Archiwum dla Czerwiec, 2012

Rozdział 92.

Obudziłam się rano i przesunęłam w bok chcąc objąć Louisa, ale gdy otworzyłam oczy okazało się, że przytulam się do zwiniętej kołdry. Louisa nigdzie nie było. Wstałam leniwie z łóżka i zerknęłam do ubikacji i łazienki, były one jednak puste. Dopiero kierując się w stronę szafy zobaczyłam na stole małą karteczkę – Dzień dobry Skarbie, mam nadzieję, że się wyspałaś :* Jestem na plaży z Wojtkiem i Megg, jemy śniadanie. Jak się obudzisz dołącz do nas ;-) buziakii Loui xX. – przeczytałam na głos treść karteczki. Wzięłam szybki prysznic, ubrałam się ładnie i uczesałam, w końcu to mój dzień. Ciekawe co oni szykują dla mnie na tej plaży. Pospiesznie wyszłam z domku zamykając go i wrzucając klucze i telefon do małej torebki. Już z daleka widziałam moją trójkę siedzącą przy stole i żywo o czymś dyskutującą. Byli uśmiechnięci i szczęśliwi, już dawno nie widziałam trzeźwego Louisa w tak świetnym humorze – Cześć Gwiazdy! – zawołałam z daleka machając wesoło – Cześć Skarbie! – zawołał Louis. Podbiegł do mnie podniósł mnie do góry obejmując w pasie i zaczął się kręcić, na co ja zareagowałam śmiechem. Jego entuzjazm był zaraźliwy! – Też się cieszę, że cię widzę – zaśmiałam się, a chłopak postawił mnie na ziemi i pocałował mocno w usta, po czym znów uśmiechnął się promiennie – Olii, mam dla ciebie niespodziankę! To będzie świetny dzień! Tak bardzo się cieszę! – prawie krzyczał, śmiejąc się i ekscytując. Już nie mogę się doczekać co takiego dla mnie przygotował, zaczynam się niecierpliwić – Co się stało? Co to za niespodzianka? – dopytywałam, a z mojej twarzy nie schodził uśmiech – Chodź, musisz usiąść inaczej się przewrócisz – Prawie podbiegłam w stronę stolika przy którym siedzieli Megan i Wojtek – Cześć – rzuciłam szybko i usiadłam – Już siedzę, więc teraz mów co to za niespodzianka! – Oliwio, dziś jest dla nas bardzo wyjątkowy dzień – zaczął poważnie, a jego oczy rozbłysły. Tak, ważny, to moje urodziny, pomyślałam – Nie wiem od czego zacząć… – zaczął kręcić, o mój Boże teraz do mnie doszło, dlaczego ten dzień ma być ważny dla nas obojga. On się chyba chce oświadczyć! Chce poprosić mnie o rękę w dniu moich dwudziestych urodzin! Byłam tego prawie pewna, gdy zaczął czegoś szukać w kieszeniach. Czy mogłam wymarzyć sobie lepszy prezent? – Zacznij od początku! – zawołałam nie kryjąc radości, która zamieniła się w zdziwienie, gdy wyciągnął z kieszeni swoich spodenek… telefon komórkowy – Olii… – powiedział poważnie, po czym zaczął krzyczeć – Zespół uratowany, Harry do nas wraca! – zamarłam. Moja mina musiała być bezcenna, patrzyłam na niego wielkimi oczami, a gula w moim gardle zaczęła rosnąć, byłam bliska płaczu. Czyli ten dzień jest wyjątkowy nie dlatego, że mam urodziny, a dlatego, że humorek Hazzy się zmienił i postanowił jednak zostać w zespole. Zacisnęłam pod stołem ręce w pięści. Czy ten szczeniak musi niszczyć każdy ważny dla mnie dzień…? – Co jest Olii, nie cieszysz się? – zapytał zdziwiony moją reakcją Lou – Tak ciesze się Lou, jestem po prostu w szoku. To świetnie! – wydobyłam z siebie tyle entuzjazmu ile potrafiłam i uśmiechnęłam się starając się wyglądać jak najbardziej szczerze. Chyba się udało, bo Lou odwzajemnił uśmiech i przytulił mnie mocno – Też się cieszę, wreszcie możemy wypoczywać spokojnie. Musimy to jakoś uczcić – powiedział odrywając się ode mnie – Wojtek, Megg, to co? Dziś pijemy? – Jak co wieczór stary! Jeszcze raz gratulacje! – zawołał Wojtek i przybił Louisowi piątkę. Obserwowałam ich szczerząc się cały czas, ale tak naprawdę miałam ochotę się rozpłakać. Zapomniał, on naprawdę zapomniał o moich urodzinach. A wszystkiemu winny jest jak zwykle Hazza. Zaczęło mi się robić słabo i niedobrze. – Kochanie, wszystko okej? Jesteś jakaś blada. Zjedz coś może – kucnął obok mnie i pogładził po policzku, zakręciło mi się w głowie. Dobrze, że siedziałam inaczej bym się przewróciła – Chyba nie doszłam jeszcze do siebie po wczoraj. Wezmę tylko jakąś wodę i wrócę do domku, położę się. Za kilka godzin będę jak nowo narodzona – znów musiałam się sztucznie uśmiechnąć. Nienawidzę tego robić, nienawidzę udawać szczęśliwej, gdy tak naprawdę w środku czuję się rozdarta. Nie jestem zła, jest mi po prostu przykro, tym bardziej, że znamy swoje daty urodzin. – Odprowadzę cię i opowiem wszystko dokładnie – Trzymajcie się – zwróciłam się do naszej pary znajomych – Do zobaczenia później – odpowiedzieli. Lou wziął dla mnie z baru butelkę wody i trzymając mnie za rękę zaprowadził do pokoju. Położyłam się na łóżku, Lou usiadł obok mnie i zaczął opowiadać – Dziś rano zadzwonił do mnie Liam, że ma dla mnie super wieści. Spotkali się wszyscy razem na spokojnie. Najpierw sam Hazza z chłopakami, a potem razem z managerami i udało się im jakoś go przekonać, aby został z nami! – A wiadomo już co było powodem tego, że chciał odejść? – zapytałam, a Lou się zmieszał, jakby bał się tego pytania – No… w sumie Liam nie mówił nic szczegółowo, tylko tyle, że Hazza miał jakieś problemy w domu, chyba coś z mamą, uparła się, że ma iść na studia i nie wyjeżdżać tyle z domu… i jeszcze coś tam, ale nie wiem dokładnie co. – Aha – odpowiedziałam tylko, takie wyjaśnienie mi wystarczyło, nie chciałam dalej drążyć tego tematu, choć wiedziałam, że Lou coś ukrywa. – Jak się czujesz? – zapytał, najwyraźniej po to by zmienić temat – Dziękuję już lepiej – uśmiechnęłam się, a chłopak pocałował mnie w czoło. Otworzyłam butelkę wody i zrobiłam spory łyk, gdy zaczął dzwonić telefon. Pośpiesznie wyciągnęłam go z torebki i spojrzałam na wyświetlacz – Kto to taki? – zapytał Lou – Nie wiem, jakiś numer zastrzeżony. Odbiorę. Helo? – powiedziałam przykładając telefon do ucha – Cześć Oliwia – powiedział nieśmiało mój rozmówca. Wstrzymałam oddech, od razu poznałam ten ciepły ton głosu, moje ciało oblała fala gorąca – Cześć Maciek – odpowiedziałam niepewnie. Słysząc wypowiadane przeze mnie imię Lou momentalnie podniósł głowę i spojrzał na mnie wielkimi oczami.
____________________________________________________
Hello :) chciałam tylko poinformować, że infekcja powróciła
i dziś w nocy leżałam z Harrym pod jakimś stołem i żywo o
czymś dyskutowaliśmy. Swoją drogą moja znajomość
angielskiego w snach jest powalająca! buziaki xX ♥

PS. hahaha, wasz ‚ukochany’ Maciej powrócił, już widzę
hejty na tego biednego chłopaka :D głuptaski:*

Rozdział 91.

Następne dwa dni spędziliśmy na zwiedzaniu wyspy. Musiałyśmy z Megg błagać chłopaków, żeby dali nam trochę posiedzieć nad basenem w hotelu… Jestem wykończona. Byliśmy na mieście, gdzie cały dzień zwiedzaliśmy zabytki i dzikie zakątki tej rajskiej wyspy, zjedliśmy obiad i pospacerowaliśmy po miejscowym targu. Zrobiliśmy masę zdjęć. Pod koniec wycieczki Lou niósł mnie do busa na plecach, bo moje śliczne sandałki zafundowały mi pełno ran, odcisków i otarć… Następnego dnia chłopaki zapisali nas na wycieczkę po dżungli… quadami! To było straszne! Zamiast wypocząć psychicznie, całą drogę miałam szeroko otwarte oczy i wyobrażałam sobie w które drzewo mój super driver Lou uderzy… Jakimś cudem udało nam się wyjść z tego bez szwanku. Megan była chyba jeszcze bardziej przerażona niż ja, a to był dopiero początek naszego dramatu. Gdy już szczęśliwe położyłyśmy się na brzegu oceanu z drinkiem w dłoni, chłopcy zauważyli skutery wodne… Nie było nawet mowy o tym, żebyśmy popatrzyły na nich z brzegu. Uparli się, że chcą jechać z nami i nic nie mogłyśmy zrobić. Zacisnęłam mocno powieki i chwyciłam się kurczowo Louisa. Pamiętam tylko mocny plusk wody, ostry skręt w prawo i śmiejącego się ze mnie Louisa, który wyciągał mnie wściekłą z wody. Wreszcie chłopcy dali nam odetchnąć od tego szaleństwa i siedząc na wygodnych leżakach obserwowaliśmy ich zmagania na skuterach. Ścigali się, skręcali ostro, pływali z pełną prędkością, a po chwili hamowali na pełnej mocy. Gdy już wyszli z wody miałyśmy nadzieję, że opadli z sił i trochę odpoczną, gdy nad naszymi głowami pojawili się paralotniarze. Chyba nie muszę tłumaczyć jak zareagowali na ten widok Wojtek i Lou. Pomimo błagań, gróźb i robienia słodkich oczek nie zgodziłyśmy się z Megg, aby polatać z nimi. Tak więc po około piętnastu minutach machałyśmy do naszych chłopaków lecących dziesięć metrów nad nami… Nie mam pojęcia skąd oni mają tyle sił i odwagi! Megan najwyraźniej też nie. Obie bardzo się cieszyłyśmy, że trafiliśmy na siebie, w przeciwnym wypadku, na sto procent jedna z nas znajdowałaby się teraz kilkanaście metrów nad ziemią nie czerpiąc z tego żadnej przyjemności. Ostatnim pomysłem chłopaków było nurkowanie. Na tę propozycję bardzo się ucieszyłyśmy, rafa koralowa to coś co zawsze chciałam zobaczyć. Wyobrażałam sobie jednak, że będziemy w czymś na wzór łodzi podwodnej z wielkimi szybami i z tej bezpiecznej, niewilgotnej odległości będziemy podziwiać rybki i inne żyjątka. Dopiero, gdy podeszliśmy do mężczyzny organizującego tą wyprawę zrozumiałam jak bardzo się mylę. Podał nam płetwy, gogle i butle z tlenem. Byłam przerażona! Razem z dwunastoma innymi śmiałkami i trzema ‚przewodnikami’ popłynęliśmy łódką w głąb oceanu. Byliśmy może jakieś pięćset metrów od plaży, nie było źle. To, że widziałam ląd dawało mi złudne poczucie bezpieczeństwa. Jeden z przewodników wytłumaczył nam co mamy robić, jak zachowywać się w wodzie, jak ułatwić sobie oddychanie i przebywanie pod wodą. Odwróciliśmy się plecami do tafli wody i bezwładnie opadliśmy do niej. Woda była przyjemnie ciepła. Od razu popłynęliśmy w dół, nie było głęboko, kilka metrów niżej było widać dno. Obok nas pływały różnokolorowe ryby. Do tej pory widziałam takie tylko w oceanarium i bajce „Gdzie jest Nemo?”. Było cudownie! Pomimo, że rybki pływały kilka centymetrów od naszych ciał nie było nawet mowy o tym żeby się o nas otarły. Próbowałam nawet je łapać, ale były tak zwinne i szybkie, że moje próby skończyły się fiaskiem. Po wszystkim chłopcy wyciągnęli nas jeszcze na dyskotekę. Założyłam zwiewną sukienkę w kwiaty i japonki, bo niestety w innych butach nie dałam rady chodzić. Zdążyłam tylko zrobić szybki make up i uczesać włosy, gdy Lou wparował do łazienki i wyciągnął mnie z niej na rękach. Przed domkiem na pomoście czekali już uśmiechnięci Megg i jej chłopak. Widać było, że Lou i Wojtek świetnie się dogadują, mają podobne, dość specyficzne poczucie humoru, kochają szaleć, bawić się, pić i tańczyć. Szliśmy po kamiennym chodniku w stronę hotelowej dyskoteki, gdy Lou i Wojtek zauważyli za krzakami dwóch facetów z aparatami – Paparazzi! – zawołali – Kryjcie się dziewczyny, gdy dowiedzą się, gdzie spędzamy wakacje nie będziemy mieli spokoju! Wszędzie będą za nami chodzić! – Wołał Wojtek zza jakiegoś krzaka, a my z Megan wybuchnęłyśmy śmiechem – To nie jest śmieszne Olii! Chowaj się! – słysząc ton jego głosu jeszcze bardziej zaczęłam się śmiać – Chłopaki, wyluzujcie, jesteśmy na wakacjach, każdy ma tutaj aparat – Zaśmiała się Megg – Ale oni mieli lustrzanki – Odpowiedział Wojtek tak oskarżycielskim tonem głosu jakby starsi panowie byli posiadaczami co najmniej granatów ręcznych, a nie wypasionych aparatów. Oboje wystawili głowy zza krzaków i rozglądali się nerwowo. Nie mogłam wytrzymać ze śmiechu, musiałam usiąść, wyglądali komicznie! – Za kogo wy się macie, za Michaela Jacksona? Skarbie proszę, wychodź z stamtąd! – Megan dołączyła do mnie i obie śmiałyśmy się w niebo głosy trzymając za brzuchy. Chłopcy odrobinę zmieszani wyszli zza krzaków, otrzepując się wzajemnie z liści – Patrz na nie, to ci śmieszki. – Lou przewrócił oczami – Wiesz Tomo, one nic nie wiedzą o życiu prawdziwych gwiazd – zażartował Wojtek udając zniesmaczonego – Wiesz co Wojciechu, najlepiej zarabiający bramkarzu w Wielkiej Brytanii, zostawmy je tutaj, chodźmy. – Tak, masz rację przystojny Louisie, marzeniu wszystkich kobiet na świecie, chodźmy. – Chłopcy oczywiście nie zostawili nas na chodniku, przechodząc obok nas niby od niechcenia podali nam dłonie pomagając się podnieść – Chciałbyś się widzieć w tych krzakach! – powiedziałam do Louisa śmiejąc się pod nosem, on zmierzył mnie kątem oka, a potem uśmiechnął się szeroko – Masz szczęście, że mi troszkę na tobie zależy, inaczej już być wisiała na jednym z tych krzaków – powiedział próbując udawać poważnego – Troszkę? – zapytałam marszcząc czoło – No może troszkę więcej niż troszkę – uśmiechnął się – To tak jak mi – dałam mu buziaka, a po chwili wchodziliśmy do klubu. Oczywiście na wstępie kamikadze, a później szaleństwo do świtu na parkiecie, przerywane co chwila szybkimi kolejkami w barze. Tańczyliśmy wszyscy razem wygłupiając się i nie zwracając uwagi na innych. Na spokojniejszych kawałkach tańczyliśmy w parach wymieniając się partnerami. Tym sposobem raz tańczyłam z Lou, raz z Wojtkiem, a raz z Megg, w czasie gdy nasi faceci przytulali się do siebie i śpiewali sobie Time Of My Life, krzycząc przy tym niemiłosiernie i łapiąc się za różne, hmm, nietypowe części ciała, których nie maca się publicznie.

Kładąc się do łóżka z przyjemnym szumem w głowie uzmysłowiłam sobie, że cztery dni w raju już za mną. Była godzina piąta nad ranem, piątego dnia naszych wakacji. Doszła do mnie jeszcze jedna rzecz. Od pięciu godzin trwały moje urodziny, moje dwudzieste urodziny o których sama zapomniałam. To nic dziwnego, bawiliśmy się tak świetnie, wypiliśmy tak dużo, że nawet nie zauważaliśmy, że sala praktycznie opustoszała i dopiero obsługa poprosiła nas o wyjście z lokalu, więc taki szczegół jak moje urodziny też mógł nam umknąć. Jestem podekscytowana, ciekawe co szykuje dla mnie Loui. Nie chcę wiele, bo to Lou jest wszystkim czego pragnę. Jest prezentem sam w sobie, jego obecność, uśmiech, głos wystarczają mi do pełni szczęścia. Choć śniadanie do łóżka to było by to. Uwielbiam takie drobiazgi, którymi uświadamia mi jak bardzo mu na mnie zależy. Może wybierzemy się gdzieś razem w czwórkę? Poimprezować na miasto, do jakiegoś fajnego klubu. Opcji jest wiele, jestem jednak jednego pewna, to będzie wyjątkowy dzień!

♥ ♥♥


:((
Nieeee… dlaczego jest remis? I dlaczego do diabła ściągnęli z boiska MOJEGO Szczęsnego? My life is over now.. ;(
ehh, no tak, różnie to bywa…

W dzisiejszej notce fotki na czasie, czyli nasi super humans
w okularkach przeciwsłonecznych. Mhhmm, sama słodycz na
tą gorycz porażki dzisiejszego meczu!




Znalazłam w sieci jakiegoś sobowtóra Mr. Zayna Malika.
Musicie przyznać, że chłopak jest mega seksowny! Ah <3

kiss, kiss ♥