Archiwum dla Sierpień, 2012

Rozdział 111.

- Home, sweet home! – westchnęłam targając przez próg swoją walizkę – Kochanie, jesteśmy w Polsce, chyba nie zapomniałaś ojczystego języka? – zaśmiała się ze mnie mama. Ona niosła moją torbę podróżną, a za nią szła Marcela zajadając się słodyczami które jej przywiozłam i niosąc torbę pełną kredek, mazaków, długopisów i kolorowanek. To one dwie przyjechały po mnie na lotnisko, tato niestety nie mógł, bo jest na jakiejś konferencji i wróci dopiero jutro rano. Zostawiłam bagaże przed schodami i razem z mamą poszłyśmy do kuchni. Zjadłam obiad, przygotowany specjalnie na mój przyjazd. Wypiłam trochę martini i pogadałyśmy. Mama piła tylko wodę, bo rano musiała gdzieś jechać. Marcelina opowiadała mi jak podoba jej się w przedszkolu. Chwaliła się, że nikt nie będzie mieć angielskich kredek, takich jak ona i że musi się nauczyć malować lewą ręką, bo ktoś jej powiedział, że w Anglii jeździ się drugą stroną drogi niż w Polsce, a skoro jeździ się inną stroną, to wszystko robi się odwrotnie. Bardzo mnie tą teorią rozbawiła.

Było przed dwudziestą, Marcela już w trakcie dobranocki zasnęła zmęczona dzisiejszym szaleństwem i opowiadaniem mi o wszystkim. – Mamo…? – zapytałam nieśmiało, gdy zostałyśmy już same. – Tak? – Słuchaj, mam do ciebie pytanie. Nie pogniewałabyś się, gdybym, no wiesz… gdybym pojechała teraz odwiedzić Maćka? – Jasne, że nie głuptasie! Jedź! Chłopak już na pewno nie może się ciebie doczekać! – odpowiedziała z entuzjazmem – Wiesz, mogę pojechać jutro, jeśli nie chcesz zostać sama. On w sumie nie wie, że jestem w Polsce, bo chciałam mu zrobić niespodziankę, więc nie będzie mu przykro… – Przestań, oczywiście, że możesz jechać. Chciałam cię zapytać, czy umówiliście się na dzisiaj, ale nie chciałam się wtrącać. Myślałam, że skoro jesteś z Louisem, to on nie pozwala ci się widywać z Maćkiem. A szkoda, bo to taki fajny chłopak.. – Nie pozwala? Jak to nie pozwala? Mogę wszystko, mamo! To przecież moje życie i robię z nim co chcę. – odpowiedziałam z uśmiechem, który mama odwzajemniła – Moja krew – odparła z dumą i zaczęłyśmy się śmiać. – Chodź, zawiozę cię do niego – Dziękuję, właśnie miałam cię o to poprosić. Wypiłyśmy z dziewczynami po rozpoczęciu roku akademickiego kilka drinków… Jesteś kochana – Przytuliłam ją mocno – Wiem – odpowiedziała całując mnie w czoło.

Pobiegłam tylko do łazienki, poprawiłam makijaż, przeczesałam włosy i pięć minut byłam już gotowa. Znowu nie mam czasu się przebrać i dalej muszę paradować w miniówce, ale to nie ma dla mnie już żadnego znaczenia. Najważniejsze, że niedługo znowu zobaczę mojego przyjaciela. Łapię za torebkę, portfel, klucze z domu, marynarkę i wchodzę do garażu. Mama już siedzi w samochodzie i czeka na mnie. Widząc w jakim samochodzie siedzi zaczynam się śmiać – Mamo, serio? Znowu?! – zapytałam siadając do… nowego Porsche Panamery! Identycznego jak poprzednie! Było również białe, a fotele zdobiła skóra w kolorze strażackiej czerwieni. – Wiesz, że jak tato coś sobie ubzdura, to nie sposób mu wybić tego z głowy. Poza tym, nie chcieliśmy cię już martwić, ale tata trochę przeżywał stratę starego Porsche, gdy gdzieś widział na ulicy podobny model to oczy mu rozbłyskały. Wiesz, on i ta jego mania na samochody… – mama przewróciła oczami, a ja zaśmiałam się – Nie śmiej się, to jeszcze nie koniec. Tato sprzedał też BMW i kupił sobie czarnego Mercedesa CL Cabrio… Wyobrażasz sobie? Auto bez dachu! To chyba jakiś kryzys wieku średniego. Wiesz, szybkie samochody, siłownia, a już niedługo młodsza kochanka! – zaczęła panikować, jak zwykle. Jest jak dziecko, tak łatwo się nakręca… – Mamo! Uspokój się. Tato i młodsza kochanka? Nie rozśmieszaj mnie, lepiej skup się na jeździe, bo jak rozbijemy mu drugie Porsche to może rzeczywiście znajdzie sobie nową kobietę. Taką która umie jeździć autem – zaczęłam się śmiać, a mama razem ze mną.  Pośmiałyśmy się i pożartowałyśmy jeszcze trochę, a potem skupiłam się na tym, aby poprawnie wskazać mamie drogę do domu Maćka. Zaparkowaliśmy wzdłuż chodnika, obok bloku Maćka. Już miałam wysiadać z samochodu, gdy mama złapała mnie za rękę – Oliwia, a on jest chociaż w domu? Jest sobota, młodzież raczej dziś baluje. Zadzwoń do niego. – zaproponowała skrupulatnie mama. Zaskoczyła mnie swoją zapobiegliwością. Ja byłam tak zachwycona wizją spotkania z przyjacielem, że nawet nie przyszło mi do głowy, że mogłabym go nie zastać. – Masz rację mamo. Ale byłby cyrk jakbyś odjechała, a jego nie było by w domu. – wyciągnęłam z kopertówki telefon i wybrałam numer Maćka. Nie odebrał. Zaczęłam się bać, że sprawdzi się czarny scenariusz mamy. Spróbowałam jeszcze raz. Uff, udało się! Chłopak odebrał po czterech sygnałach – Cześć Oli! Co słychać? – zawołał wesoło – Cześć Maciek, a dziękuję. Wszystko dobrze. A u ciebie? Co porabiasz? Dlaczego nie odbierasz? – zasypałam go pytaniami, co wywołało u niego śmiech – Czekaj, czekaj, pomału – zaśmiał się – Ojj, skup się. Więc co u ciebie? – dopytywałam, aby jak najszybciej dowiedzieć się czy jest w domu – Wszystko dobrze. Właśnie wracam do domu z treningu. Będę grał w meczu charytatywnym gwiazdy przeciwko politykom. Super co? – No super, gratuluję ci! – powiedziałam szczerze, choć myślami byłam już gdzie indziej. Rozglądałam się dokoła, z której strony pojawi się mój przyjaciel. Skinęłam głową przyglądającej mi się mamie. Zasłoniłam dłonią mikrofon w telefonie – Idzie z treningu – wyszeptałam jej. – Jesteś tam?! Halo? Oli! – usłyszałam krzyki w słuchawce – Tak, tak jestem. Przepraszam, chyba gubię sieć. Pytałeś o coś? – Tak, pytałem co jeszcze u ciebie. – A wszystko dobrze. Wiesz studia, deszcz i kalosze – zaśmiałam się i wtedy dostrzegłam go. Szedł po chodniku przy którym stał nasz samochód. Był ubrany w jasne spodnie, trampki i niebieską wiatrówkę. Na ramieniu miał przewieszoną dużą, treningową torbę. Rozłączyłam się szybko i czekałam aż będzie bliżej nas. Chłopak zaczął dzwonić do mnie, ale wyciszyłam dzwonek. Moja ekscytacja wzrastała z sekundy na sekundę. Gdy był mniej więcej pięć metrów obok samochodu spontanicznie otworzyłam szybę ze strony pasażera – Przepraszam pana, jak trafić do pałacu kultury i nauki? – zapytałam, a mama parsknęła śmiechem pod nosem. Było już całkowicie ciemno. Taki urok polskiej jesieni. Chodnik oświetlały delikatnie tylko lampy uliczne. Zdezorientowany chłopak odsunął od ucha telefon, którym do mnie dzwonił. Nie patrząc z kim rozmawia odwrócił się w stronę wskazywanej przez siebie drogi – Musi pani jechać prosto, a na skrzyżowaniu ze światłami w lewo. Potem cały czas prosto, aż do… – wreszcie przeniósł wzrok na mnie, aby sprawdzić czy go słucham i wtedy jego twarz rozjaśnił wielki uśmiech połączony z niedowierzaniem – Cały czas prosto, aż dokąd proszę pana? – Zapytałam cwaniacko po czym od razu wyskoczyłam z samochodu i wpadliśmy sobie w ramiona. – Ty wariatko! Ja ci dam Pałac Kultury! – chłopak śmiał się nie wypuszczając mnie z uścisku – Dlaczego mi nie powiedziałaś, że przylatujesz? Tęskniłem za tobą – Ja za tobą też. Chciałam ci zrobić niespodziankę, dlatego nic nie powiedziałam – I udało ci się – chłopak odsunął ode mnie odrobinę, aby spojrzeć mi w oczy i uśmiechnął się delikatnie. Patrząc w jego niebieskie oczy zapomniałam o całym bożym świecie. Również o mamie. Ta jednak sama przypomniała nam o sobie. Z impetem nacisnęła klakson, a my aż podskoczyliśmy wystraszeni i od razu przerwaliśmy czułe powitanie – Yyy, dobry wieczór pani Salkin, miło panią widzieć. Świetnie pani wygląda. Ładny samochód – zdenerwowany chłopak mówił jak nakręcony – Dobry wieczór Maćku, dobrze, że w końcu przypomnieliście sobie o mnie, bo nie mam ochoty na wieczór w samochodzie. – zrobiła obrażoną minę po czym parsknęła śmiechem – Szkoda, że nie widziałeś wyrazu swojej twarzy! Przecież żartuję. Też miło mi ciebie widzieć Maćku. – uśmiechnęła się serdecznie, po czym zwróciła do mnie – Oliwia ja będę jechać. Masz, twoja torebka. – podała mi ją przez okno – Jak będziesz chciała wrócić do domu to dzwoń śmiało, przyjadę po ciebie. Dziecko, nie jedź w takim stroju autobusem, okej? – spojrzała na mnie z góry na dół uśmiechając się cwaniacko ciągnąc teatralnie spódniczkę w dół – Dobrze, nie będę. Zamówię sobie taksówkę, nie martw się i śpij spokojnie – Żadnej taksówki! – przerwał mi Maciek – Przecież mam samochód, odwiozę cię – powiedział po czym zwrócił się do mojej mamy – Pani Salkin, proszę się nie martwić odwiozę ją do domu całą i zdrową. Obiecuję – Wrócę taksówką mamo. Możesz jechać! Pa! – zawołałam do niej, a Maciek przewrócił oczami. Mama zaśmiała się pod nosem i ruszyła do domu. – Zapraszam na górę – powiedział Maciek, gdy już przestał machać mojej mamie na pożegnanie. Swoją drogą co za lizus! – Jest już późno. Odnieś na górę torbę, ja poczekam tutaj i wyskoczymy gdzieś razem – zaproponowałam. Maciek z zakłopotaną miną podrapał się po głowie – Sorki Oliwia, ale nic z tego. Nie możemy nigdzie wyjść. Na dzisiejszy wieczór mam już inne plany. – Och – wyrwało mi się tylko, a na sercu zrobiło się jakoś ciężej. Było mi po prostu przykro. Dlaczego nie powiedział mi o tym, gdy była tu jeszcze mama?!! – Zamówię taksówkę, nie chcę ci przeszkadzać – powiedziałam jak najbardziej naturalnie, ale w moim głosie dało się wyczuć nutkę rozpaczy. Chłopak uśmiechnął się szeroko, objął mnie za ramię, przyciągnął do siebie i szedł powoli w kierunku wejścia do bloku. Nic z tego nie rozumiałam – Ale z ciebie głuptas Oliwia. Za nic nie odpuściłbym spędzenia wieczoru z tobą – Ale przed chwilą mówiłeś… – że nie możemy nigdzie wyjść. Rodzice wyjechali na weekend do Zakopanego, więc mam wolną chatę. Robię imprezę na którą oczywiście cię zapraszam. To moje plany na dzisiaj. – uśmiechnęłam się pod nosem. – Nie musisz… wiesz, nie chcę się wpraszać. To żaden problem jeśli pojadę do domu. – To będzie problem. Bo chcę, żebyś tu była ze mną – uśmiechnął się słodko po czym wcisnął w windzie guzik z numerkiem piątego piętra.

___________________________________
jest i 111! :) miłego wieczoru! :*

♥ ♥♥ Louis


Hello ;) To już ostatni tydzień wakacji?! Nawet porządnie ich nie odczułam, byłam tylko
dwa razy na basenie… Już niedługo JESIEŃ! :((
Ale okej, koniec trucia:) Dziś obiecany serduszkowy rozdział o naszej gwiazdce Louisie:)

Pokochałam tego krejzola od pierwszego wejrzenia! Przede wszystkim dlatego, że gdy
zobaczyłam go po raz pierwszy (w teledysku WMYB) miał na sobie czerwone spodnie,
a ja wtedy miałam niezłą jazdę na facetów w czerwonych spodniach :D Tak właśnie zaczęła
się moja miłość… Kolejną i myślę najważniejszą rzeczą jaka urzekła mnie w nim i to na stałe
jest jego rozbrajający uśmiech! Wszyscy komentowali to, że Harry bardzo wykrzywia usta,
śpiewając ostatni wers WMYB, ja jednak nigdy nie zwracałam na niego uwagi. Mój wzrok
ZAWSZE wędrował w prawy bok ekranu, gdzie Lou uśmiechał się tak, że aż kolana miękły!
Ten sam uśmiech możemy zobaczyć, gdy chłopaki śpiewają w XFactorze obok basenu… ah! ♥
A potem już samo się posypało:) Te jego żarty, Video Diary, Mega Mind, Spin the Harry,
energy juice, Kevin, Boo Bear, Larry Stylinson♥, paski, szelki, potrzepana czupryna, jego hip thrust na
koncertach, słodki, prawie kobiecy głos i wiele, wieeeele więcej:)

trochę info:


Nie martw się Lou, nie będzie tak źle :)

  1. Imię i nazwisko: Louis William Tomlinson
  2. Data urodzenia: 24 grudnia 1991 (wigilia!)
  3. Znak zodiaku: Koziorożec
  4. Miasto: Doncaster, South Yorkshire, Anglia
  5. Rodzina: Mark i Johannah Tomlinson (rodzice). Edna i Len (dziadkowie), młodsze siostry Charlotte (Lottie), Felicite (Fizzy) oraz bliźniaczki Daisy i Phoebe. (ma też przyrodnią siostrę Georgię, mają wspólnego ojca, ale inne matki)
  6. Kolor włosów: ciemny blond / brązowy
  7. Kolor oczu: niebieskie
  8. Wzrost: 5’9 ” (czyli nasze polskie 175cm, ale Lou wygląda mi na niższego)
  9. Best Friend: Stan
  10. Szkoły: Uplands, Willow, Hall Cross and The Hayfield School
  11. Szkoła aktorska: Barnsley
  12. Ulubiona żeńska gwiazda: Natalie Portman, Katy Perry
  13. Muzyczna inspiracja: Robbie Williams
  14. Ulubiony instrument: Fortepian
  15. Smart Phone: 4 iPhone i Blackberry
  16. Pierwsza dziewczyna: Arianna
  17. Pierwszy zespół: Rogue (Louis był w nim, gdy był w Hayfield)
  18. Pierwsza praca w showbiznesie: Praca w programie telewizyjnym o nazwie Fat Friends (jako niemowlęta, jego siostry bliźniaczki miały rolę w serialu)
  19. Pierwszy prawdziwa praca: sprzedawca w sklepie Toys R Us w okresie Bożego Narodzenia; trener w Barnsley Football Club (dwa tygodnie); sprzedawanie przekąsek w Keepmoat Doncaster Rocers na stadionie piłkarskim
  20. Pierwszy samochód: Renault Clio
  21. Pierwszy Musical: główna rola Danny’ego w Grease, kiedy był w szkole średniej
  22. Pierwsze Zwierzę: Pies o imieniu Ted (wciąż go ma)
  23. Ulubiona zabawka z dzieciństwa: Dane z Power Rangers (czerwony wojownik był Louisa ulubionym)
  24. Ulubiona Angielska drużyna piłkarska: Manchester United
  25. Ulubione Sporty: tenis, piłka nożna
  26. Ulubiona książka: autobiografia Davida Beckhama
  27. Ulubione filmy: Grease, Forrest Gump
  28. Ulubiony aktor: Jim Carrey
  29. Ulubione programy telewizyjne: One Tree Hill i Skins
  30. Ulubione Gwiazdy: Cheryl Cole i Diana Vickers
  31. Ulubiony zespół: The Fray, Two Door Cinema Club
  32. Ulubiony piosenkarz: James Morrison, Ed Sheeran, Robbie Williams
  33. Ulubiony boysband: Take That
  34. Ulubione piosenkarki: P!nk, Adele, Katy Perry
  35. Ulubiona piosenka: „Look After You” The Fray
  36. Ulubiona potrawa: Makaron i pizza
  37. Ulubiony deser: ciasto z Pizza Hut
  38. Ulubiony napój: Milkshake „Daim Bar”
  39. Ulubione śniadanie: boczek, jajko sadzone i kanapki z serem i ciemnym sosem
  40. Ulubiony sklep odzieżowy: Topman
  41. Ulubione Spodnie: Jeansy
  42. Ulubione buty: Toms Shoes
  43. Ulubiony kolor: Czerwony
  44. Ulubiona gra wideo: FIFA
  45. Ulubiony Relaks: Gry wideo i spędzanie czasu z przyjaciółmiA teraz najlepsza część tej notki… zdjęcia! :DD

    Niezmienny UŚMIECH! ♥ 


    Szelki i paski, które już zawsze będą nam się kojarzyć z Louisem :) Swoją drogą szkoda,
    że już ich nie nosi… :/ Dla mnie Lou bez szelek jest jak Harry bez marynarki, Liam bez
    koszuli, Zayn bez bluzy bejsolówki, czy Niall bez koszulki polo i wysokich adidasów…
    PS. Zwróćcie uwagę na kogo patrzy Louis… LARRY 4 EVER! ♥♥♥


    Haha, synchroniczny dance z Niallerem! :D


    Wspomniany hip thrust w wykonaniu naszego Lou!


    Po jakimś czasie już wszyscy nasi chłopcy robili tak na koncertach i wywiadach! :D


    Crazy, SEXY TOMO. He got that 1Thing!


    Perfekcyjna twarz! Uwielbiam Louisa w okularach Aviator! :))


    Najnowsza metamorfoza Louisa :) Chyba wolałam go w starej fryzurze, ale tak też jest okej:)
    Mówią, że ładnemu we wszystkim ładnie, nawet w niczym… więc Lou, czekamy na jakieś
    sexxxxyyyy fotki w niczym! :D


    I jeszcze jeden, markotny i kapryszący Lou. A wszystko dlatego, że to już koniec notki
    o nim. Teraz zabieram się za redagowanie i dopracowywanie kolejnego rozdziału.
    Myślę, że pojawi się jeszcze dziś, najpóźniej jutro:)

    Buziaki moje Boo Beary! :D ♥♥♥
    :**

Rozdział 110.

Punktualnie o ósmej rano ze snu wyrywa mnie brutalnie budzik. Już dawno nie słyszałam jego dźwięku. Dawno też nie byłam w takiej złej formie jak dzisiaj. Wszystko przez te cholerne strefy czasowe! Chłopcy zaraz po przylocie do USA mieli masę wywiadów do gazet i radia. Na te w telewizji muszą jeszcze jakiś czas poczekać. Chłopaki są bardzo zajęci i jedyna możliwość jakiejkolwiek dłuższej rozmowy z nimi jest możliwa dopiero późnym wieczorem. Ich późnym wieczorem, bo gdy u nich jest dwudziesta trzecia u mnie jest pięć godzin później czyli czwarta nad ranem… Tak więc umówiliśmy się, że gdy Lou ma chwilę wolnego czasu dzwoni do mnie nad ranem na komórkę, abym wygrzebała się spod kołdry i porozmawiała z nim na Skype chociażby te pół godzinki. Ale okej, nie ma się co nad sobą użalać. Odsłaniam zasłony, a za oknem słońce! Pogoda ostatnio strasznie rozpieszcza londyńczyków, aż szkoda mi opuszczać tego kraju gdy jest tu tak jasno. Idę do łazienki, biorę szybki prysznic, układam włosy i robię make – up. Bezdyskusyjnie potrzebuję dziś podkładu i to sporą ilość. Nie dość, że mam worki pod oczami jak zombie to jeszcze przez świecące za oknem wesoło słońce widać je jeszcze bardziej. Kilka pociągnięć gąbeczką i wyglądam jak świeża, młoda bogini. Odrobina różu na policzki, tusz, eyeliner i gotowe.  Podchodzę do szafy i od razu rzuca mi się w oczy strój na dzisiaj. Biała mini spódniczka, pastelowa, różowa marynarka i biały bezrękawnik z żabotem. Do tego złoty pasek, cieliste szpilki na platformie i kopertówka w rozmiarze XXL w tym samym kolorze. Sama siebie zaskoczyłam będąc gotowa pół godziny przed planowanym czasem. Z takim zapasem czasu nie muszę jechać samochodem, mogę się wybrać do szkoły metrem. Cieszę się z tego, bo pewnie po rozpoczęciu pójdziemy z dziewczynami na jakiegoś drinka, a gdybym była samochodem siedziałabym przy coli. Wrzucam do torebki najpotrzebniejsze rzeczy; telefon, iPod, klucze, dokumenty i wychodzę z domu. Wkładam do uszu słuchawki i włączam album Adama Lamberta. Gdy tylko uchyliłam drzwi klatki schodowej przywitało mnie jaskrawe słońce. Jest tak przyjemnie ciepło! Idealny dzień, aby powitać ostatni rok studiów. Szkoda, że nie ma ze mną Louisa… Na pewno jakoś fajnie spędzilibyśmy razem ten dzień świętując rozpoczęcie roku akademickiego. Louis. To nie był dobry moment, aby zacząć o nim myśleć i się nad sobą użalać. Stoję na peronie, a w moich oczach stają łzy. Muszę się jakoś opanować, inaczej cały makijaż spłynie zostawiając za sobą czarną od tuszu dróżkę na moich policzkach. Wdech, wydech i ciche liczenie do dziesięciu z zaciśniętymi powiekami. Pomogło. Otwieram oczy i widzę, że gapi się na mnie spora grupka osób. Czerwienie się i uśmiecham się do nich szeroko, oni trochę zdziwieni odwzajemniają uśmiech i odwracają głowy myśląc, że nie ma co się przejmować wariatką. O! Mój pociąg! Wreszcie mogę uciec przed spojrzeniami wścibskich gapiów.

- Viktoria! – macham do przyjaciółki, która właśnie wysiadła z samochodu. – Oli! Cześć! – odmachała mi wesoło. Zamknęła auto i pobiegła w moją stronę – Dobrze wyglądasz jak na osobę, która romansuje na Skype o piątej nad ranem. – pokazała mi język – I vice versa – odpowiedziałam. – Kurcze, cieszę się, że nie panikujemy i lamentujemy jak ostatnim razem. Chyba zaczynam się już przyzwyczajać do tych ich ciągłych wyjazdów – przyjaciółka wzruszyła smutno ramionami – No też się dziwię, że jest lepiej niż ostatnio. Pamiętasz jak leżałyśmy w łóżkach całymi dniami i gadałyśmy na Skype o tym, że jesteśmy najnieszczęśliwszymi kobietami pod słońcem – uśmiechnęłam się pod nosem na samo wspomnienie – Niezłe z nas desperatki. – zaśmiała się Viki – Chodźmy, za dziesięć minut zacznie się akademia. -dodała.

Weszłyśmy do auli. Jak dobrze widzieć te uśmiechnięte twarze! Jest tutaj cała ekipa, nas, studentów ostatniego roku. Wszyscy witają się radośnie i dopytują jak minęły wakacje. Po przegadaniu całego apelu i krótkim powitaniu nas przez profesora w osobnej sali pomaszerowałyśmy na drinka. Oczywiście nie skończyło się tylko na jednym. Viktoria odwiozła do domu swój samochód i przyjechała chwilę później z mamą. Było bardzo wesoło, ale i bardzo późno. Strasznie się zasiedziałam! Już powinnam być w drodze na lotnisko, a dopiero żegnam koleżanki i próbuję łapać taksówkę. Udało się, biedny facet, nie odpuszczę mu przez najbliższe czterdzieści pięć minut. Pędem jedziemy do mojego mieszkania z którego zabieram tylko walizkę i torbę podróżną. Z smutkiem żegnam na przygotowany na lot wygodny strój dla siebie i zostawiam go na kanapie. Nie zdążę się przebrać i muszę jakoś przeżyć lot w miniówie i szpilkach. Zamykam mieszkanie i wskakuję do windy, po czym od razu ją otwieram. Cholerny bilet! Został w szafce z talerzami… Biegnę pod drzwi mieszkania i jak zwykle szukam w torebce kluczy. Po pół minucie szukania są. Jak zwykle skrupulatnie włożyłam je  do bocznej kieszonki kopertówki, tej zamykanej na zamkiem błyskawiczny, aby, o zgrozo, w razie czego szybko je znaleźć. Wpadam do kuchni i otwieram półkę z talerzami. Nie ma go! Cholerny Hazza, zawsze musi dotykać tego czego nie ma. Otwieram szafkę z przyprawami i znajduję go tam. Z ulgą zamykam drzwi i biegnę do windy. Bieganie na dwunastocentymertowych szpilkach to nie jest mój ulubiony sport, ale muszę dać rady. Wsiadam do taksówki i każę kierowcy zasuwać ile fabryka dała na lotnisko. Patrzę na zegarek. No pięknie… od pół godziny powinnam być na odprawie.

Udało się! Wpadłam do samolotu jako jedna z ostatnich, usiadłam przy oknie i odetchnęłam z ulgą. Chybabym się załamała gdybym nie zdążyła. Czuję, że to będzie dobry lot. Jestem zmęczona całą tą bieganiną, a alkohol pływający we krwi wcale nie dodaje mi energii. Jeszcze tylko słuchawki do uszu i mogę spokojnie się zdrzemnąć… – Przepraszam, proszę się obudzić, lądujemy – powiedział miły głos, a ktoś delikatnie poklepał mnie po ramieniu. Otworzyłam oczy i zobaczyłam przed sobą uśmiechniętą stewardessę. – Proszę zapiąć pasy – dodała. Trochę zaspana skinęłam głową i spełniłam jej prośbę. Zapięłam pasy, a pilot przystąpił do lądowania. Lekkie turbulencje i wstrząs. Taaak, na pewno jestem w domu!