Archiwum dla Maj, 2012

Rozdział 88.

Gdy otworzyłam oczy wszędzie panował półmrok. Za oknami było już całkowicie czarno, a światła w samolocie były przygaszone. Spojrzałam na Lou, chłopak spał spokojnie. Oparłam głowę o zagłówek fotela i ponownie zamknęłam oczy. Co teraz stanie się z chłopakami? Z ich przyjaźnią? Mieli tyle wspólnych planów, marzeń… I dlaczego Harry zdecydował się odejść? Może jest tak jak mówił Zayn… Jeśli nie wiadomo o co chodzi to zawsze chodzi o pieniądze. Nie, to głupie. Chłopcy zarabiają bardzo dobrze, na nic im nie brakuje, choć wcale nie oszczędzają. To musi być coś ważniejszego, chłopaki są dla niego jak bracia, nie skrzywdził by ich bez powodu. Zapewne chodzi o ten problem, o którym nie chciał mi nic powiedzieć. A może mam o nim za dobre zdanie? Zawsze staram się znaleźć w człowieku dobre cechy nawet jak są schowane naprawdę głęboko, ale tym razem może próbuję go usprawiedliwić na siłę. Hazza jest rozpieszczony i miewa humorki, może odejście z zespołu jest spowodowane właśnie jednym z jego szczeniackich zachcianek? Nie, zdecydowanie wolę pierwszą wersję. Mam słabość do tego małolata, choć jestem na niego tak bardzo wściekła. Czas pokaże co wydarzy się w ciągu najbliższych kilku dni. Na razie postanawiam nie zaprzątać sobie tym dłużej głowy. W końcu mam wakacje!

Po kilku godzinach, które jednak minęły mi jak kilka minut lądowaliśmy na lotnisku w Tahiti. Na zewnątrz zaczynało się rozjaśniać, siedziałam jednak zbyt daleko okna żeby dostrzec jakikolwiek krajobraz. Siedzący obok mnie Lou przeciągnął się i zaczął ziewać leniwie. Od razu przyłożyłam dłoń do jego ust, aby stłumić ryk budzącego się lwa i tym samym oszczędzić nam kompromitacji. Chłopak parsknął śmiechem spod mojej dłoni – Dzięki skarbie, że mnie wyręczyłaś. Nie miałem siły podnosić ręki tak wysoko. – uśmiechnął się pięknie, ja tylko bezradnie pokręciłam głową przewracając teatralnie oczami.

Odebraliśmy nasz bagaż i wyszliśmy przed budynek lotniska. Widok, jaki zobaczyłam bardzo mnie rozczarował. Byliśmy w samym centrum betonowego miasta! Spodziewałam się oceanu, dżungli, czy czegokolwiek, a tu przed moimi oczami stały wielkie wieżowce, a pod nimi ciągła się autostrada. – Lou, myślałam, że lotnisko będzie zbudowane z trawy trzcinowej, a na zewnątrz będzie dżungla i małpy – zwróciłam się do Louisa robiąc smutną minkę, a ten zaśmiał się głośno – Cóż jakby nie patrzyć jedną małpkę mam, więcej mi nie trzeba – pocałował mnie w policzek. Spiorunowałam go wzrokiem, ale puściłam tę uwagę mimo uszu i dalej drążyłam temat – Czyli co? Nie będzie oceanu, palm i plaży? – zapytam rozczarowana. – Wszystko w swoim czasie, chodź – chłopak pociągnął mnie za rękę i poszedł do czarnego Hummera z napisem Raddison Plaza. – Witam, pan Malcolm? – zwrócił się do mężczyzny siedzącego za kierownicą – O! Pan Tomlinson. Witam, właśnie państwa wypatrywałem. Zapraszam – Mężczyzna wyszedł z samochodu, włożył nasze walizki do bagażnika, a my w tym czasie usiedliśmy na wygodnych siedzeniach samochodu. Od razu domyśliłam się, że to nasz transfer z lotniska do hotelu. Luksusowy transport, nie ma co. Oprócz nas w aucie siedziały jeszcze trzy osoby. Sądząc po używanym przez nich języku byli to Chińczycy, Koreańczycy albo Japończycy. Niestety nie mogłam sprecyzować tego z ich rysów twarzy, bo siedzieli na fotelach przed nami, widziałam tylko ich plecy. Ruszyliśmy w dalszą drogę. Jak wielka była moja radość, gdy ujrzałam lazurowy ocean wyłaniający się spomiędzy wieżowców gdy tylko wyjechaliśmy za miasto. Lou uśmiechnął się usatysfakcjonowany widząc radość na mojej twarzy. Po około godzinie samochód zatrzymał się przed hotelem. Był to niezwykle nowoczesny i ekskluzywny budynek. Wysiedliśmy z samochodu, dwóch młodych mężczyzn od razu odebrało nasze bagaże. Przed drzwiami uśmiechała się do nas piękna dziewczyna ubrana w górę od bikini i kwiaciastą spódniczkę. – Witamy w hotelu Raddison Plaza – powiedziała i założyła nam na szyję naszyjnik z kwiatów, przywodzący na myśl te które noszą Hawajczycy. Weszliśmy do środka, gdzie równie radośnie przywitał nas pan na recepcji. – Dzień dobry! Pan Tomlinson i Pani Salkin! Juanes pokaże wam drogę do państwa apartamentu – wskazał na młodego chłopaka, który uśmiechał się do nas serdecznie – Życzymy miłego pobytu – Dziękujemy – odpowiedzieliśmy chórkiem i ruszyliśmy za przystojnym, opalonym chłopakiem. Opowiadał nam o wyspie, o atrakcjach turystycznych i tych które są dla nas przygotowane przez hotel. Jestem na cudownej wyspie, z mężczyznom moich marzeń u boku, w eleganckim hotelu i czeka nas tydzień tylko we dwoje! I jakby tego było mało, mam tutaj spędzić swoje dwudzieste urodziny, które wypadają za kilka dni. Czy może być jeszcze piękniej? Zdziwiłam się, ale tak. Wsłuchana w melodyjny głos Juanesa i pogrążona w swoich przemyśleniach, ściskając Louisa za rękę nagle zorientowałam się, że wychodzimy na zewnątrz. – Dokąd on nas prowadzi? – Spytałam zdezorientowana półszeptem – Zobaczysz – chłopak uśmiechnął się tajemniczo. Szliśmy tak chwilę chodnikiem wyłożonym białymi kamieniami, aż zaszliśmy na pomost, a moje oczy rozbłysły z zachwytu – Proszę, klucz do państwa domku. Życzę miłego pobytu – powiedział chłopak i odszedł zostawiając nas samych. Rozejrzałam się dokoła, a potem spojrzałam w oczy rozbawionego moim szokiem Louisa – Nie, to nie możliwe… – powiedziałam – Jest i twoja wymarzona trzcina – zaśmiał się – Podoba ci się? – zapytał, choć dobrze wiedział jaka będzie moja odpowiedź – Lou, tu jest… niesamowicie! – aż zapiszczałam z wrażenia. Stałam właśnie na drewnianym molo, umieszczonym na oceanie, przed drewnianym domkiem z dachem trawy trzcinowej. Domek, tak jak podest stał na drewnianych palach, a pod nami był ocean. Mój zachwyt był nie do opisania. Wcześniej widywałam takie miejsca tylko na widokówkach, albo na Discovery Channel. – Cieszę się, że ci się podoba – Dziękuję ci, to będzie świetny tydzień – objęłam chłopaka za szyję – Najlepsze jest to, że jesteś tu ze mną. Szaleję za tobą moja gwiazdko – chłopak uśmiechnął się promiennie – Ja za tobą bardziej mała – pocałował mnie czule – To co, idziemy obejrzeć domek? – zapytałam, gdy wreszcie oderwałam się od jego ust – Ale potem wrócimy do buziaków i przytulania? – zapytał zadziornie – Dla mnie bomba – uśmiechnęłam się łobuzersko – Chodźmy – powiedział chłopak. Małym mostkiem przeszliśmy do naszego domku. Lou przekręcił klucz w drzwiach i otworzył je na oścież – Proszę – przepuścił mnie przodem. Domek był idealny! W środku również były surowe drewniane ściany, na samym środku, pod oknem, stało ogromne, okrągłe łóżko z brązową pościelą, a nad nim wisiała biała moskitiera, która miała pełnić funkcję ochronną przed komarami, ale równie dobrze sprawdzała się jako dekoracja pokoju. Po obu stronach łóżka, pod ścianą stały dwa małe stoliczki nocne. Przed łóżkiem na ziemi leżał słomkowy dywan, a na samym środku trzcinowego sufitu wisiała wielka lampa wykonana z powywijanych w różne strony korzenia drzewa. Aż zaparło mi dech w piersiach, Louisowi zresztą też. – Więc tak wygląda raj – odezwałam się do chłopaka uśmiechając się promiennie, a ten odwzajemnił tylko uśmiech. Po lewej stronie od łóżka znajdowało się dwoje drzwi. Otworzyłam pierwsze z nich i moim oczom ukazała się toaleta. Nie była drewniana tylko wypłytkowana i były w niej nowoczesny sedes i umywalka, ale wystrojem pasowała do domku. Była w kolorze ciemnego brązu, ręczniki były w kolorze zieleni, a rama z lustra była misternie obklejona muszelkami i rozgwiazdami. Otworzyłam kolejne drzwi, za nimi znajdowała się łazienka, ogromna łazienka… Była w tym samym stylu co ubikacja, w rogu stała wanna narożna, obok prysznic i dwie umywalki na drewnianej półce, a nad nimi większa wersja lustra z ubikacji. Zamknęłam drzwi, Lou leżał na łóżku i pisał smsy do chłopaków i naszych rodziców, żeby upewnić ich, że żyjemy i mamy się dobrze. Ja w tym czasie sprawdziłam co znajduje się za drzwiami po prawej stronie od łóżka. Była tam niewielka garderoba, w której stały już nasze walizki przyniesione wcześniej przez lokaja. Zaczęłam się rozpakowywać. Układałam swoje rzeczy na półeczkach, po chwili dołączył do mnie Lou – Gotowe? Napisałeś też do moich rodziców? – zapytałam – Tak, twoja mama w odpowiedzi wysłała mi buziaka – przewróciłam oczami i zaśmiałam się pod nosem. Boże, czy ona kiedyś wydorośleje? – A twoi rodzice? I chłopaki? – wolałam się upewnić – Tak, napisałem wszystkim, że żyjemy. No, może prawie wszystkim… – skrzywił się i spuścił wzrok przypominając sobie o sprawie z Hazzą – Skarbie – wstałam z podłogi i objęłam go, a ten przysunął się do mnie najbliżej jak to było możliwe i mocno przycisnął do siebie – Nie martw się. Wszystko się ułoży – pocieszałam go gładząc po włosach, ale sama coraz mniej wierzyłam w to co mówię. Chłopak odsunął się ode mnie o pół kroku – Przepraszam, nie powinienem się rozklejać. To w końcu nasz tydzień – starał się uśmiechnąć szczerze, ale był to raczej smutny uśmiech – Nie myśl o tym. – Pogładziłam go po policzku – Będziemy się tym zamartwiać jak wrócimy do Londynu, okej? – uśmiechnęłam się miło – Okej – odpowiedział bez entuzjazmu. – Rozpakuj się, a ja idę wsiąść prysznic. Za chwilę do ciebie wrócę – Chłopak tylko skinął głową i zaczął otwierać swoją walizkę. Ja wyszłam do łazienki i wskoczyłam pod prysznic. Puściłam gorącą wodę, która przyjemnie ogrzewała skórę moich pleców. Biedny Lou, strasznie to przeżywa. Stara się uśmiechać i co jakiś czas zapomina o tym co się stało, jednak te natrętne myśli co chwila powracają. Ostatnio widziałam go tak przygnębionego, gdy jego rodzice się rozeszli… Szkoda, że nie ma z nami Harrego. Wtedy mogłabym utopić go w tym lazurowym oceanie. Nie, nie zasłużył na śmierć w tak pięknym miejscu. Wrzucę go do brudnej Tamizy w Londynie, choć ta rzeka też ma swój urok. Hmm, myślę, że nie zasłużył na nic więcej niż spłukanie jego ślicznej buźki w sedesie. Tak, ten rodzaj śmierci będzie idealny za to co zrobił. O czym ja w ogóle myślę? Zakręciłam pospiesznie kurki z wodą i wyskoczyłam z kabiny. Lou siedzi sam w pokoju, przygnębiony i smutny, a ja obmyślam plan zabicia Stylesa… Chłopak nie jest wart tego, aby poświęcać mu tyle czasu. Szybko wytarłam się do sucha, założyłam czystą bieliznę, krótkie spodenki, bokserkę i wyszłam do pokoju, jednak nie zastałam w nim Louisa. – Lou? Jesteś tu? – zawołałam, ale nikt nie odpowiedział. Zajrzałam do garderoby. Jego ubrania były już poukładane na półkach, a pusta walizka leżała obok mojej w rogu pomieszczenia. Po Louisie nie było jednak ani śladu. Do mojej głowy zaczęły napływać czarne scenariusze. Potrząsnęłam głową, aby je z niej wyrzucić. Stanęłam w drzwiach wyjściowych, zastanawiając się co robić. Mój atak paniki został jednak szybko okiełznany. Zobaczyłam Louisa siedzącego na pomoście. Podeszłam do niego. Nogi zwisały mu nad oceanem, wrzucał do wody jakieś kamyki. Popatrzył na mnie smutnymi oczami. Usiadłam za nim okrakiem i objęłam obiema rękami splatając je dokoła jego brzucha. Położyłam policzek na jego plecach, chłopak złapał mnie za dłonie i spoglądał na ocean. Było jeszcze bardzo wcześnie. Właśnie wschodziło słońce. Siedzieliśmy tak jakiś czas bez słowa w końcu Lou odsunął moje ręce od swojego ciała i odwrócił się do mnie twarzą – Jestem trochę zmęczony. Położymy się na chwilę? – zapytał – Miałam zapytać o to samo, chodźmy. – Wstałam jako pierwsza i podałam mu rękę pomagając się podnieść. Złapał moją dłoń i wróciliśmy do domku. Położyliśmy się na łóżku, twarzami do siebie, a Lou mocno mnie objął. Po kilku minutach jego uścisk zaczął się rozluźniać i chłopak zaczął oddychać głęboko i miarowo. Ja wsłuchując się w jego regularny oddech, który działał na mnie lepiej niż kołysanka również zasnęłam.
________________________________________________________
uff, udało mi się wreszcie coś napisać :) przepraszam,
ale jakoś nie miałam wcześniej czasu. Choć wstaję dopiero
o 8:00, to ostatnimi czasy chodzę spać o 23:00, bo jakoś
ścina mnie nawet na ciekawych filmach. Ehh, ostatnio tak
twardo śpię, że nawet nic mi się nie śni. Niby powinnam się
cieszyć, bo mój mózg może wreszcie odpocząć od
chłopaków, ale wolę jak latają po mojej głowie, nawet z
Malikiem na czele :P ( być może będę tego żałować, ale: )
PRZEPRASZAM, OH, BOSKI MALIKU, WRÓĆ DO MOJEJ GŁOWY!

haha, buziaki :****
ps. Jak wam się podoba nowa skórka bloga? Może być? :)

Rozdział 87.

Siedzieliśmy jak zamurowani, Harry dalej nie podnosił głowy. Patrzyliśmy na siebie wielkimi oczami, nie wiedząc jak się zachować. Ciszę przerwał Zayn – Dobra Harry, fajny żart, nabrałeś nas wszystkich, ale pamiętaj, że to Niall jest tym dowcipnym – Ale to nie żart, odchodzę z zespołu. – Odpowiedział Hazza, a z twarzy Zayna znikł uśmiech – Ale jak to odchodzisz? Dlaczego? – zapytał Liam, widać było, że nawet on, zazwyczaj spokojny chłopak zaczyna się denerwować – Mam swoje powody. Przepraszam, musicie mnie zrozumieć. Mam już dość sławy, piszczących fanek, rozłąki z rodziną, jeżdżenia po całej europie i występów… – Co ty chrzanisz chłopie? Ty kochasz scenę! Kochasz śpiewać! – Lou aż wstał z miejsca i nerwowo wymachiwał rękami – Już nie pamiętasz ile wysiłku, ile nerwów kosztowało nas dojście do sławy?! To nie ma dla ciebie żadnego znaczenia?! – krzyczał na Hazzę, a ten nie był w stanie nawet spojrzeć mu w oczy – Spokojnie Lou, usiądź – pociągnęłam go za rękę, chłopak posłusznie zajął miejsce obok mnie mocno ściskając moją dłoń. Jego ciało było tak napięte jak atmosfera w pokoju – Ma znaczenie Louis i dobrze o tym wiesz. Po prostu nie mogę już dłużej z wami występować. Ale jesteśmy już na tyle sławni, że dacie sobie radę beze mnie. Sorry chłopaki, nie wiem co jeszcze mogę dodać – Nie możesz nam tego zrobić… – Wyszeptał Niall, chłopak był w ciężkim szoku. – Jesteśmy drużyną, razem zaczęliśmy więc i razem będziemy musieli skończyć. – powiedział Liam – Miałem cie za przyjaciela stary, ale przyjaciele nie robią sobie takich świństw. Dlaczego z nami nie pogadałeś, tylko po prostu oznajmiasz nam, że odchodzisz? Dlaczego?! – zawołał zdenerwowany Zayn – Boli cię dzielenie się kasą z nami? Chcesz zacząć solową karierę wtedy wszystko zostanie dla ciebie? Jesteś żałosny – Zayn zaśmiał się nerwowo – Zayn, to nie tak, ja… – Wiesz co Harry, już nic nie mów, mam w dupie twoje tłumaczenia. Idę stąd, powodzenia – Patrzyliśmy w szoku na całą tą scenę, Zayn wyszedł z mieszkania trzaskając za sobą drzwiami, Lou też wyszedł z salonu i poszedł do sypialni – Dzięki Harry, prawdziwy z ciebie przyjaciel. Chodźmy, nic tu po nas – powiedział Liam, wziął za rękę Viktorię i złapał za ramię roztrzęsionego Nialla. W niego najbardziej uderzyło to co zrobił Harry. Chłopak jest bardzo uczuciowy i widać było jak strasznie przeżywa rozwiązanie zespołu. Zostałam sam na sam z Hazzą – Jesteś z siebie zadowolony? – zapytałam bez skrupułów, chłopak nic nie odpowiedział – Pytam cię o coś. Nie słyszysz? – mówiłam twardym, ale spokojnym głosem – Słyszę, ale co mam powiedzieć? Podjąłem już decyzję – spojrzał mi w oczy – Ale z ciebie egoista – zaśmiałam się mu w twarz – Zraniłeś swoich przyjaciół, zniszczyłeś ich szansę na karierę – pokręciłam głową – Nie zniszczyłem ich kariery, przecież zespół to więcej niż jedna osoba. Będą wstępować sami, fani się wreszcie przyzwyczają – Słyszysz co mówisz? Przecież dobrze wiesz, że to ty jesteś front menem w zespole, ty śpiewasz najwięcej kwestii. Dobrze wiesz, że ten zespół bez ciebie nie ma szans. Zniszczyłeś coś na co oni ciężko pracowali przez ostatnie półtorej roku. Dobrze ci z tym? – Niczego nie zniszczyłem. Daj mi spokój – powiedział nerwowo, wstał z kanapy i ruszył w stronę drzwi. Podeszłam do niego i pociągnęłam mocno za ramię, tak, że odwrócił się twarzą do mnie – Zniszczyłeś moje wakacje i marzenia swoich przyjaciół. Ale masz rację, najważniejsze są ‚twoje powody’. Jesteś żałosny, żal mi ciebie. Nie przejmujesz się innymi, twoje postrzeganie świata kończy się na czubku własnego nosa. Życzę ci, żeby ktoś ciebie też ktoś zranił tak mocno jak ty chłopaków, żeby ktoś odebrał ci marzenia. Mam nadzieję, że więcej się nie spotkamy. Wyjdź stąd – powiedziałam stanowczym, pozbawionym emocji głosem, za to na twarzy Hazzy malowało się wiele negatywnych emocji. Pierwszy raz widziałam go bliskiego płaczu. Miał zaszklone oczy i zaciśnięte usta. – Nic nie rozumiecie.. – pokręcił głową – I niczego nie chcemy rozumieć. Wynoś się – Nie takiego pożegnania chciałem – powiedział łamiącym się głosem, a ja znów uśmiechnęłam się kpiąco – Nie obchodzi mnie czego chciałeś. Po prostu wyjdź – Chłopak bez słowa wyszedł z mieszkania. Co za tupet! ‚Nie takiego pożegnania chciałem’. Wolne żarty! Może spodziewał się bukietu róż z napisem będziemy tęsknić? Co za dupek! Idę do sypialni, Lou leży na łóżku i tępo spogląda w sufit. – Skarbie, tak mi przykro… – położyłam się na łóżku obok niego, chłopak położył swoją głowę na moim barku i przytulił się do mnie mocno – Wszystko skończone, wszystko na co tak ciężko pracowaliśmy ten gówniarz zepsuł w kilka sekund… – mówił głosem pełnym emocji – I jakby tego było mało, nie mógł się wstrzymać z tą informacją do naszego powrotu. Zrobił to specjalnie, chciał nam popsuć wakacje. Dobrze, że wyszedłem inaczej zatłukłbym go… – Lou, spokojnie. Nie warto się przez niego denerwować. Jeszcze gdzieś razem pojedziemy. Nic straconego, przed nami całe życie – pocałowałam go w czoło i pogładziłam po włosach. Starałam się mówić spokojnie, ale było mi tak cholernie przykro, że sama ledwie powstrzymywałam płacz. – Żadnym innym razem. Lecimy dziś. Za półtorej godziny. Musimy odpocząć od tego wszystkiego. Pobyć tylko we dwoje z dala od tej paranoi – Lou, nie musimy tego robić. Jeśli nie masz ochoty i będziesz się męczyć myśląc cały czas o tym co dzieje się tutaj odpuścimy sobie te wczasy. To żaden problem – Nie Olii, pojedziemy, potrzebuję tego. Niech się dzieje co chce, najważniejsze, że mam ciebie – uśmiechnął się lekko – Podoba mi się to co mówisz – odwzajemniłam uśmiech – A wiesz jak te słowa będą pięknie brzmieć wypowiadane na plaży w Tahiti? – zapytał chłopak – Nie mogę się doczekać, żeby to sprawdzić. – Lou pocałował mnie delikatnie – Zbierajmy się, za chwilę mamy taksówkę na lotnisko. Nie pozwolę, aby jakiś rozwydrzony dzieciak zepsuł nasz tydzień. Całe wakacje czekałem na ten wyjazd. – Chłopak wstał z łóżka, a ja zaraz za nim. Bardzo się cieszyłam, że Hazzie nie udało się zniszczyć naszego urlopu. Szybko zebraliśmy nasze rzeczy, zamknęliśmy mieszkanie i zeszliśmy na dwór gdzie czekała na nas taksówka. Dotarliśmy na lotnisko w samą porę. Właśnie rozpoczynała się odprawa naszego lotu.

Siedzieliśmy w samolocie. Lou spoglądał smutnym wzrokiem przed siebie. Był zamyślony, nieobecny – Nie martw się. Nie zrobi wam tego, za bardzo was lubi – zwróciłam się do niego – Co? – zapytał wyrwany z przemyśleń – Harry, nie zrobi wam tego. Zobaczysz, jeszcze będzie was przepraszać na kolanach. – Chciałbym wierzyć w to co mówisz – westchnął – Za wiele dla niego znaczycie, nie zostawi was. Choćby nie wiem jak twardego udawał, bardzo mu na was zależy – Lou uśmiechnął się lekko – Dzięki Skarbie, oby to co mówisz okazało się prawdą – położył głowę na moim ramieniu – Wszystko się ułoży, a teraz zamknij oczy i pomyśl o tym co czeka nas za kilka godzin… Plaża, ocean, drinki – Uhm… i ty w bikini.. Tak, od razu mi lepiej – powiedział już weselszym tonem głosu i pocałował mnie w szyję, a ja uśmiechnęłam się sama do siebie. Po chwili oddech Louisa uspokoił się i stał się głębszy, chłopak usnął. Włożyłam do uszu słuchawki i włączyłam play na swoim odtwarzaczu. Oparłam głowę o czuprynę Louisa, zamknęłam oczy i tak jak on po chwili zasnęłam.

Rozdział 86.

Po około dwudziestu minutach staliśmy przed kinową kasą kupując bilety na seans. W sumie to ja stałam i kupowałam, bo dokoła Louisa zebrała się spora grupa nastolatek. Chłopak pozował z nimi do zdjęć i rozdawał autografy uśmiechając się najszczerzej jak potrafił. Świetny początek wieczoru, nie ma co… tym bardziej, że jesteśmy spóźnieni na film o jakieś dziesięć minut. Nie mogę tego mieć za złe Louisowi, to część jego pracy, ale to miał być nasz wieczór. Kupiłam już dwa bilety, popcorn i dwie duże cole. Stałam z boku i czekałam spokojnie, ale nie zapowiadało się na koniec zachwytu nad boskim Tomlinsonem. Przerzucając zgrabnie cały prowiant do jednej ręki, i wpychając sobie torebkę pod pachę przebiłam się przez fanki i podałam dłoń mojemu zaskoczonemu chłopakowi. Bez słowa złapał ją i wtedy wyciągnęłam go z okręgu nastolatek. Ku mojemu zaskoczeniu dziewczyny widząc co robię wcale nie protestowały, tylko pozwoliły mu przejść – Bye Loui! Thank you! Have a nice evening! – wołały wesoło – Bye Girls! – odpowiedział Lou. Wziął ode mnie colę i popcorn, ja podałam miłej pani nasze bilety, skasowała je życząc miłego seansu. Louis wybrał oczywiście komedię: Dyktatora, już dawno się tak nie naśmiałam.

Następnym punktem wieczoru była kolacja. W świetnych humorach, dalej nabijając się z głównego bohatera filmu złapaliśmy taksówkę, Lou podał adres i po niedługim czasie samochód zatrzymał się na miejscu. Wysiedliśmy z niego, chłopak podał mi dłoń i weszliśmy do restauracji, gdzie w drzwiach przywitał nas sam Gordon Ramsay! Ubrany w bielutki, idealnie wyprasowany fartuch z wyhaftowanym na piersi napisem GORDON RAMSAY: chef  – Dobry wieczór państwu – Dobry wieczór – odpowiedzieliśmy – Witam, Gordon, miło mi poznać – podał mi rękę – Oliwia, mi również miło – uśmiechnęłam się – Cześć Gordon – Cześć Lou – odpowiedział mężczyzna i również uścisnął dłoń Louisa. Spojrzałam pytająco na Louisa, było widać, że dobrze się znają, ten tylko się uśmiechnął – Wszystko jest przygotowane, zapraszam do stołu – powiedział właściciel restauracji – Dzięki, jesteś wielki – odpowiedział Loui. Zupełnie nic z tego nie rozumiałam. Lou zna dużo osób, ale nie sądziłam, że także Gordona. Nigdy nic o nim nie wspominał. Szliśmy za mężczyzną przez pięknie wykończoną, elegancką salę. Na sufitach wisiały kryształowe żyrandole, żywe kwiaty zdobiły każdy śnieżnobiały obrus na stole, a przy nich stały krzesła obite białą skórą. Na ścianach była tapeta w ciekawym wzorze przywodzącym na myśl królewskie dwory. Gdy tak przyglądałam się całemu wystrojowi, nagle doszło do mnie, że przeszliśmy całą salę, a Gordon otwierał przed nami jakieś drzwi. Były to drzwi na taras. Gdy je otworzył moim oczom ukazał się cudowny widok. Na samym środku stał stolik, przykryty białym obrusem. Na nim stało wino, misa owoców, kieliszki, kwiaty. Dokoła stolika były porozkładane świece, które rozświetlały całe to miejsce. Zaprało mi dech w piersiach, nie widziałam jeszcze piękniejszego miejsca. Z tarasu widać było całe miasto. Pięknie oświetlony, spokojnie śpiący Londyn. – To ja zostawię was samych, za chwilę podamy kolację – powiedział Gordon i wyszedł zamykając za sobą drzwi. Ja nadal bez słowa i nie ruszając się z miejsca patrzyłam na rozciągający się przede mną widok – Może być? – zapytał Lou – Lou, to jest… – zrobiłam krok do przodu – …niesamowite – pokręciłam z niedowierzaniem głową dalej śledząc każdy zakamarek tarasu. Chłopak stanął za mną blisko, objął mnie w talii i pocałował w policzek – Dla ciebie wszystko, słońce – odwróciłam się twarzą do niego – To niesamowite. Zorganizowałeś to wszystko dla mnie? Na pewno zapamiętam ten wieczór do końca życia. Dziękuję. – powiedziałam uśmiechając się szeroko – To ja dziękuję, że jesteś ze mną – odpowiedział chłopak i pocałował mnie, najpierw delikatnie w kącik ust, a później gorąco muskając moje usta. Nasz pocałunek przerwał dźwięk otwierających się drzwi. Przywitał nas kelner, zmieszany widokiem który zastał. Przywiózł naszą kolację na eleganckim wózku. Usiedliśmy do stołu. Zjedliśmy przepyszny posiłek i gdy czekaliśmy na deser w drzwiach pojawił się elegancki pan w smokingu, który trzymał w rękach skrzypce. – Co się dzieje? – zapytałam nieśmiało Louisa – Niespodzianka – odpowiedział. Muzyk podszedł bliżej naszego stołu i zaczął grać… What makes you beautiful! To było genialne, każda nuta była zagrana perfekcyjnie, nie sądziłam, że tak rozrywkowa piosenka może tak świetnie brzmieć w poważnej wersji. Następnie podano nam deser. Jedliśmy rozmawiając o naszych planach i marzeniach, o jutrzejszym wyjeździe, o zespole. Okazało się, że Lou poznał Gordona podczas nagrywania programu o gotowaniu z gwiazdami. Wyszliśmy z restauracji jako ostatni klienci. Wieczór zleciał nam w mgnieniu oka, nawet nie zorientowałam się kiedy siedziałam w taksówce jadącej do domu. Gdy dotarliśmy do mojego mieszkania było grubo po drugiej w nocy. Jako kobieta dostałam od Louisa przywilej skorzystania z łazienki jako pierwsza. Wzięłam szybki prysznic i gdy dziesięć minut później w piżamie weszłam do sypialni, Louis słodko spał na łóżku w samych bokserkach leżąc na brzuchu. Postanowiłam, że nie będę go już budzić, przykryłam go delikatnie kołdrą, cichutko położyłam się obok niego, pocałowałam w policzek i wyłączyłam małą, nocną lampkę. To był świetny dzień, świetny wieczór, a przede mną świetny tydzień. Wykończona, ale bardzo szczęśliwa mogę spokojnie zasnąć.

Otwieram zaspane oczy, ale od razu je zamykam, bo razi mnie słońce. Obejmuję Louisa za szyję i już mam się do niego przysunąć, aby się przytulić, gdy w mojej głowie zapala się czerwona lampka. Ponownie otwieram oczy, aby sprawdzić, czy osoba która śpi obok mnie to na pewno Louis. Nie chcę więcej niespodzianek, takich jak ostatnio z Hazzą, a z tymi wariatami nigdy nic nie wiadomo. Z ulgą stwierdzam, że tym razem leżę w łóżku z właściwym facetem i bez strachu mogę się do niego przytulić. – Cześć skarbie. Chyba wczoraj trochę przysnąłem – powiedział Lou zaspanym głosem – To nic, muszę się jeszcze spakować, a ty w tym czasie weźmiesz prysznic i albo się ogolisz się, albo nie będę się z tobą całować – zażartowałam – Oj nie narzekaj, to dobry peeling twarzy – zaśmiał się – Ale z ciebie wariat – cmoknęłam go w usta – Reszta jak się ogolisz. Ciekawe która godzina – Sądząc po układzie słońca na niebie to piąta rano, śpijmy jeszcze – powiedział chłopak i zamknął ponownie oczy. Ja śmiejąc się pod nosem chwyciłam za telefon, który leżał na stoliku nocnym. Podsunęłam go pod sam nos i z wrażenia aż usiadłam na łóżku – Lou! Już dwunasta! A ja nie jestem spakowana! – wystraszony moim krzykiem chłopak podniósł się na chwilę, po czym ponownie położył do łóżka – Spokojnie, nie pali się. – Jak to się nie pali? Za trzy godziny mamy być na lotnisku! – Zdążymy. Wstaniemy za pół godzinki – uspokajał mnie i pociągnął za rękę, abym położyła się obok niego. – Nie wiem jak ty, ale ja wstaję. – Powiedziałam i wyskoczyłam z łóżka. Wyciągnęłam spod niego walizkę i poszłam do salonu. Zabiję tego gwiazdorka jak tylko wstanie! Oglądał wczoraj moje rzeczy i wszystkie powyrzucał z toreb! Teraz mam tu istny sajgon i nie wiem jak się pozbierać. Zaczynam panikować, zawsze przed podróżą dopada mnie stres. Spokojnie, wdech : wydech i siadam z nożyczkami na podłodze. Odcinam z każdej rzeczy metkę i ładnie składając wkładam do walizki. Idę do łazienki po kosmetyki do kąpieli i do sypialni po kosmetyki do makijażu. Zastaję tam śpiącego Louisa – Lou wstawaj! – zrywam z niego kołdrę – Daj mi pięć minut – przykrył głowę poduszką – Żadne pięć minut. Wstawaj, już przed trzynastą! – Lou zrobił minę jakby był najnieszczęśliwszym człowiekiem na świecie, wstał z łóżka głośno wzdychając i przechodząc obok mnie spiorunował wzrokiem, na co ja uśmiechnęłam się łobuzersko – Dziękuję, nie zapomnij się ogolić – powiedziałam cwaniacko, chłopak bez żadnych komentarzy skierował się do łazienki. Ja w tym czasie ubrałam się ładnie, pomalowałam i uczesałam. Jeszcze raz dokładnie sprawdziłam zawartość walizki i z ulgą stwierdziłam, że niczego nie zapomniałam. Spakowałam do torebki dokumenty swoje i Lou, nasze bilety, karty płatnicze, telefony i portfele. Przed nami długo lot, choć z nerwów nie czuję głodu, wiem, że tylko przekroczę próg samolotu, a mój żołądek zacznie domagać się obiadu. Wyciągnęłam z zamrażalnika lasagne. Już miałam włączyć piekarnik, gdy zadzwonił domofon. Podniosłam słuchawkę – Tak? – Cześć, tu Viki, wpuść mnie – zdziwiłam się – Cześć Viki, coś się stało? – Nic, przyszłam się pożegnać. Chcesz pogadać przez domofon, czy otworzysz wreszcie? – Przepraszam już otwieram – Dzięki – odpowiedziała z sarkazmem przyjaciółka. Wcisnęłam przycisk otwierający drzwi. Poszłam do kuchni, wrzuciłam obiad z powrotem do zamrażalnika i wtedy rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Podeszłam, aby je otworzyć, a za nimi stała Viki, która uśmiechała się do mnie pięknie – Co się tak cieszysz? – zapytałam podejrzliwie – Bo przyprowadziłam ci jeszcze kilku gości, ale kazałam im iść schodami. – Wychyliłam się, aby mieć lepszy widok na schody, ale nie musiałam niczego widzieć, a już słyszałam co to za goście. Zayn krzyczał coś od samego parteru i słychać było jak chłopcy biegną do góry – Vas happenin! Jestem pierwszy sieroty! – zawołał Zayn uśmiechając się do mnie pięknie, za nim na korytarz wyskoczył zziajany Niall, Liam i na końcu Harry. – Cześć Oli! – chłopaki przywitali mnie radośnie ściskając i podnosząc do góry. Hazza po ostatnich naszych przygodach nieśmiało przytulił mnie i natychmiast puścił. – Co tu robicie? – zapytałam – Przyjechaliśmy się z wami pożegnać. Mieliśmy wpaść od razu na lotnisko, ale Niall wymyślił, że wpadniemy do ciebie trochę posiedzieć i pogadać, wiec jesteśmy – odpowiedział Liam. – Fajnie was widzieć – uśmiechnęłam się. Chłopcy weszli do mieszkania, zostawiając mnie na korytarzu – Taa.. jasne, wchodźcie, zapraszam… Ja tu sobie postoję – powiedziałam sama do siebie pod nosem, a chłopaki już wchodzili do salonu. Viki parsknęła śmiechem – Taki już ich urok. Chodźmy, bo rozniosą ci chatę – objęła mnie w pasie i weszłyśmy do salonu. Niall już niósł z kuchni czipsy i soki, a za nim szedł Zayn z szklankami – Poczęstujemy się, okej? – zapytał nieśmiało blondas, a ja pokręciłam głową uśmiechając się pod nosem – Wykończycie mnie kiedyś. – zażartowałam – Gdzie Lou? – zapytał Liam – W łazience, kąpie się. – odpowiedziałam -  Rozsiedliśmy się wygonie na kanapach i gadaliśmy. Po chwili dołączył do nas Lou. Wszyscy śmiali się i żartowali tylko Hazza był dziwnie milczący. Siedząca naprzeciw Viki popatrzyła na mnie znacząco, potem kątem oka na zmierzłego Harrego i cicho zaśmiała się z niego kpiąco pod nosem przewracając oczami. Na co ja pokręciłam głową z uśmiechem. – Look – powiedziała do mnie bezgłośnie poruszając ustami z cwaniackim uśmiechem, po czym zwróciła się do Harrego – Coś się stało Harry? Jesteś taki smutny – zapytała z troską, ale widziałam po niej, że z trudem powstrzymywała się od wybuchu śmiechu, ja też zagryzłam dolną wargę, aby nie parsknąć śmiechem widząc jej udawane zainteresowanie. Hazza zrobił jeszcze bardziej poważną minę niż wcześniej i zaczął mówić zgaszonym głosem – Tak stało się. To trudne, ale myślałem już nad tym od kilku tygodni… i skoro jesteśmy tutaj wszyscy razem chcę wam coś powiedzieć… – zamilkliśmy wszyscy i słuchaliśmy go z uwagą. Nawet znikła gdzieś radość z twarzy Viki, a pojawiła się niepewność. Hazza mówił bardzo poważnie, musiało się stać coś złego. – Powiedzieć co? – zapytał zaniepokojony Lou. Hazza wziął głęboki oddech – Moja decyzja nie jest podjęta pod wpływem chwili, myślałem o tym przez ostatnie kilka tygodni, mam nadzieję, że mnie zrozumcie… – przerwał znowu – Jaka decyzja Harry, wykrztuś to wreszcie! – powiedziałam zniecierpliwiona i trochę wystraszona, Hazza wbił wzrok w podłogę i wyznał łamiącym się głosem – Odchodzę z zespołu. -