Archiwum dla Grudzień, 2012

Rozdział 140.

Budzę się nad ranem, zaczyna świtać. Hazza obok mnie jeszcze smacznie śpi, najwyższa pora, aby wyjechać. Puszczam palce chłopaka i składam delikatny pocałunek na jego ciepłych ustach. Nie wiem dlaczego to zrobiłam, może dlatego, że tak trudno jest mi się pożegnać z tą spokojną buźką. Cichutko wstaję. Drzwi do pokoju mojego i Louisa są otwarte, zaglądam do środka, pokój jest pusty, ale słyszę, że chłopak bierze prysznic w łazience. Idealnie. Zabieram kurtkę i swoją torebkę. Sprawdzam czy mam telefon i paszport i wychodzę. – Gdzie się wybierasz? – zapytał mnie zaspany Harry, który właśnie się przebudził – Wracam do domu – nie zdążyłam się ugryźć w język. Zanim chłopak zdążył coś odpowiedzieć ruszyłam biegiem do drzwi – Stój! Oli! Ej, wstawajcie wszyscy! Zayn, Louis! Oliwia nie uciekaj! – wołał loczek za moimi plecami. Wypadłam na korytarz i nerwowo wciskałam guziki na ścianie próbując przywołać którąś z czterech wind. Na daremno. Usłyszałam, że drzwi naszego apartamentu otwierają się, więc zaczęłam biec po schodach. Czułam, że lada chwila ktoś mnie dogoni, więc zaczęłam biec szybciej. Torebka, którą trzymałam w ręce boleśnie wbijała mi się w ranę, ale nie zwracałam na to uwagi tylko gnałam ile sił w nogach. Wybiegłam na ulicę, spojrzałam za siebie i zobaczyłam, że biegną za mną wszyscy przyjaciele: Louis, Harry, Zayn, Viki, a za nimi kilka kroków dalej Liam i Niall. Zaczęłam się rozglądać za jakimś rozwiązaniem. Biegnięcie przez miasto nie miało większego sensu, a ja miałam tylko ułamek sekundy na podjęcie jakiejkolwiek decyzji. Skup się! nakazałam sobie. Zobaczyłam po drugiej stronie ruchliwej, sześciopasmowej ulicy taksówkę i niewiele myśląc przebiegłam przez nią. Auta hamowały praktycznie kilka centymetrów ode mnie, a hałas klaksonów skutecznie zagłuszył wołania przyjaciół. Udało mi się bezpiecznie przebiec na drugą stronę. Wpakowałam się do taksówki. Zanim rozkazałam kierowcy jechać spojrzałam jeszcze raz w stronę moich przyjaciół i wtedy moje serce zamarło. Viki, Zayn, Harry i Louis nie rozglądając się na boki wskoczyli na ulicę. To był ogromny błąd. Przebiegli kilka metrów, a wtedy jakby znikąd pojawiła się rozpędzona ciężarówka. Wyskoczyłam z samochodu i zaczęłam wrzeszczeć żeby się zatrzymali, ale gruby klakson tira zagłuszył mój krzyk. Rozległ się nieprawdopodobny trzask połączony z piskiem opon. Chciałam odwrócić wzrok lub zamknąć oczy, ale stałam jak sparaliżowana. Zobaczyłam jak ciała czwórki moich najlepszych przyjaciół odepchnięte siłą ogromnego auta lecą kilka metrów w powietrzu, a następnie głucho opada na asfalt – Nie! – zawołałam i wbiegłam ponownie na ulicę. Bieg trwał kilka sekund, ale zarejestrowałam dokładnie co działo się dokoła mnie. Liam klęczał nad zakrwawioną Viki i rozpaczliwie próbował sprawić, aby jej serce zaczęło pewnie bić. Uciskał jej klatkę piersiową i wdmuchiwał powietrze do płuc, a łzy jego strumieniami kapały na jej nieruchomą twarz. Niall z czołem przyciśniętym do klatki piersiowej Zayna krzyczał przeraźliwie, aby przyjaciel go nie opuszczał, aby zaczął oddychać. Zobaczyłam jak spod głowy Zayna wypływa ogromna kałuża czerwonej krwi. Chłopak miał szeroko otwarte, martwe oczy. Nie żył. Kiedy dobiegłam do Louisa padłam przy nim na kolana – Lou odezwij się do mnie, Louis, proszę otwórz oczy – wołałam przez łzy. Chłopak otworzył powieki i spojrzał na mnie, tymi samymi, okropnymi oczami co wczoraj na imprezie. Były zagubione, zamglone i wbite w jakiś daleki punkt, zupełnie jakby był na haju. Kiedy uśmiechnął się do mnie nietrzeźwo i kpiąco wiedziałam, że nic mu nie jest. Co najwyżej miał stłuczone kości i lekki wstrząs mózgu. Podniosłam wzrok i zaczęłam szukać jeszcze jednej ofiary wypadku, która leżała gdzieś samotnie. Harry. Zauważyłam go kilkanaście metrów dalej. To jego wyrzuciło najdalej. Chłopak leżał na brzuchu, podniósł głowę, jego twarz była cała zalana krwią. Wyciągnął do mnie ręce w błagalnym geście – Help me – wyszeptał, ale pomimo miastowego zgiełku doskonale słyszałam jego głos. Zerwałam się na równe nogi i chciałam do niego podbiec, ale Louis złapał mnie mocno za kostkę u nogi. Jak na ofiarę tak poważnego wypadku miał mnóstwo siły. Nie mogłam się ruszyć, chociaż kopałam i wyrywałam się rozpaczliwie – Puść mnie! Muszę mu pomóc! Słyszysz, Louis, zostaw mnie! – wołałam, a mój chłopak tylko uśmiechał się szatańsko. – Oliwia, proszę, pomóż mi – wyszeptał znowu Hazza, a moje serce pękało z każdą bezczynną sekundą. I nagle zza zakrętu wyjechał sporej wielkości Jeep. Jechał zbyt szybko, aby zauważyć leżącego na ulicy Harrego. Z pełną prędkością, nie hamując nawet przejechał po ciele mojego przyjaciela i odjechał. Krew rozprysnęła się wszędzie, chłopak nawet nie zdążył krzyknąć. – Nieee! – zawołałam rozpaczliwie, szarpnęłam mocno nogę uwalniając się z uścisku Louisa i upadłam na asfalt. Louis zaczął się śmiać. Jego śmiech był okropny. Nie zareagował tak dlatego, że był w szoku po śmierci przyjaciela. Śmiał się szczerze rozbawiony tym, że Harry nie żyje – Nie, proszę! Nie, Harry! – krzyczałam przeraźliwie, klęcząc na kolanach i wyciągając ręce do zmasakrowanego ciała przyjaciela, a śmiech mojego chłopaka przeszywał mnie boleśnie jak tysiące ostrzy – Nieeeeee! – zawołałam jeszcze raz i nagle ogarnęła mnie ciemność. Umarłam i trafiłam do bram piekieł.

Rozdział 139.

Wow, to było co najmniej… dziwne. Okej, muszę przyznać. Nie rozumiem facetów. Najpierw mnie pociesza, proponuje nocleg, a potem wychodzi bez słowa, zapewne na śmierć na mnie obrażony nie życząc mi nawet dobrej nocy. Zaskoczona reakcją mojego przyjaciela gaszę światło w kuchni i idę do salonu. Włączam telewizor i wyłączam wszystkie światła. Świetnie, nie ma tutaj ani koca, ani poduszki. To będzie idealna noc. Teoretycznie mogę zapukać do drzwi jakiegokolwiek z moich przyjaciół i od razu dostanę poduszkę i kołdrę. W praktyce wygląda to jednak tak, że każdy będzie mi chciał na siłę pomóc, porozmawiać i zaciągnąć mnie do swojego łóżka. Już chyba wolę marznąć. Kładę się na jednej z dwóch kanap i skulam. Moje ciało zaczynają przeszywać nieprzyjemne dreszcze. Inaczej ma się sprawa kiedy się ruszam, wtedy mogę zatrzymać odpowiednią temperaturę ciała. Gdy jednak leżę bezczynnie organizm wychładza się i zaczynam drżeć. Wszystko byłoby okej, gdyby nie ta cholerna grypa. Zaczynam popadać w całkowitą rozpacz, gdy po chwili słyszę jak zatrzaskują się cichutko drzwi któregoś z pokoju, a ktoś zaczyna kroczyć w moją stronę. Nie mogę niestety nikogo dostrzec w mroku, bo moje oczy naświetlone są od ekranu telewizora. Po chwili z ciemności wyłania się postać niosąca z sobą kilka poduszek, kołdry i koce. Nie widzę twarzy zza wysokiej kolumny pościeli, ale po długich nogach od razu mogę poznać kto przyszedł mi z pomocą. Harry. – Pomogę ci – powiedziałam i wstałam z swojej kanapy zabierając od chłopaka połowę niesionych przez niego rzeczy. Były tak ciężkie, że od razu rzuciłam je na wolną kanapę. – Co to jest? Po co zabrałeś z sobą tyle poduszek? – zapytałam, widząc ogromną kupę śnieżnobiałej pościeli – Nie lubię spać na jednej. Muszę mieć przynajmniej trzy, dlatego ich tyle przyniosłem – odpowiedział swobodnie – Przecież mówiłam ci, że będę spać w salonie – powiedziałam – Jasne, nie ma problemu. Są tutaj dwie kanapy, dla każdego po jednej. Zmieścimy się – uśmiechnął się szeroko – Co takiego? Nie ma mowy, Harry. Nie wygłupiaj się. Wracaj do siebie. – powiedziałam siadając na kanapie – A to dlaczego? Też chcę pooglądać telewizję. To także mój salon – odpowiedział, a ja wiedziałam, że tą bitwę przegrałam. – Jak zwykle, uparty jak osioł – wyszeptałam zgryźliwie – I vice versa – zaśmiał się Harry rzucając we mnie poduszką – Wstawaj, rozłożę twoje królewskie łoże – zażartował. Wstałam z kanapy, a Harry jednym ruchem sprawił, że powiększyła się dwukrotnie. Dostałam dwie poduszki, kołdrę i koc, na wypadek gdyby było mi zimno. Harry rozłożył swoją sofę, przesunął stolik który stał na środku pokoju w bok, a swoje łóżko dosunął do mojego, tak, że stykały się ze sobą – A teraz co robisz? – zapytałam wystawiając czubek nosa zza cieplutkiej kołdry – Stamtąd mam zły widok na telewizor. Nie lubię leżeć na wprost telewizora, wolę mieć go z boku. Tak mi wygodniej – wytłumaczył rzucając swoje pięć poduszek na łóżko – Ale teraz leżysz przede mną i ja nie będę niczego widzieć – powiedziałam – Sorry – zaśmiał się Hazza wzruszając ramionami i położył się na swoim łóżku. Lęgnął na brzuchu z głową zwróconą do telewizora. Oczywiście dobrze widziałam wiszący wysoko plazmowy ekran, ale nie bardzo mnie on interesował. Zamiast na nim skupiałam wzrok na leżącej przede mną postacią. Śledziłam każdy lok opadający na białą poduszkę, oraz to jak ciało Hazzy, okryte kołdrą do połowy pleców prawie niewidocznie unosiło się i opadało gdy spokojnie i głęboko oddychał. To dziwne, ale ten widok działał na mnie kojąco. Przez kilkadziesiąt ostatnich minut marzyłam o tym, żeby zgasły światła, a ja mogłabym popłakać sobie w samotności, teraz jednak nie mam na to najmniejszej ochoty. Myśli oczyściły się, a całą uwagę skupiłam nie na kłótni Lou, a na spokojnym ciele mojego przyjaciela. Po chwili chłopak odwrócił głowę w moją stronę, układając wygodnie policzek na poduszce patrzył mi w oczy – Miałeś oglądać telewizję – przypomniałam mu – Już pooglądałem. Nie leci nic ciekawego. Jak się czujesz? – zapytał z troską nie odrywając ode mnie wzroku – To dziwne, ale chyba dobrze. Poza tym, że pieką mnie dłonie – wyciągnęłam ręce spod kołdry i przyglądnęłam się im. Na opatrunku prawej dłoni, tej którą bardziej zadrapałam, widniała mała plamka krwi. – Daj, podmucham – uśmiechnął się chłopak. Chwycił moją prawą dłoń, przyjrzał się jej, po czym dmuchał na nią tak, jak to robią matki swoim małym dzieciom. Mimowolnie uśmiechnęłam się kręcąc głową. Mój uśmiech poszerzył się, kiedy Harry pocałował mnie delikatnie w opuszki trzech środkowych palców – I co lepiej, nie? Przyznaj, że nie boli. Mam usta które leczą. Jeśli kiedykolwiek będzie cię coś boleć to daj znać, a załatwię sprawę. – wyszeptał – Wiesz jak to działa? Boli cię ząbek, buziak w policzek i ból znika. Boli cię gardło, buźka w szyję i ból znika. Tak samo z sercem. Boli cię serduszko, daję ci buziaka w… – Dobra, dobra. Już wiem jak to działa, wariacie. Nie musisz mi tego tłumaczyć tak dobitnie. Czuję się świetnie już nic mnie nie boli – zaśmiałam się autentycznie rozbawiona tezą Harrego. – Fajnie widzieć, że znów się uśmiechasz – wyszeptał miło – Fajnie mieć w tobie znowu przyjaciela – odpowiedziałam – Zawsze nim byłem i zawsze będę – znów pocałował moją dłoń, po czym delikatnie, uważając aby nie sprawić mi bólu, splótł swoje palce z moimi i schował nasze dłonie pod kołdrą uśmiechając się porozumiewawczo. – Słabo wyglądasz, powinniśmy iść spać. Jutro będzie cały dzień na rozmowę. – powiedział przyjaciel – Masz rację, dobranoc. Dzięki, że jesteś ze mną – odpowiedziałam – Cała przyjemność po mojej stronie. Śpij dobrze – dodał i wyłączył telewizor. Ból w mojej prawej dłoni pulsował, ale dotyk Harrego rzeczywiście działał na mnie kojąco. Tak samo jak sama jego obecność. Zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby nie on nie przespałabym nawet jednej minuty tej nocy. Rzucałabym się niespokojnie po łóżku, a moje myśli byłyby czarniejsze niż otaczający mnie mrok. Wiem, że nie powinnam tak myśleć, ale cieszę się, że Hazza jest blisko. Trudno to wyjaśnić, ale czuję się przy nim bezpieczna. Mam pewność, że jeśli coś się stanie, mogę się zwrócić do niego nawet w środku nocy, a on na pewno mi pomoże. Uśmiecham się, a następnie zaciskam powieki i skupiłam się analizowaniu dzisiejszego dnia, a także na planowaniu następnego. Wnioski z dzisiaj; a) mój związek się rozpada; b) Louis nie jest sobą i traktuje mnie jak osobę gorszego gatunku; c) Harry poświęca mi swój cały wolny czas. Ostatni punkt odhaczam, jako ten, który powstrzymuje mnie przed wyskoczeniem przez okno. Pierwsze dwa nie wróżą niczego dobrego. Nie mamy dla siebie czasu, Louis praktycznie ze mną nie rozmawia, jeśli nie wliczać w to kłótni i nawet nie spaliśmy w jednym łóżku od kiedy tutaj jestem. Nasze pocałunki, wliczając te w policzek mogę policzyć na palcach jednej dłoni, praktycznie nie przytulaliśmy się do siebie, a czułe słówka ograniczyły się do: ‚Tęskniłem za tobą’ i ‚Ładnie wyglądasz’. Super. A co przyniesie jutro? Ile jeszcze scen w wykonaniu Louisa będę musiała znieść? A może znów powie mi, że go ograniczam i zerwie ze mną? Wzdrygam się na samą myśl. Co ja właściwie tutaj robię? Czuję się jak intruz, jak niechciany gość. Louis świetnie bawi się beze mnie, ba, ja mu nawet przeszkadzam w tej Nowojorskiej imprezie. Więc po co właściwie dalej tutaj jestem? Nie potrafię sobie sama odpowiedzieć na to pytanie. Ściskam mocniej palce Hazzy. Chłopak kciukiem gładzi wierzch mojej dłoni i szepce, że jest przy mnie i wszystko będzie w porządku. Jednak to co wpadło mi do głowy, nie sprawi, że będę się czuła ‚w porządku’. Rozum podpowiada mi najlepsze rozwiązanie, które zmusza mnie do uczepienia się Hazzy jak najmocniej. Rozwiązanie, które oznacza, że będę się musiała z nim rozstać. Z nim i resztą chłopaków. Nie mam zamiaru dłużej siedzieć tutaj, niechciana, na siłę. Wracam jutro do Londynu i poczekam jak na moje zniknięcie zareaguje Loui. Co ma być to będzie.
________________________________________
Dobry wieczór :D chciałam dodać ten rozdział
szybciej, ale nie było mnie wczoraj na laptopie
i dzisiaj sprawdzałam co tam słychać u naszych
oszołomów. A tu nagle BACH!
Liam z Danielle Jakoś zakuło mnie to, że Liam jest znowu z Dan, nic do niej nie mam, ale wolałam, gdy Liam był sam…
Perrie ma fioletowe włosy nie wygląda zbyt korzystnie, że to tak delikatnie ujmę, za to Malik jest jak zwykle przeboski!
Louis i Eleanor na zakupach hahha mój ulubiony hate:joke :P Jak pewnie wiecie darzę Eleanor średnią sympatią, ale ostatnio coraz bardziej szkoda mi Louisa ;( rozumiem, pośmieję się z niej na jakiś Polskim, nic nieznaczącym hatepagu, wyżyję się i tyle. Ale żeby od razu pisać do El, do Lou, albo do chłopaków… nigdy! Postawcie się na miejscu Lou. Ludzie hejtują El, wciskają mu, że ma być z Hazzą… paranoja! Jeśli mówię to już JA największy shipper Larrego to wiedzcie, że coś się dzieje:P
Niall uwięziony w taksówce w ogóle to szkoda mi Nialla, tylko on nie ma przyjaciółki;/ ale jest też pozytyw… patrzcie: Zayn z Perrie, Li z Dan, Lou z El, Hazza z Taylor, a Niall? z Edem Sheeranem! Jeżeli miałabym wybrać pomiędzy tą piątką [dziewczynami a Edkiem] też wybrałabym EDA! Piona Nialler! :D
Hazza na spacerku z Tylor Swift! Dlaczego wszyscy ich hejtują? Dobra, też poczułam ukłucie zazdrości, ale bez przesady. Przecież oni razem wyglądają tak słodko! Nie latają po sklepach, drogich pubach itp, itd… tylko spacerują i rozmawiają w ZOO! opiekują się małą Lux, oglądają zwierzaki. Wyglądają tak normalnie i szczęśliwe, aww, myślę, że nasz Hazz nie mógł lepiej trafić, a Taylor [oczywiście zaraz po Louisie] jest dla Hazzy najlepszym wyborem! Jest kasiasta, czyli nie leci na jego pieniądze, jest sławna, czyli nie próbuje się na nim wybić, a oprócz tego jest śliczna i naturalna! 3 razy na tak, dziękuję Tay, przechodzisz dalej:D
WOW, jeden dzień, tyle rewelacji.
Chcę zaznaczyć, że nie chciałam nikogo urazić tym
co napisałam wyżej. To tylko i wyłącznie moja
subiektywna ocena! Oczywiście możecie się
z nią nie zgadzać i mieć inne zdanie na ten temat :)

trzymajmy dzisiaj kciuki przez sen za naszych chłopców, którzy wystąpią dziś w nocy na legendarnej hali

Madison Square Garden w NYC :)

awww, jestem taka dumna! trzeba być naprawdę KIMŚ, żeby mieć tam koncert :) To pokazuje, jak nasze dzieciaki z Xfactora daleko zaszli:)

PS. WIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEELKIE buziaczki dla Was wszystkich
i dla tych krejzolek, które czytają mojego bloga od początku po kilka razy!

hahahaha wariatki! :**