Archiwum dla Kwiecień, 2012

Rozdział 64.

- Do Londynu? Do jakiego znowu Londynu dziewczyno? Jest wpół do dziesiątej w nocy! Co ty robisz? – dopytywał Maciek biegnąc za mną po schodach – Oliwia mówię do ciebie! – Nie męcz mnie Maciek, nie mam czasu – olałam go, a chłopak złapał mnie za ramię i obrócił w swoją stronę – Nie sądzisz, że należą mi się jakieś wyjaśnienia? – zapytał patrząc na mnie smutnie – Choć, wytłumaczę ci wszystko na górze. – Złapałam go za rękę i pociągnęłam za sobą do pokoju. Chłopak usiadł na sofie – Czekaj – powiedziałam. Poszłam do rodziców, powiedziałam im jaka jest sytuacja, a oni jak najbardziej poparli moją decyzję. Wróciłam do pokoju, wyciągnęłam z szafy walizkę i zaczęłam wrzucać do niej przypadkowe ubrania – Lecę do Londynu. Louis ma problemy w domu, muszę mu pomóc. Jak leciałam do Polski kupiłam bilet w dwie strony, żeby było taniej. Nie przebukowałam daty i jest na dzisiaj. – Maciek podszedł do mnie i złapał za obie dłonie – Uspokój się Olii, na pewno przesadzasz. On świetnie sobie da rady bez ciebie. Zostań tutaj – Nic nie rozumiesz więc się nie odzywaj – syknęłam na niego – Lou mnie potrzebuje – Ja również… – powiedział smutnie – Gdybyś był w jego sytuacji bez wahania przyleciałabym ci z pomocą – odpowiedziałam i znów zaczęłam wrzucać ubrania do walizki – Olej go Oliwia, zostań ze mną – Olać go? Czy ty słyszysz co wygadujesz? Gdy miałam wypadek chłopaki rzucili dla mnie wszystko i przylecieli, a ty każesz go olać? Nie obraź się, ale zaczynasz mnie wkurzać. Lepiej będzie jak pojedziesz już do domu – Przepraszam, masz rację, to twój przyjaciel, rozumiem, że chcesz mu pomóc. Zawiozę cię na lotnisko – Dziękuje i przepraszam, że jestem taka niemiła – W porządku, pakuj się. – Właściwie to jestem gotowa. Paszport jest, bilet jest, walizka jest. Możemy jechać. – Maciek zabrał mój bagaż, wrzucił go do bagażnika i z piskiem opon ruszyliśmy na lotnisko. – Nie zdążymy, nie zdążymy… – powtarzałam nerwowo co chwila spoglądając na zegarek, do odlotu zostało czterdzieści minut – Będziemy na czas, nie martw się. – Uspokajał mnie Maciek. Zadzwonił telefon, to Harry. Całkowicie zapomniałam o nim – Hej Harry, przepraszam zapomniałam się odezwać. Jestem w drodze na lotnisko. Lecę do niego – To super Oli. Kamień spadł mi z serca. Świetna z ciebie dziewczyna zazdroszczę Louisowi… To znaczy takiej oddanej przyjaciółki mu zazdroszczę – zmieszał się – No… Dzięki… ale dla ciebie zrobiłabym to samo głuptasie. – Mam nadzieję. Okej, daj znać jak będziesz na miejscu, tylko nie zapomnij tym razem – Postaram się, pa – Cześć – Rozłączyłam się. Podjeżdżamy pod budynek lotniska, dwadzieścia minut do odlotu, jeszcze nie wszystko stracone. Maciek wyciąga z bagażnika walizkę i biegniemy przed siebie. – Dzień dobry, a raczej dobry wieczór. Mam bilet do Londynu na 22:30. Jest jeszcze jakaś szansa się tam dostać? – spytałam panią za ladą z błagalną miną – Zdążyła pani na ostatnią chwilę. Proszę bilet i paszport, a następnie biegiem na pokład – uśmiechnęła się miło – Bardzo pani dziękuję – Szybko załatwiliśmy wszystkie formalności, nadałam bagaż. – Dzięki za wszystko Maciek, do zobaczenia – przytuliłam go mocno – Do zobaczenia słońce. To były najlepsze wakacje w moim życiu. Biegnij już, bo nie zdążysz – Będę tęsknić – powiedziałam – Ja też – odpowiedział łamiącym się głosem, a ja udałam się w stronę luku pokładowego – Uważaj na siebie – zawołał jeszcze – Będę! Pa! – odpowiedziałam i weszłam do samolotu. Usiadłam na miejscu z ulgą, że udało mi się zdążyć. To uczucie nie trwało jednak długo, bo adrenalina opadła i ogarnął mnie niewyobrażalny smutek. Maciek… Co ja zrobiłam? Jak ja potraktowałam tego biednego chłopaka? Nawet się z nim porządnie nie pożegnałam, mam takie cholerne wyrzuty sumienia. To mój przyjaciel, a ja potraktowałam go jak śmiecia. Zaczynam panikować, wypuście mnie stąd! Chcę z powrotem… Chce do Maćka… Do moich oczu napływają łzy. Zaciskam dłonie w pięści i przykładam je mocno do powiek. Uspokój się dziewczyno, uspokój się. Siedzę w takiej pozycji jakieś piętnaście minut i jakoś udaje mi się opanować napad płaczu. Muszę pamiętać po co tam lecę. Dla Louisa. Chłopak nie ma gdzie spać, muszę się skupić przede wszystkim na nim, a sprawą z Maćkiem będę się martwić później. Ten lot ciągnął się w nieskończoność na szczęście już lądujemy.

Jest pierwsza w nocy. Odbieram bagaż i dzwonię do Louisa, który odbiera po kilku sygnałach – Cześć Lou – Cześć Oli jeszcze nie śpisz? – Nie, nie śpię. A ty gdzie jesteś? – Siedzę w parku. Kurcze zaraz padnie mi bateria – W którym parku? – Tym obok… – pi pi piii… – Louis? Halo Louis w którym parku?! – Fuck rozładował się mu telefon. W takiej chwili! No tak, tylko ja mam takie szczęście. Ale to nic, znajdę go choćbym miała przeszukać każdą najmniejszą dziurę w tym mieście! Spokojnie, muszę pomyśleć logicznie. Gdybym była Louisem gdzie bym się zatrzymała? London Eye… Lou kocha London Eye! Jeśli miałby spać na dworze to tylko z widokiem na Oko Londynu, symbol tego miasta. Wybiegam z budynku lotniska i kieruję się w stronę wolnej taksówki. – Dobry wieczór, do Parku St Jamesa proszę. – Kilkanaście minut później zaparkowaliśmy na postoju niedaleko parku. Moje mieszkanie znajdowało się piętnaście minut pieszo od tego miejsca. – Dziękuję, dobranoc! – powiedziałam do miłego pana taksówkarza – Dobranoc panienko – odpowiedział podając mi walizkę którą wyciągnął z bagażnika – Proszę na siebie uważać, parki w nocy bywają niebezpieczne – Dziękuję, będę! – odpowiedziałam i pognałam przed siebie ciągnąc walizkę na kółkach. Zapinam swoją grubą kurtkę pod samą szyję i nakładam kaptur na głowę. Jest przeraźliwie zimno w porównaniu do klimatu w Polsce. Temperatura sięga tylko kilka stopni powyżej zera. Park świętego Jamesa znajduje się nad brzegiem Tamizy, a od niej wieje mroźny wiatr. Idę szybkim krokiem i rozglądam się bo bokach, bacznie sprawdzam każdą ławkę żeby niczego nie przegapić. Gdzie jesteś Lou? Zaczynam się martwić. A jeśli się myliłam i chłopak jest gdzieś w całkiem innej części miasta? Przeszłam już prawie cały park i zaczynałam tracić nadzieję, gdy moim oczom ukazała się skulona postać leżąca na ławeczce jakieś dwadzieścia metrów dalej. Już z daleka zobaczyłam kontrastujące z czernią nocy biało niebieskie paseczki na bluzce i śnieżnobiałe buty. Nie miałam wątpliwości to był Louis. Podeszłam do niego bliżej, spał skulony i trząsł się z zimna. Miał na sobie ten sam zestaw ubrań co w samolocie, gdy rozmawiałam z nim na skype. Bluzeczka z krótkim rękawkiem, czerwone spodnie odkrywające kostki, białe tenisówki i oczywiście brak skarpetek. Zrobiło mi się go tak strasznie żal – Lou słońce, obudź się – powiedziałam kucając obok ławki na której spał i pogładziłam go po policzku. Było lodowate. Chłopak otworzył oczy i popatrzył na mnie zdziwiony – Oliwia? – Zapytał – Dobry wieczór – Lou usiadł z wrażenia – To naprawdę ty? – We własnej osobie, choć tu do mnie – wstałam i podałam mu dłoń. Chłopak stanął ze mną twarzą w twarz – Nie mogę uwierzyć, że tu jesteś – powiedział mocno mnie przytulając – Przecież nie zostawiłabym cię samego w takiej sytuacji. Jesteś zziębnięty na kość i cały się trzęsiesz. Choć, idziemy. – Dokąd? – Do mnie, do mieszkania – złapałam go za dłoń, a chłopak uśmiechnął się lekko – Dziękuję – odpowiedział tylko. Szliśmy dość szybko, było naprawdę zimno. Louis opowiadał mi co dokładnie działo się u niego w domu. Głoś drżał mu od emocji i zimna. Objęłam go, aby trochę go ogrzać, kilka minut później staliśmy pod drzwiami mojego mieszkania.
___________________________
Radosnych Świąt Gwiazdy! ♥♥♥

Rozdział 63.

Cały wczorajszy dzień spędziłam na wypoczynku. Ta wycieczka i brak snu trochę zbiły mnie z tropu, ale dziś jestem już jak nowo narodzona. Siedzę na skypie i rozmawiam z chłopakami. Są podekscytowani, bo właśnie siedzą w samolocie, który za kilkadziesiąt minut wyląduje w Londynie. Chłopcy spotkają się ze swoimi rodzinami, znajomymi. Wreszcie wrócą do domu. Louis opowiada co kupił siostrzyczkom, nawet Harry od czasu do czasu wtrąci coś miłego i nawet się uśmiechnie. Niall cieszy się na samą myśl o jedzeniu przygotowanym przez jego mamę, Zayn tęskni za rodzicami i rodzeństwem. Liam oczywiście ma jeden i ten sam temat: Viki, Viki, Viki… Zaraz z lotniska jedzie po nią, a później razem jadą do jego domu. Proszę bardzo, jak się nam parka rozkręca. Swoją drogą to zazdroszczę im. Jest między nimi taka chemia, taki rodzaj uczucia, którego chyba jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyłam. Gdy są razem, to aż słodko robi się w powietrzu od ich miłości. Są sobie przeznaczeni, to widać. Sposób w jaki na siebie patrzą, dotykają się, jak się do siebie odnoszą. W tym wszystkim widać uczucie. Niby między mną i Louisem też był ten rodzaj chemii, ale nie była ona aż tak bardzo odczuwalna. Może to przychodzi z czasem? Stosunki Viki i Liama też się uściśliły dopiero po czasie, a dokładniej po tym jak się ze sobą przespali, choć już wcześniej patrzyli na siebie jak w obrazek. – O czym tak myślisz? – wyrwał mnie z przemyśleń głos Harrego – O tym co zjem na kolację – zażartowałam – Więc idź sobie coś zjeść mała, musimy kończyć, bo za chwilę lądujemy! Łuhu! – zawołał Louis – Bye Oli, Pa! Cześć! – Wołali chłopaki i machali mi do kamerki. – Na razie gwiazdy! – Pomachałam im. Rozmowa zakończona. W samą porę, bo za chwilę ma przyjechać Maciek. Fajnie, że lot chłopaków minął bez problemów, normalnie ja też powinnam dziś wracać do Londynu. O nie… przecież zapomniałam przebukować swój bilet, widnieje na nim dzisiejsza data wylotu do Wielkiej Brytanii, godzina 22:30. Niestety nie da się już go przenieść na inny termin, trzeba to zrobić z co najmniej tygodniowym wyprzedzeniem. To wszystko przez ten koncert w Berlinie, całkowicie wyleciało mi to z głowy. Ale teraz już trudno, nic na to nie poradzę.

Dzwonek do drzwi – Cześć Olii – Cześć – przywitałam się z Maćkiem – Czego się napijesz? – zapytałam wchodząc do kuchni, chłopak szedł za mną – Może być jakiś sok – Pomarańcza? Banan? – Banan – odpowiedział. Podałam mu dwie szklanki i sok. Ja wzięłam czipsy i poszliśmy na górę. – Więc teraz, mój drogi Macieju, opowiem ci plan naszego wieczoru – Słucham – odpowiedział zaciekawiony – Cały pierwszy sezon rodzinki.pl! Mamy na to całą noc. Mam nadzieję, że się cieszysz? – odpowiedziałam uśmiechając się cwaniacko. Wiedziałam jaka będzie reakcja chłopaka, otworzył buzię, bo chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył wydobyć z siebie ani jednego dźwięku – Tak bardzo się cieszę, że się zgadzasz, inaczej musiałbyś posiedzieć z moimi rodzicami, a ja oglądałabym to sama – powiedziałam zadowolona z siebie. Mina chłopaka była bezcenna – Niech będzie – powiedział i zrezygnowany usiadł na sofie. Ja włączyłam dvd i zaczęliśmy oglądać. Po 6 odcinkach, czyli prawie dwie i pół godziny później zrobiliśmy sobie pierwszą przerwę – Ała, mój mózg – powiedział Maciek udając najnieszczęśliwszego człowieka świata – Idziemy coś zjeść, przez te twoje burczenie w brzuchu ledwie słyszę dialogi – zaśmiałam się. Zeszliśmy do kuchni, zrobiliśmy sobie kanapki, usiedliśmy przy stole i jedliśmy rozmawiając o Berlinie i koncercie, gdy zadzwonił mój telefon. Zupełnie zapomniałam, że zostawiłam go w kuchni. *9 nieodebranych połączeń* Lou i Harry zamianę. Musiało się coś stać, Hazza nie dzwoniłby do mnie, aby pogadać o pogodzie. Właśnie chciałam wybrać numer Lou, gdy telefon znów zaczął dzwonić – Halo? Harry what’s going on? – zapytałam zdenerwowana. Maciek patrzył na mnie zaciekawiony i słuchał każdego mojego słowa – Oliwia czemu nie odbierasz telefonu? – zapytał zdenerwowany – Nie słyszałam jak dzwoni, zostawiłam go w kuchni i… – dobra nie ważne – przerwał mi loczek – Chodzi o Louisa – Co z nim? – zapytałam zdenerwowana, a żołądek podskoczył mi do gardła – Wiesz jak wygląda sprawa z jego rodzicami. Teraz jest jeszcze gorzej. Straszliwie się kłócą. Jego siostry są u dziadków w Manchesterze, tylko Lou i jego rodzice są w domu. Nie muszę ci mówić, że chłopak jest przemęczony, a sytuacja jego rodziców jeszcze pogarsza to jak się czuje – słuchałam jego słów z wielkimi oczami – Co mogę zrobić? – wydusiłam z siebie – Zadzwoń do niego, twój głos na pewno mu pomoże. Oli, martwię się o niego. Boję się, że zrobi coś głupiego. Gdy z nim rozmawiałem był zdruzgotany, a teraz nie odbiera moich telefonów. – Jedź sprawdzić co u niego – powiedziałam – Gdybym tylko był w Londynie zaraz bym to zrobił, ale jestem na drugim końcu Anglii, u rodziny. Zadzwoń do niego i daj mi znać co z nim, okej? – Jasne, dzięki za telefon – Pa mała – powiedział loczek – Cześć – odpowiedziałam zaskoczona jego miłym tonem głosu – Coś się stało? – zapytał Maciek – Tak, to znaczy nie. Czekaj muszę gdzieś zadzwonić – wybrałam numer Louisa, pierwszy sygnał, drugi, trzeci – Odbierz, odbierz… – mówiłam nerwowo pod nosem, a Maciek bacznie mnie obserwował – Halo? – usłyszałam słaby głos w słuchawce, a kamień spadł mi z serca – Louis? Jak dobrze, że odebrałeś. Jak się trzymasz? – zapytałam z troską. – Wcale się nie trzymam Oli, oni… cały czas się kłócą, krzyczą. Dobrze, że dziewczynki nie muszą na to patrzeć. Mięczak ze mnie, ale nie mogłem już tam dłużej wytrzymać. Nie mogłem wytrzymać w tym domu ani minuty dłużej. Włóczę się teraz po ulicach Londynu i myślę co z sobą zrobić – mówił łamiącym się głosem na dźwięk którego łzy napłynęły mi do oczu. – Lou, tak bardzo chciałabym ci pomóc. Co ty teraz zrobisz? – Nie wiem. Normalnie zatrzymałbym się u Harrego, ale wyjechał. Spędzę tę noc w jakimś hotelu… nie, nie wziąłem żadnych pieniędzy, ani portfela… idiota ze mnie! Tak bardzo się cieszyłem na powrót do domu, a teraz nie mam nawet gdzie spać – Wszystko się ułoży. Daj znać czy znalazłeś jakiś nocleg, proszę – Dobrze, dziękuję za telefon i nie martw się o mnie, dam sobie rady. Muszę kończyć – Trzymaj się Lou – Pa – odpowiedział tylko i rozłączył się. Siedziałam w ciszy. Spojrzałam na Maćka, chłopak patrzył na mnie pytająco. Nie zwróciłam jednak na to zbytniej uwagi tylko wbiłam tempo wzrok w blat stołu. Tak bardzo chciałabym jakoś pomóc Louisowi. Tylko jak to zrobić? Na odległość nie da rady. Chyba, że… Sprawdzam godzinę. Jest 21:30. Moje powieki otworzyły się szerzej, wyprostowałam się i spojrzałam przed siebie – Co się stało? – zapytał Maciek zaskoczony moją reakcją – Lecę do Londynu. Za godzinę – Co takiego?! – zapytał zdziwiony chłopak – Za godzinę wracam do Londynu – powtórzyłam, wstałam z krzesła i szybkim krokiem ruszyłam po schodach w stronę swojego pokoju.

Rozdział 62.

Chłopcy urwali się piętnaście minut wcześniej z wywiadu, aby móc odwieźć mnie na lotnisko. Kochani są! Louis załatwił mi całą odprawę online, więc wystarczyło, że pojawiłam się na lotnisku pół godziny przed odlotem. Nadałam bagaż i stanęłam w kolejce, aby oddać paszport do kontroli. Nagle rozległ się pisk i krzyki – One Direction! Louis! Zayn! Kocham cię! Harry! Niall! Liam! – krzyczały dziewczyny. Kilka sekund później chłopaki byli otoczeni przez tłum krzyczących fanek, a ja sama stałam w kolejce. W końcu po kilkunastu minutach udało mi się dotrzeć do stanowiska pani sprawdzającej paszporty. Szybkie zerknięcie na zdjęcie w dokumencie, na mnie, znów na zdjęcie i gotowe. Tyle czekania dla piętnastu sekund? To jakiś żart. Skoro ze mną poszło tak szybko, to dlaczego tyle czekam w tej kolejce? Nie musiałam długo czekać, aby odpowiedzieć sobie na to pytanie, bo pani wyciągnęła powód tych ogromnych kolejek: kawkę i ciasteczko. Paranoja. A jeszcze większą paranoją było to co te niemieckie fanki robiły z chłopakami. Rozumiem, że to gwiazdy, każdy się cieszy, że może ich zobaczyć, zrobić zdjęcie i porozmawiać chwilę. Też kiedyś byłam ich ‚ normalną’ fanką i wiedziałam co to za przeżycie, gdy można choć chwilę pobyć w ich towarzystwie. Ale żeby ciągnąć za włosy, klepać po tyłkach i płakać? Stałam z boku i czekałam, aż ta szopka się skończy, aby się pożegnać. Zza tłumu fanek zobaczyłam Louisa, który spoglądał w moją stronę smutnym wzrokiem – Sorry – powiedział bezgłośnie poruszając ustami. Za pięć minut muszę być na pokładzie, a tu wcale nie zanosi się na to, aby Niemki odpuściły. Nawet niema mowy o tym, żeby dobić się do chłopaków. Zrezygnowana macham im tylko na pożegnanie, mając nadzieję, że któryś z nich to zauważy. Na daremnie. Odwracam się i idę w stronę luku pokładowego. – Wait! Olii! – słyszę zdesperowany głos za plecami. Spoglądam za siebie i widzę Harrego, który próbuje przebić się przez tłum fanek – Wait please – woła dalej odpychając od siebie dziewczyny, a za nim podąża reszta chłopaków. Hazza odwrócił się w stronę fanek, coś do nich powiedział, a te momentalnie uspokoiły się, pomachały im i odeszły. Wow, to się nazywa siła argumentu. – Nie powinniśmy się tak zachowywać w stosunku do naszych fanek, ale to dobrze, że udało nam się jakoś uwolnić – powiedział Lou przytulając mnie – Nie znoszę pożegnań, do zobaczenia wkrótce – Trzymam cię za słowo, pa – powiedział chłopak całując mnie w policzek, pożegnałam się z resztą chłopaków, na samym końcu został mi Harry. Nie wiedziałam jak mam się zachować, bo przecież cały dzień był na mnie obrażony. Loczek uśmiechnął się do mnie i szeroko rozłożył ramiona, a ja przytuliłam go. – Dzięki Harry, gdyby nie ty, to nawet nie miałabym okazji się z wami pożegnać – Do usług – odpowiedział – Co ty w ogóle powiedziałeś tym fankom, że tak odpuściły? – Że mamy samolot do Londynu i że będziemy tu jutro o tej samej porze. Łyknęły to. Nie jestem potworem, gdyby zachowywały się normalnie to bym ich nie okłamał. – Dzięki i trzymaj się mały. – Ty też – odpowiedział. – Pa chłopaki! – powiedziałam jeszcze raz i pobiegłam na pokład samolotu. Zdążyłam tylko usiąść na miejscu, zapiąć pasy i zaczęliśmy startować.

Przez cały lot do Polski myślałam o tym dlaczego to akurat Harry zainterweniował. Przecież Louis wiedział, że odlatuję za pięć minut, ale nawet nie próbował odejść od fanek. Stać go było tylko na krótkie ‚sorry’ wypowiedziane z daleka. I jeszcze ten tekst, że nie powinni tak robić swoim fankom. Więc fotki z dziewczynami są ważniejsze od mnie? Za to Hazza walczył jak lew, aby dostać się do mnie i pożegnać. Cały dzień chodzi obrażony, a później biegnie jak na złamanie karku, aby mnie przytulić. Już nic z tego nie rozumię. To chyba za trudny temat jak na mój mały, przemęczony móżdżek. Nawet niema sensu się nad tym zastanawiać, bo i tak nic mądrego nie wymyślę. Na szczęście już lądujemy, za chwilę będę w domu i wreszcie porządnie się wyśpię.

Odpieram swój bagaż i wychodzę z budynku lotniska, aby złapać jakąś taksówkę – Dzień dobry, dokąd pani jedzie? – usłyszałam znajomy głos – Maciek! – ucieszyłam się na widok chłopaka i mocno go przytuliłam – Co ty tutaj robisz wariacie? – Jak to co? Przyjechałem po ciebie, przecież nie będziesz się tłuc w nocy taksówką, ani nie daj Bóg autobusem – uśmiechnął się pięknie i zabrał moją walizkę. – Dzięki, prawdziwy z ciebie przyjaciel – powiedziałam przytulając go – Staram się – odpowiedział. Włożył walizkę do bagażnika, wsiadł do samochodu i odjechaliśmy. Po nieco ponad pół godzinie podjechaliśmy pod bramę mojego domu. – Wejdziesz na chwilę? – zapytałam – Nie, innym razem. Widzę, że już jesteś zmęczona – Więc przyjedź jutro, okej? – Bardzo bym chciał, ale nie dam rady. Kręcimy rodzinkę do wieczora. Może pojutrze? – zaproponował – Świetnie! Już nie mogę się doczekać. Dziękuję za podwiezienie. – Nie ma za co, pa! – powiedział i przytulił mnie – Pa Maciek! – chłopak wsiadł do samochodu i odjechał, a ja weszłam do domu. Przywitałam się z rodzicami i z Marcelą. Dałam jej kilka paczek różnorakich miśków Haribo, bo tylko to udało mi się kupić w ciągu tych kilkudziesięciu minut zwiedzania Berlina. Wzięłam prysznic i położyłam się na miękkim materacu w mojej sypialni. Napisałam smsa do Lou, że leżę już w łóżku cała i zdrowa. Coś podkusiło mnie też, aby napisać wiadomość do Harrego: *Hej Harry, jeszcze raz dziękuję za to co zrobiłeś na lotnisku, dzięki Tobie mogłam się z wami pożegnać. Buziaki Xx* Po chwili dostałam odpowiedź: *Nie ma za co, ale zrobiłem to dla Louisa nie dla Ciebie* Co takiego? Przecież jeszcze kilka godzin temu przytulał mnie z uśmiechem na twarzy, a teraz znowu ta bariera. Znów jest dla mnie oschły, obojętny. Przykrywam twarz małą poduszką i mocno przyciskam ją do twarzy. Po co ja w ogóle pisałam do niego tego smsa? Idiotka ze mnie. Jestem na siebie wściekła. A on? Kretyn, rozkapryszony gej i dzieciak. To jedyne słowa, które przychodzą mi go głowy, gdy przed moimi oczami ukazuje się nazwisko Harrego Stylesa.