem gotowy – powiedział teatralnie zamykając oczy, jakby chciał się przygotować na największy ból życia. Delikatnie przykładałam gazę do otarć na twarzy, oczywiście nie przetarłam rany na wardze, nie jestem aż taką sadystką. – Teraz dłoń poproszę – chłopak podał mi rękę. Wzięłam nową gazę i zaczęłam przecierać jego kostki. – Ał boli! – powiedział, robiąc kwaśną minę – A jak się biłeś to nie bolało? – To inna sprawa – uśmiechnął się zadziornie. – Dobra rycerzu jeszcze tylko bandaż, plasterek i jesteś wolny. – Owinęłam jego prawą rękę bandażem, a z lewej strony obok brwi na największe otarcie przykleiłam plasterek. Na szczęście Lou akurat z tej strony ma grzywkę więc niczego nie będzie widać. Podałam mu lód w miękkiej ściereczce, bo jego jego skóra zaczynała sinieć na wysokości lewej kości policzkowej. Przyłożył okład do twarzy – Brrr zimny – przeszły go ciarki. – Taki ma być. To był ciężki dzień, a jutro przed wami jeszcze gorszy. Powinniśmy iść spać. Chodź, odprowadzę cię do pokoju, muszę jeszcze zerknąć jak czuje się Harry – powiedziałam. Lou wstał z krzesła i poszliśmy do pokoju chłopaków. Włączyłam małą lampkę, która stała na stoliku nocnym Louisa. Cichutko podeszłam do Harrego. Spał spokojnie i wyglądał już dużo lepiej. Jego twarz nabrała normalnych kolorów. Odetchnęłam z ulgą. Poprawiłam jego kołdrę, aby z każdej strony był przykryty. Lou w tym czasie zdjął zakrwawioną koszulkę, spodenki i położył się. Usiadłam na skraju jego łóżka – Moje biedactwa, zamiast przyjechać zrelaksowani z weekendu w Polsce, wrócicie zmasakrowani. Ten pokój wygląda jak szpitalna sala. Jeden pobity, drugi struty. Przepraszam, pewnie nie tak wyobrażaliście sobie te kilka dni – To jest idealny weekend Olii i założę się, że Harry zjadł by jeszcze kilogram tej wołowiny, aby to powtórzyć. Ja również. Jest jeszcze lepiej niż sobie wyobrażałem. Utarłem nosa temu wampirkowi? Przyznaj, nie miał ze mną szans. – mimowolnie uśmiechnęłam się pod nosem i pokręciłam głową – Nie popieram bijatyk, ale muszę przyznać, że masz ikrę. Maciek nie miał żadnych szans – Facet powinien potrafić obronić swoją kobietę. Nie, że jesteś mocny w gębie, a jak przyjedzie co do czego, to jeszcze ta kobieta musi bronić ciebie. To kolejny powód dla którego jestem dla ciebie lepszym wyborem niż wampirek. – Okej dzięki, zapamiętam i będę to brała pod uwagę. A teraz już pójdę. Dobranoc Lou – nachyliłam się i pocałowałam go w policzek, a on pięknie się uśmiechnął – Pa skarbie, dobrej nocki. – Wyszłam z pokoju chłopaków i poszłam do siebie. Położyłam się do łóżka i jak zwykle przed snem w mojej głowie przetaczały się miliony myśli. Mam wyrzuty sumienia z powodu Maćka, może to ja sprowokowałam tą walkę, niepotrzebnie. Może gdybym stała w jednym miejscu to on nie miałby powodu, aby mną szarpnąć i nie było by tej bójki. Nie, nie mogę tak myśleć. Co będzie za 10 lat? Będę leżeć z podbitym okiem i myśleć, że może gdybym umyła naczynia to nie dostałabym w twarz? Takie rzeczy zaczynają się od drobnostek, zwykłego szarpnięcia, a gdy facet widzi, że ma nad tobą przewagę wykorzystuje to. Nie, to też bez sensu. Przecież nie mogę od razu wróżyć Maćkowi takiej przyszłości. To fajny chłopak, tylko poniosły go emocje. Moja głowa pomału oczyszcza się z natłoku myśli. Nie odezwę się do Maćka pierwsza, ale gdy on to zrobi i będę widzieć, że żałuje tego jak się zachował to spotkam się z nim. To najlepsze wyjście z sytuacji. Z takim postanowieniem mogę spokojnie zasnąć.