Archiwum dla Październik, 2012

Rozdział 120.

Moja kochana mamuśka zamiast martwić się o mnie i zastanawiać dlaczego zmokłam, śmiała się, że wyglądam ekstra w dresie Maćka i że powinnam zamieszkać na warszawskiej Pradze, bo z takim lookiem należy mi się szacunek ludzi ulicy. Puściłam jej uwagi mimo uszu przy okazji zabijając wzrokiem Maćka, który chichotał pod nosem ubrany w kremowe spodnie i idealnie wyprasowaną koszulę. Był świeżo wykąpany, pachnący, pięknie uczesany i czarował mamuśkę swoim uśmiechem. Mówiłam mu, że nie musi się tak stroić, bo będziemy tylko u mnie w domu, ale żadne argumenty nie miały racji bytu. Maciek nie chciał pokazać się mojej mamie w dresie i teraz na pewno dziękował sam sobie w duchu, że nie dał mi się na niego namówić. – Będziesz się tu cieszyć i gadać z moją mamą czy idziesz ze mną? – zapytałam poddenerwowana – O córuś, już nawet gadasz jak te bandziory spod bloków! Nie ma co z nią zaczynać Maciek. – Ma pani rację – przyznał jej chłopak – Szacun, pani Salkin – dodał i ukłonił się jej – Szacun – odpowiedziała mama, a ja obróciłam się na pięcie i szłam przed siebie. Oczywiście dobrze słyszałam kroki swojego przyjaciela za plecami, ale udawałam, że nie interesuję się tym, czy ktoś za mną idzie czy nie. Weszłam do pokoju i od razu, bez słowa skierowałam się do garderoby w poszukiwaniu normalnych ubrań. Maciek usiadł na kanapie i przyglądał się mi – Jesteś zła? – zapytał przerywając ciszę – Nie, nie jestem. Tylko trochę obrażona – odpowiedziałam obojętnym tonem dalej grzebiąc w ciuchach. W moje ręce, jak na złość, wpadały same jedwabne bluzki i obcisłe rurki… nagle ktoś złapał mnie za dłoń i wyciągnął z szafy do pokoju – Ej, przecież wiesz, że żartowałem. Wyglądasz świetnie, nie musisz się przebierać – powiedział Maciek z oszałamiającym uśmiechem, którego nie byłam w stanie nie odwzajemnić – Jak dres spod bloku – skomentowałam swój ubiór – Pamiętaj, że masz na sobie moje ciuchy! Czyli co? Teraz ja się mam obrazić? Bo rozumiem, że ubieram się jak wieśniacki bandzior – chwilę zastanowiłam się nad tym co powiedział – Tak, chyba właśnie tak nazwałabym twój styl ubierania. – pokazałam mu język – Dzięki – odpowiedział, przewrócił oczami i usiadł z powrotem na kanapie. Usiadłam obok niego – Widzisz, fajnie się tak z kogoś nabijać – Chłopak spojrzał na mnie kątem oka – Dobra, to co robimy? Oglądamy jakiś film? Gramy w coś? Szachy, Monopoly, Scrabble? – zapytałam – Może być film. Co masz ciekawego? – Ps. Kocham cie, To tylko miłość, Pamiętnik, Ostatnia piosenka, Wciąż ją ko… – Dobra już dobra, może film to nie najlepszy pomysł. Chyba, że masz coś odrobinę mniej słodziutkiego niż te romansidła – powiedział Maciek – Romansidła? Pfii, też mi coś. To są świetne produkcje, a ty po prostu nie znasz się na dobrym kinie. Ale okej… hmm… co ja tam jeszcze mam. Abduction! Uwielbiam Jacoba ze „Zmierzchu”! Będzie coś dla ciebie, bo to jakiś film akcji i dla mnie… boski Taylor! – klasnęłam w dłonie i nie czekając na reakcję przyjaciela włączyłam telewizor i wrzuciłam odpowiednią płytę do odtwarzacza. Wyłączyłam światło, aby lepiej skupić się na filmie, usiadłam obok Maćka klepiąc go zadziornie w udo – Zobaczymy czy ‚boski Taylor’ da radę. – powiedział nie odrywając wzroku od telewizora. Najwidoczniej ‚Zmierzchowy Jakob’ dał radę, bo Maciek siedział jak oczarowany nie mogąc oderwać wzroku od ekranu. Ja w tym czasie wzięłam szybki prysznic, po którym znowu założyłam ciuchy Maćka, bo było mi tak zimno, że nie dopuszałam do siebie myśli, że mogłabym założyć jakieś chłodne ciuchy z szafy. Ubrałam jeszcze bluzę, bo wcześniej miałam tylko założoną koszulkę z krótkim rękawkiem i siedziałam mniej więcej jak mumia. Ręce włożyłam do koszulki i objęłam się za brzuch, aby nawet najmniejszy kawałeczek mojego ciała nie miał kontaktu z chłodnym powietrzem. Po prysznicu poszłam do kuchni, zrobiłam kanapki dla Maćka i trzy herbaty; dwie dla siebie na rozgrzanie i jedną dla Maćka. Weszłam do pokoju – Gdzie byłaś? – zapytał przyjaciel nawet nie spoglądając w moją stronę – Zrobiłam ci kanapki – powiedziałam kładąc je na stole przed nim – Dzięki. Siadaj – nakazał mi, delikatnie sugerując, że mam być już cicho. Od razu zabrał się za kanapki, a ja za herbatę. Wypiłam prawie wrzący napój w pięć minut, ale nawet to nie pomogło mi się rozgrzać. Cichutko, na paluszkach poszłam do sypialni i wzięłam z niej najgrubszy, a zarazem najcieplejszy koc jaki miałam. Szczelnie się nim okryłam i wróciłam do przyjaciela. W tym czasie burza na zewnątrz rozkręciła się na dobre. Było praktycznie jasno od błyskawic, które strzelały w ziemię jedna za drugą, a silny wiatr kołysał drzewami jak ździebełkami trawy. Popijając drugą herbatę spoglądałam w okno i liczyłam w jakim czasie od błysku pojawi się huk. Po zliczeniu około dwudziestu błyskawic zauważyłam, że czas pomiędzy błyskiem a hukiem jest coraz krótszy co oznacza, że burza jest coraz bliżej nas. I nagle pokój rozjaśniło jaskrawe światło, po czym od razu słychać było przeraźliwy huk, jakby ktoś łamał ogromne drzewo kilka centymetrów od naszych uszu. To było tak niespodziewane, że aż zapiszczałam. W całym domu zgasły światła. Zrobiło się zupełnie cicho i ciemno – Wszystko okej? – zapytał przyjaciel chwytając mnie za dłoń. – Tak, po prostu się wystraszyłam – Nie ma czego. To tylko burza, tu jesteśmy bezpieczni, tylko do jasnej cholery niech włączą prąd! Przerwali mi film w takim momencie… – Oliwia?! – usłyszałam głos mojego taty który stojąc w progu świecił mi latarką po oczach – Tak tato? – Nic ci nie jest, słyszałem jak krzyczałaś? – Zawsze piszczę jak się wystraszę. Jestem dziewczyną tato – Ach tak, cała matka – odpowiedział tylko. Przeniósł światło latarki na twarz Maćka – Ty też okej? – zwrócił się do chłopaka – Bardzo okej panie Salkin. – odpowiedział – To super. Już myślałem, że coś wybuchło, poraziło was prądem czy coś. W sumie to mama tak myślała i kazała mi przyjść sprawdzić czy żyjecie – wytłumaczył tato śmiejąc się pod nosem – Gdybyście tak jakimś cudem przeżyli to przygotowała dla was świeczki, prosząc, żebyście nie spalili domu – postawił na stół trzy grube waniliowe świece, które pachniały intensywnie nawet niezapalone. Dał nam też zapaliczkę. – Uważajcie na ogień. Maciek, może wjedziesz samochodem do garażu? To dopiero początek nawałnicy, a wiesz, że drzewa w tej okolicy… – Tak wiem. Dziękuję za propozycję, chętnie skorzystam. – wstał z kanapy po czym zwrócił się do mnie – Mogę cię zostawić na moment? – Jasne, że możesz – odpowiedziałam zapalając świecę, a Maciek ruszył w stronę taty – Dobrze to chodź chłopcze. Otworzę ci bramę, już nie pamiętam kiedy robiłem to ręcznie, bo zawsze używam pilota. Powinieneś się zmieścić do środka, bo zostawiłem Mercedesa w garażu biurowca w Warszawie. To A3? – Tak A3, na nowej budzie z dwa tysiące jedenastego roku. – To nówka z salonu? Ile ma koni? Jaki to silnik? Zawsze powtarzam Oliwi, że Audi ma najlepsze samochody, ta niemiecka precyzja i… – zniknęli za progiem, a ja zaśmiałam się słysząc wykład taty. Zapaliłam dwie pozostałe świece. Jedną z nich zostawiłam na stole w pokoju, pozostałe dwie ostrożnie wyniosłam po schodach do sypialni. Stwierdziłam, że to bez sensu siedzieć na tej niewygodnej sofie i patrzyć się w sufit, gdy tu możemy się położyć, popatrzeć przez okno i co najważniejsze, na górze jest zawsze cieplej. Położyłam świece na malutkiej komodzie obok schodów. Usiadłam na materacu opierając się plecami o ścianę. Pomimo tego, że byłam dalej przykryta grubym kocem, zarzuciłam jeszcze na siebie kołdrę a i tak strzelałam zębami częściej niż błyskawice za oknem. – Oliwia? – zawołał półgłosem Maciek – Jestem na górze, weź świecę ze stołu i uważaj na schodach – chwilę później moim oczom ukazało się światełko, a następnie cały Maciek – Musisz przeczekać u nas tą burzę, a nie wiadomo jak długo to jeszcze potrwa. Mówiłam, załóż dres, będzie ci wygodniej – chłopak położył świecę obok dwóch pozostałych – Jest okej – odpowiedział siadając obok mnie – Zimno ci? – zapytał – Tak trochę zamarzam. Nie czuję się najlepiej. Ale chyba nie umrę – Też mam taką nadzieję, dopiero co przyjechałaś, jeszcze się tobą nie nacieszyłem – odpowiedział  z uśmiechem. A mi zrzedła mina. „Pomartwimy się wieczorem” nadeszło szybciej niż się spodziewałam. Najwyższy czas powiedzieć o wylocie do Stanów – Co się stało? Coś nie tak? – zapytał Maciek widząc moją minę – Nic się nie stało… chociaż w sumie coś jednak tak… nie, nie martw się, nie stało się nic złego, ale jednak coś się stanie – zaczęłam się mieszać zupełnie nie mogąc pozbierać myśli. – Oli możesz jaśniej? O co chodzi? Co się stanie? – dopytywał poddenerwowany chłopak – Nie wiem od czego zacząć – Najlepiej od początku i to prosto z mostu, bo zaraz oszaleję. – Chłopak złapał moją dłoń i spojrzał mi w oczy. Spuściłam wzrok nabrałam w płuca powietrze po czym głośno je wypuściłam – Pojutrze lecę do USA – powiedziałam półszeptem nie odrywając wzroku od podłogi.
_______________________
Hej, haj heloł :D dla Was
kolejny rozdział i dwa ogłoszenia
parafialne. Po pierwsze już jutro
góra po jutrze pojawi się serduszkowy
rozdział. Miało być o Niallu, ale mam
nadzieję, że jego żony nie będą mi
miały za złe jeśli przeniosę notkę o
nim za pięć rozdziałów, bo chciałabym
podzielić się z Wami moimi przemyśleniami
na temat mojego ulubionego członka 1D
Larrego Stylinsona :)

i drugie ogłoszenie mam do sprzedania
BOTKI, rozmiar 40, ale pasuje też na 39.
NÓWKI, NIE ŚMIGANE! mega wygodne,
wcale ale to wcale nie czuje się tej wysokości
i są tak samo stabilne jak buty na koturnie.
Dostałam je w prezencie, ale są na mnie
za duże :( noszę 38, 39 więc odrobinę
mi wyskakują :( szlag mnie trafi :((
Cena 99zł+koszty przesyłki ok. 15zł  :)

zainteresowanych proszę o pisanie w
komentarzach, a potem się jakoś
dogadamy. Buziaki:*

Rozdział 119.

Stojąc dalej w deszczu uparłam się jednak, że do samochodu nie wsiądę taka mokra, bo zniszczę całą tapicerkę. Nie pomogły namowy, prośby i groźby Maćka. Chciałam wrócić do domu autobusem, ale Maciek wymyślił, że pójdziemy do niego, przebierzemy się, wysuszymy, weźmiemy parasole, przyjdziemy po samochód i wtedy Maciek odwiezie mnie do domu. Ten plan wydał mi się bardzo atrakcyjny, bo szczerze mówiąc nie bardzo uśmiechała mi się jazda busem, gdy kapała ze mnie woda. – Nie ma się co zastanawiać, mój plan działania jest niezastąpiony. Chodźmy bo wyglądasz koszmarnie! Jesteś blada i masz sine usta – Maciek podał mi dłoń – Dz… dz… dzięki. – Wykrztusiłam tylko, bo moje zęby uderzały o siebie z szybkością światła. Dopiero teraz doszło do mnie jak bardzo jest mi zimno. Podałam rękę Maćkowi i prawie biegliśmy do jego domu. Byłam przeszczęśliwa, gdy wysiadaliśmy z windy. Za chwilę miałam założyć na siebie suche ubrania i mam nadzieję wypić coś ciepłego. Stanęliśmy pod drzwiami, a przyjaciel zaczął czegoś szukać w kieszeni – Cholera, zapomniałem kluczy w samochodzie… – powiedział, a moje serce chyba zatrzymało się na moment z rozpaczy. Spojrzałam na niego wielkimi oczami – Nie martw się. Mama już powinna być w domu. Otworzy nam – Mama… – powtórzyłam z jeszcze większą rozpaczą – Nie mogę się jej tak pokazać! – zawołałam. Boże, zapomniałam, że on mieszka z rodzicami! Zaczęłam obmyślać szybki plan ewakuacji – Nie panikuj Oli. To tylko moja mama. Zmokliśmy i tyle. – uśmiechnął się po czym zapukał głośno w drzwi. Wydawało mi się, że bicie mojego serca było głośniejsze niż owe stukanie. Tak bardzo chciałabym się teraz zapaść pod ziemię. Ścisnęłam rękaw Maćka, co spowodowało u niego śmiech. Dwa dźwięki przekręcenia zamka w drzwiach, głęboki wdech – Maciek, kochanie wam się stało? Samochód ci się zepsuł? Mogłeś zadzwonić, przyjechałabym po ciebie syneczku! Pochorujecie się – kobieta już chciała przyłożyć dłoń do czoła Maćka, ten jednak w porę wykonał unik – Mamo, zaraz naprawdę zachorujemy, jeśli dalej będziesz nas przetrzymywać na korytarzu. – odpowiedział markotnie Maciek – Jasne, wchodźcie. – Mama Maćka odsunęła się od drzwi i weszliśmy do środka. Maciek zaprowadził mnie do łazienki, dał mi ręczniki, suszarkę i jakieś swoje ciuchy abym się mogła przebrać. Sucha, ale ani trochę bardziej rozgrzana wyszłam z łazienki. Maciek już siedział w salonie i popijał herbatę. Jego mama dała mi reklamówkę na moje mokre ciuchy i dołączyłam do przyjaciela. Wypiliśmy po herbatce, pooglądaliśmy jakiś teleturniej zgadując odpowiedzi. Następnie mama Maćka podwiozła nas od restaurację, pod którą zostawiliśmy samochód. Przez całą drogę wypytywała mnie o chłopaków z One Direction, co wywoływało u Maćka napad czarnej gorączki. Ja zupełnie się nim nie przejmowałam, tylko ochoczo odpowiadałam na pytania. Opowiedziałam też o tym, że zgubiłam u nich w domu bransoletkę. Już chciałam powiedzieć, że to stało się na imprezie o której ona przecież nic nie wiedziała. Na szczęście w ostatniej chwili ugryzłam się w język. Kobieta obiecała, że przeszuka dokładnie cały dom i że nie mam się martwić. Po chwili byliśmy już na miejscu. Pożegnaliśmy się z nią, przesiedliśmy do samochodu Maćka i ruszyliśmy w stronę mojego domu.

Na zewnątrz było już całkowicie ciemno. Egipskie ciemności pogłębiały się z minutę na minutę, również za sprawą gęstych, czarnych chmur które wisiały nad miastem – Chyba zbiera się na burze – powiedziałam przerywając trwającą od około dziesięciu minut przerwę. Maciek nie odezwał się do mnie słowem, od kiedy wsiedliśmy do jego samochodu. – Ehe – odpowiedział z obojętną miną, nie odrywając wzroku od drogi – Co ci jest? Obraziłeś się na mnie? Zrobiłam coś złego? – zapytałam – Nie, tu nie chodzi o ciebie. – czekałam na dalszy ciąg wypowiedzi, chłopak jednak nie był zdecydowany czy drążyć ten temat czy nie – Nie chodzi o mnie… więc o kogo? Cały dzień spędziliśmy razem i było dobrze, więc albo ja albo nikt – Mama – odpowiedział, po czym kontynuował – Też nie ma lepszego tematu, tylko musi cie wypytywać o… tych tam. A gdy tylko słyszę jej fascynację tymi krety… to znaczy tymi chłopakami dostaje szału. Jestem.. ee… zazdrosny. – powiedział cichutko – Zazdrosny? O co? – zapytałam zdziwiona – Jak to o co? Oni mają wszystko! ba! Mają więcej niż wszystko. Talent, fanki, kasę, mieszkania w Londynie, drogie samochody. Ale to jeszcze nic. Najgorsze jest to, że mają ciebie. Mają ciebie na co dzień. Wystarczy jeden telefon, jedna prośba o pomoc i się spotykacie. Oliwia ty ich… kochasz ich. Nie tylko Louisa, ale ich wszystkich. I to naprawdę szczerze. Zrozumiałem to dopiero teraz, kiedy z taką czułością, miłością i radością mówiłaś o nich. Tak, jakbyś opisywała gromadkę słodkich szczeniaczków, a nie tą bandę… no ich. Mówisz o nich jak o najważniejszych istotach żyjących na tym świecie. Łączy was taka silna więź… Jestem tak cholernie zazdrosny! Jestem zazdrosny o waszą przyjaźń, bo takie uczucie nigdy nie będzie łączyło nas – zalał mnie nerwowym słowotokiem. Widać, że to kotłowało się w nim i z ulgą może teraz wyrzucić to wszystko z siebie. A ja siedziałam. Siedziałam jak zamurowana. Nie mogłam zebrać myśli. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym jak patrzę na moich chłopców. Moich chłopców? Może Maciek ma rację, rzeczywiście wyrażam się o nich jak o gromadce słodkich piesków, czy dzieciaczków, ale jak tu inaczej patrzeć na tych wariatów!? Moja miłość do nich była tak naturalna, jak miłość do braci, czy sióstr. Byliśmy po prostu najlepszymi przyjaciółmi w pełnym tego słowa znaczeniu. Dałabym obciąć sobie rękę, ba, nawet dwie ręce, że gdybym była w potrzebie mogłabym liczyć na każdego z nich. Bez wyjątku, niezależnie od tego, czy byli by akurat w Mexyku, na Alasce czy na Broadwayowskiej scenie. Wiem to, po prostu to wiem, że rzucili by wszystko, aby mi pomóc. Skąd mam taką pewność? Bo zrobiłabym to samo bez żadnego namysłu. Już nawet raz miałam okazję, gdy Lou nie miał gdzie spać, pozbierałam się w kwadrans, a trzy godziny później szukałam go po parku w Londynie. Oni zresztą też byli przy mnie, gdy mało co nie trafiłam na „drugą stronę” po wypadku samochodowym. Wszyscy murem stali dokoła mojego łóżka i martwili się o mnie. Między nimi był również Maciek, który nie wyróżniał się na ich tle. On również jest moim przyjacielem i czuję do niego to samo, co do chłopaków z 1D. – Oliwia… nic mi nie odpowiesz? – przerwał moje przemyślenia Maciek. Dobrze, że się odezwał, bo moje myśli pochłonęły mnie całkowicie. Uśmiechnęłam się do niego serdecznie – Nie wiem czy wiesz…w sumie powinieneś wiedzieć, bo stale ci to okazuję. Dla mnie jesteś na tej samej półce co chłopaki z 1D. Jesteś dla mnie tak samo ważny jak oni. Dla mnie nie ma żadnej różnicy między tobą, a Zaynem. No może ty jesteś trochę mądrzejszy – kąciki ust Maćka uniosły się delikatnie do góry – Oboje jesteście dla mnie tak samo ważni. – dokończyłam wypowiedź. Teraz to Maćka zatkało – Dzięki – odpowiedział tylko, po czym bez słowa ujął moją dłoń, podniósł ją i delikatnie pocałował, a ja uśmiechnęłam się szeroko. Tak dawno nikt tego nie robił. Widać udało mi się przekonać chłopaka do swoich uczuć, bo dalsze tematy naszych rozmów były już lżejsze. W dobrych humorach dojechaliśmy do mojego domu. Zostawiliśmy samochód na podjeździe przed domem i biegiem udaliśmy się do domu. Na tym miał się jednak zakończyć miły wieczór, bo przez cały dzień nie wspomniałam Maćkowi o drobnym szczególe. Pojutrze wylatuję z Polski.
_________________________________________________________________
helo lejdis. Sajgon trwa w najlepsze i nic
nie wskazuje na to, że coś ma się zmienić ;(

są i dobre wieści. Kilka dni temu, chyba w
sobotę odwiedził mnie w śnie boski, sex
MALIK :D och, tak dawno już go nie było,
ale powrócił i to na maxa :D opowiem Wam
o tym, bo dalej cieszę się z tego snu :D
Był to jeden z tych realistycznych snów,
w których odczuwa się wszystko prawie
jak w realu! :D

Siedzieliśmy na łóżku w pokoju mojej siostry. Siedziałam ja, obok mnie Zayn, który opierał się plecami o kaloryfer. Obok nas stała dziewczyna Zayna (nie Perrie, jakaś brunetka NO NAME :P) i jakaś jej koleżanka. Patrzyła zazdrośnie na Zayna, ale nie okazywali sobie uczuć. Zayn wyciągnął skręta i zapalił go. Zapytał mnie czy zapalę z nim a, ja mu, że jasne! I paliliśmy „po studencku” czyli z ust do ust. Zayn zaciągał się tym skrętem i dmuchał mi dymem do ust. Oczywiście w bezpiecznej odległości, bo obok stała jego dziewczyna.

Nawet nie wiecie jaka była moja radość, gdy ta dziewczyna powiedziała, że musi wyjść do ubikacji! Wzięła ze sobą swoją koleżankę i poszły, a my zostaliśmy sami z Zaynem. „Co chciałabyś się całować?” zapytał pewny siebie z swoim zadziornym uśmiechem i zaciągnął się skrętem. Przysunęłam twarz do niego czekając na kolejną dawkę słodkiego od zapachu jego oddechu dymu. On dmuchnął odrobinę i zaczął mnie całować, a ja byłam mega zaskoczona! Ach, te miękkie, ciepłe usta, były jak prawdziwe! Odsunął się ode mnie i uśmiechnął zadziornie.
Potem było trochę bardziej hardkorowo, nie opiszę tego dokładnie, bo to prywatna sprawa moja i Zayna. :P Do niczego tak naprawdę nie doszło, eeeeee włożyłam tylko dłoń pod kołdrę, gdy Zayn chciał mi coś opowiedzieć i niestety nie mógł się skupić i stracił wątek
IF YOU KNOW WHAT I MEAN :D
potem nagle wróciła jego dziewczyna, ale się nie kapnęła o co chodzi, my z Zaynem zaczęliśmy się śmiać, chłopak wstał i wyszedł gdzieś z nią, patrząc na mnie i uśmiechając się do mnie bez przerwy. Byłam taaaaak mega zadowolona z siebie :D AH! :D
ZAYNOFOBIA!!!!
jestem wariatką i mózg mnie boli, ale było warto. Malik, zapraszam ponownie!♥

buziaki i dobrej nocki!:*

Rozdział 118.

Zjedliśmy przepyszny obiad. Nawet nie wiedziałam o tak niezwykłym miejscu jak restauracja do której zabrał mnie Maciek! Trochę się zdziwiłam gdy weszliśmy do jakiegoś wieżowca. Myślałam, że Maciek zabierze mnie do jakiegoś lunch baru na kanapkę, co bardzo zasmuciło mój wygłodniały żołądek. Wsiedliśmy do windy i Maciek wcisnął guzik ostatniego, trzydziestego piątego piętra. Winda otworzyła się, wysiedliśmy z niej, ale dokoła nas były tylko siedziby biura i banków. Pomyślałam, że Maciek może chce wziąć kredyt i zabrał mnie tu abym była jego poręczycielem, ale szybko wygoniłam tą myśl z swojej głowy i uśmiechnęłam się pod nosem nie dowierzając, że mogę być aż tak głupia. Doszliśmy do końca korytarza, przed nami były drzwi, a za nimi schody. Zdziwiłam się, ale bez słowa maszerowałam ręka w rękę z moim przyjacielem. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy pokonując strome schody weszliśmy na dach! Włoska restauracja była w formie szklarni, nawet w dachu znajdowały się ogromne okna. Zszokowana podeszłam po najbliżej szklanej ściany, a za nią rozpościerał się cudowny widok Warszawy. Widać było Wisłę, Most Poniatowski, Pałac kultury – Wow – wykrztusiłam tylko – Robi wrażenie co? – wyrwał mnie z mojego szoku Maciek. Niechętnie oderwałam wzrok od tej cudownej panoramy, spojrzałam na niego i tylko skinęłam głową. – Chodź, usiądziemy gdzieś, bo zaraz umrę z głodu – Z jeszcze wielką niechęcią musiałam odwrócić się tyłem od szyby i podejść do stolika do którego zaprowadził mnie Maciek. Ucieszyłam się, bo siedzieliśmy naprzeciwko siebie, przy dwuosobowym stoliku pod oknem, a nie jak się obawiałam gdzieś na środku restauracji. Złożyliśmy zamówienie, ja wzięłam pizze, bo już dawno chodził za mną smak gorącego sera z oliwkami, papryką, kurczakiem, brokułem i kukurydzą. Maciek zaś zamówił dla siebie spaghetti. Zamówiliśmy też coś do picia. Ja słodkie, białe wino, a Maciek sok pomarańczowy. Oczywiście mogłam go przekonywać, że wrócę do domu taksówką i że może się też napić alkoholu, a po auto wpadnie jego mama, bo przecież mieszkają niecałe pięćset metrów dalej… ale oczywiście chłopak nawet nie chciał mnie słuchać. Gdy tylko usłyszał ‚wrócę taksówką’ stwierdził, że temat zakończony i tym razem to on nie odpuści. Wypiliśmy nasze napoje, i wtedy właśnie dostaliśmy swoje jedzenie. Chciałam zamówić dla siebie jeszcze wodę, bo ceny w tym lokalu nie należały do najniższych, a założę się, że Maciek nie da mi zapłacić nawet połowy rachunku. Chłopak jednak zamówił dla mnie i wodę i wino, a dla siebie kolejny sok. Spiorunowałam go wzrokiem, na co on uśmiechnął się i zaczęliśmy jeść, bo byliśmy już bardzo głodni. Uwielbiam jego rozbrajający uśmiech! Nie kończy się on tylko na ustach, ale widać również w jego oczach i na każdej części jego twarzy. To mój drugi, najlepszy na świecie uśmiech. Pierwsze miejsce bezkonkurencyjnie należy się Hazzie. Tak, on i te jego dołeczki… Niestety już dawno nie widziałam u niego tak uwielbianego przeze mnie,szczerego uśmiechu… Ostatnio chyba wtedy, gdy niechcący przytuliłam się do niego w łóżku, myśląc, że to Louis… Właśnie! Louis! Przecież pierwsze miejsce powinno należeć do niego! To jego uśmiech powinien być dla mnie najpiękniejszy na świecie. Jak mogłam go przeoczyć… nie ma co. Wzorowa ze mnie dziewczyna. Dobra, wystarczy tych głupich rankingów. Mój mózg na pewno ma jakąś rysę i to dość głęboką, skoro co chwile przelatują przez niego tak idiotyczne myśli. Że tak jeszcze nie zaczęłam się zastanawiać nad tym, który z chłopaków ma na największe, em, przyrodzenie, ładnie mówiąc. Hmm… Wydaje mi się, że Zayn. Taki z niego macho-lowelas, ma w sobie tyle testosteronu, że to musiało mieć wpływ na jego wielkość. Albo Niall! Właśnie! Niby niepozorny, ale jak mówią cicha woda brzegi rwie. I nosi najszersze spodnie z wszystkich chłopaków, więc to bardzo możliwe… albo… nie, to na pewno Harold! A jakżeby inaczej. Jest najwyższy i ma takie wielkie stopy, a mówią, że jak facet ma wielkie stopy, ma też wielkiego… Och! Masakra! Mózgu proszę! Wyłącz się! O czym ja w ogóle myślę?! Zaczynam się naprawdę martwić, że coś jest ze mną nie tak. Może powinnam się udać do jakiegoś specjalisty? Tylko co mam mu powiedzieć? Panie doktorze, jestem kretynką, a mój mózg, o ile w ogóle go mam, produkuje tak niestworzone historie, że zaczynam się go bać? Przecież pomyśli, że jestem nienormalna… A czy nie o to mi chodziło? Dobra, stop. Najstosowniej będzie jak policzę do dziesięciu, aby pomóc oczyścić się mojej głowie… jeden, dwa, trzy… – Smakuje? – wyrwał mnie z przemyśleń Maciek, jestem mu tak bardzo wdzięczna, że się do mnie odezwał i odciągnął mnie od tych idiotyzmów. – Bardzo – odpowiedziałam. Kelnerka przyniosła nasze napoje. Wznieśliśmy toast, Maciek za moje urodziny, a ja za naszą przyjaźń. Zjadłam połowę swojej pizzy, a połowę oddałam Maćkowi, który nie najadł się swoim spaghetti. Zamówił dla mnie trzeci kieliszek wina, tłumacząc się tym, że nie mogę się nudzić, gdy on niekulturalnie będzie pożerał moją pizzę. – Twoje zdrówko – powiedziałam tylko podnosząc kieliszek i upiłam spory łyk.  Po zjedzeniu i wypiciu wszystkiego, co mieliśmy na stole, ledwo się ruszając poprosiliśmy o rachunek. Jak zwykle czekała nas kilkuminutowa kłótnia o to kto płaci, ale wreszcie odpuściłam, wiedząc, że nie mam szans z upartym Musiałem. Powiedział, że to był ciąg dalszy prezentu urodzinowego jaki dla mnie przygotował. Podziękowaliśmy i udaliśmy się do wyjścia.

Następnym punktem dzisiejszego dnia był spacer. Stwierdziliśmy, że zostawimy samochód pod restauracją i stąd zaczniemy naszą wycieczkę. Maciek wymyślił, że pójdziemy do Parku Łazienkowskiego pokarmić kaczki i pobiegać za wiewiórkami. Niby pomysł świetny, ale mieliśmy dwa kilometry w jedną stronę… Dobrze, że zdecydowałam się na wygodne botki na koturnie, a nie te na ogromnej szpilce. Pomyślałam, że raz się żyje, będziemy mieli więcej czasu dla siebie. Pogadamy, pomilczymy i pocieszymy się swoim towarzystwem. Po czterdziestu minutach dość rytmicznego spaceru byliśmy na miejscu. Kupiliśmy po drodze jeszcze francuską bagietkę dla kaczek, ale połowę zjedliśmy pomimo pełnych brzuchów. Usiedliśmy na marmurowych schodkach przed stawem i odrywaliśmy kawałeczki pieczywa rzucając je do wody. W sumie to najpierw wrzucaliśmy do wody, a potem wrednie celowaliśmy w kaczki konkurując kto ‚ustrzeli’ ich więcej. Niebo zaczęło się chmurzyć, chciałam już wracać do samochodu bojąc się, że złapie nas deszcz, ale Maciek stwierdził, że on zna się na takich rzeczach i z tego rodzaju chmur na pewno nie spadnie ani kropla wody. Uspokojona jego zapewnieniami cieszyłam się z mijającego już powoli dnia. Cieszyłam się z niego aż przez niecałe dziesięć minut, do czasu, gdy pierwsze krople deszczu uderzyły cichutko o marmur. Teraz nie dałam już sobie muydlić oczu, tylko ciągłam za sobą Maćka do bramy parku, a następnie w stronę restauracji pod którą zostawiliśmy auto. Nie byliśmy nawet w połowie drogi, a lekka mżawka zamieniła się w rzęsisty deszcz. Wyciągnęłam z torebki parasol, rozłożyłam go i… okazało się, że jest zepsuty! Najpierw się wściekłam. Po jaką cholerę ktoś wkłada do komody zepsuty parasol zamiast od razu go wyrzucić?! Następnie śmiejąc się głośno sama wyrzuciłam go do kosza. Przed nami jeszcze co najmniej pół godziny szybkiego marszu, a my już byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Przestało mi to jednak przeszkadzać i świetnie bawiliśmy się całą drogę. Wrzucaliśmy się do kałuż, Maciek nawet stanął pod dziurawą rynną udając, że bierze prysznic, w sumie oboje wyglądaliśmy tak jakbyśmy pod nią stali. Wreszcie udało nam się dotrzeć do auta.
___________________________________
helo laski! Przepraszam, że tak długo
nic nie wstawiłam, ale mam niezły
sajgon w domu:( ehh, szkoda gadać :(

i jeszcze ten spam. Wyobrażacie sobie,
że przez trzy dni na moim blogu pojawiły
się 53 komentarze od spamerów?
M A S A K R A !

Od teraz mam włączoną opcję, że nawet
jeśli w komentarzu pojawi się jeden
link zostanie on od razu przeniesiony do
zatwierdzenia. (chodzi mi o linki typu
hiperłącze, te niebieskie w które klikamy
i przenoszą nas na daną stronę.)
Ale nie martwcie się, sprawdzam każdy
komentarz i te które są od WAS, moich
czytelniczek od razu zatwierdzam i pokazują
się pod rozdziałami, a reszta ląduje w
folderze SPAM.

Ech, idę zatopić smutki… Buziaki:*