Archiwum dla Luty, 2013

Little curly Hazza’s Birthday! ♥

 

Drogi, słodki Haroldziku! Życzę Ci wszystkiego co najlepsze:
szczęścia w miłości (najlepiej z Lou), burzy nieprostujących
się loków, żeby ‚paparuchy’ dali Ci wreszcie trochę prywatności,
oraz tego, czego życzę każdemu z chłopaków:

POZOSTAŃ FOREVER YOUNG!


co za radość! :D

niestety nie mam czasu napisać tej notki tak jakbym chciała,
jest godzina 00:31 jutro wyjeżdżam, a nie mam spakowanego
dosłownie NICZEGO! a co gorsza muszę jeszcze znaleźć coś
w co się będę mogła spakować… SŁODKO ;/ Dobrej nocki!

ps, poniżej znajduje się nowy, 160 rozdział ;)

Rozdział 160.

Wreszcie w domu! Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo tęskniłam za moim małym mieszkankiem. Porzucam walizki w przedpokoju i od razu kieruję się do sypialni. Opadam bezwładnie na łóżko, nawet się nie rozbierając. Ten lot to było coś okropnego… Kiedyś uwielbiałam latać samolotem, ale teraz to dla mnie prawdziwa katorga… I jakby tego było mało przez natrętny kaszel nie mogłam oddychać. Nawet pożądanie się nie wyleczyłam, a już złapałam kolejną chorobę. Która godzina? Widzę, że na zewnątrz jest ciemno, ale nie jestem w stanie stwierdzić czy świta, czy zmierzcha. Przeklęte strefy czasowe! Ech, to i tak wszystko nieważne. Pożegnanie z chłopakami w porównaniu do choroby, stref czasowych i mojej dezorientacji to mały pikuś. Lewie powstrzymywałam płacz, tak strasznie chciałam jeszcze z nimi zostać. Porozmawiać z Louisem, powygłupiać się z Zaynem, pośmiać się z Hazzą, pograć chińczyka z Niallem, Viki i Liamem… Niestety dobrze zdawałam sobie sprawę że to niemożliwe i muszę wracać do domu. Przez całą drogę na lotnisko miałam złe przeczucie, tak jakbym żegnała się z chłopakami nie na kilka tygodni, a na zawsze. Chociaż Lou zapewniał mnie, że będzie tęsknić i postara się wyrwać w któryś weekend, aby wpaść do mnie do Londynu, to ta obietnica wydawała mi się tylko pustymi słowami. Oczywiście chciałam jak najmocniej wierzyć w to, że będzie dobrze, ale tyle razy zawiodłam się na nim, że wolę nie robić sobie złudnych nadziei i nie czekać na każdy weekend jak na szpilkach. Że też jestem taką ciepłą kluchą i pesymistką! Powinnam myśleć pozytywnie, a nie zamartwiać się na zapas. Ale zanim zacznę pozytywne myślenie zdrzemnę się na chwilę…

Rano, albo popołudnie? Nie wiem. Nie wiem jak długo spałam, ale strasznie boli mnie kręgosłup. Niechętnie zwlekam się z łóżka kaszląc przeraźliwie i podchodzę do okna. Oczywiście pada. Idę do przedpokoju i szukam w leżącej na podłodze torebce telefonu, patrzę na czas i datę. Jest wtorkowe południe, chyba przespałam poniedziałek. Burczy mi w brzuchu, jestem taka głodna! Niestety, gdy zaglądam do lodówki widzę w niej pustkę. W zamrażalniku znajduję prehistoryczną zapiekankę, którą wrzucam do piekarnika. W czasie gdy mój prowizoryczny obiad się piecze mogę wziąć prysznic i przebrać się. Po prysznicu jakoś udało mi się trochę obudzić i zorientować w sytuacji. Przypominałam sobie też o mojej zapiekance i owinięta samym ręcznikiem pobiegłam do kuchni ratować swoje wykwintne danie. Po obiedzie, a raczej po zjedzeniu tego, co się nie przypaliło przeszłam przez wszystkie pomieszczenia mieszkania i stwierdziłam, że już dawno nie było tutaj tak brudno jak teraz, dlatego od razu wzięłam się za sprzątanie. Zmieniłam pościel i wytarłam wszystkie półeczki w sypialni. Wzięłam do ręki ramkę z zdjęciem z chłopakami, które zrobiliśmy sobie po ostatnim dniu kręcenia klipu do ich pierwszego singla. Dokładnie wypolerowałam szybkę uśmiechając się to twarzy moich chłopaków. Odłożyłam je ostrożnie na miejsce i podniosłam swoje ukochane zdjęcie, które wzbudziło we mnie skrajne emocje. Moje zdjęcie z Louisem, na którym dajemy sobie buziaka i na którym Lou narysował duże serce i napisał dedykację czarnym markerem – Na zawsze w moim serduszku marcheweczko – przeczytałam na głos koślawe litery. Uśmiecham się szeroko, delikatnie przesuwając opuszkami palców po sylwetce mojego chłopaka. Do moich oczów napływają łzy, widzieliśmy się kilkanaście godzin temu, a już tak strasznie mi go brakuje. Staram się jakoś ogarnąć i z trudem odkładam ramkę na miejsce. Biorę się w garść, przede mną znienawidzona przeze mnie łazienka, która sama się nie wysprząta. Gdy po kilku godzinach stwierdzam, że mieszkanie jest wyczyszczone na błysk i wyruszam na zakupy na miasto. Muszę kupić coś do jedzenia i jakiś syrop na kaszel, bo inaczej wypluję sobie płuca. Ubieram się bardzo ciepło. Zakładam zimowy płaszcz, szalik, czapkę i ciepłe ugi. Po dziesięciu minutach poszukiwań znalazłam w jednej z szuflad w komodzie kluczyki do samochodu, prawo jazdy i dowód rejestracyjny; czyli wszystko co jest mi niezbędne do jazdy. Zamykam mieszkanie i udają się na podziemny parking, na którym stoi moje auto. Gdy do niego wsiadam z przykrością stwierdzam, że i ono jest bardzo zaniedbane i obiecuję sobie, że w drodze powrotnej pojadę na myjnię.

Kupiłam same niezbędne rzeczy, żadnych głupot, a i tak pani przy kasie podała mi kwotę prawie dwustu funtów do zapłacenia… Z bólem serca podałam jej moją kartę płatniczą i drżącymi palcami wystukałam pin. Właśnie, dlaczego drżą mi dłonie? I dlaczego czuję się taka wykończona? Nie spieszyłam się i robiłam zakupy bardzo powoli, a i tak zdyszałam się jak po maratonie. Pomimo tego, że od razu po wejściu do sklepu rozebrałam się i zostałam w samym sweterku to spociłam się jak po sesji na siłowni. Moje przemyślenia przerywa głos kasjerki, która dziękując mi za zakupy oddała kartę. Odeszłam z swoim wózkiem na bok i ubrałam się szczelnie. Po wyjściu na parking dopadł mnie atak zimnicy. Czułam się jakbym wyszła z sauny do jakiegoś iglo. Trzęsąc się z zimna wrzuciłam zakupy do bagażnika i wskoczyłam do samochodu. Włączyłam ogrzewanie na pełną moc i dostałam ataku kaszlu. Nie mogłam złapać oddechu, a klatka piersiowa i gardło bardzo mnie bolały. Nie to było jednak najgorsze. Gdy odsunęłam dłoń od ust zobaczyłam na niej czerwone kropki krwi, a w ustach miałam metaliczny jej posmak. Świetnie, mama mnie zabije, pomyślałam. Od razu jednak zaczęłam trzeźwo oceniać sytuację. Z mojego przełyku leci krew i zdanie mojej mamy to teraz ostatnia rzecz jaką mam się teraz martwić. Gdy atak przeszedł mi na tyle, że mogłam prowadzić samochód od razu pojechałam na pogotowie. Nienawidzę szpitali… Wiadomo jednak, że Wielka Brytania ma najlepszą służbę zdrowia na świecie więc nie było tak źle. Gdy opowiedziałam o moich dolegliwościach lekarze od razu przyjęli mnie na badania, a po pół godziny wydali wyrok; powikłania niedoleczonej grypy, ostre zapalenie płuc i oskrzeli. Krew była na szczęście tylko skutkiem ubocznym zdartego gardła. Ale to dla mnie żadne pocieszenie. Dostałam receptę na kolejną dawkę ogłupiających antybiotyków i zalecenie, aby siedzieć w domu, nie wychodzić, nie przepracowywać się, nie jeść nic twardego, gorącego ani zimnego. Najlepiej nie robić nic tylko leżeć i gapić się w sufit. Wsiadam do samochodu trzaskając mocno drzwiami. Jestem wściekła, niepocieszona i zła sama na siebie, że tak załatwiłam się przez głupi szyberdach w limuzynie i lodowaty szampan, który piliśmy prosto z butelki. Przepyszny, lodowaty szampan, stwierdzam po chwili. Jak wariatka uśmiecham się sama do siebie szeroko. E tam, było warto spędzić tak szaloną noc z moimi najlepszymi przyjaciółmi nawet za cenę zapalenia płuc. Oglądam się na bok i widzę, że w samochodzie obok siedzi mężczyzna i uważnie mi się przygląda. Pewnie pomyślał, że mam nie równo pod sufitem. Zbieram się stąd, zanim wezwie pielęgniarzy z kaftanem bezpieczeństwa. Zapalam silnik i odjeżdżam z piskiem opon. Im dłużej myślę o zaleceniach lekarza, tym bardziej jestem przekonana, że nie oprócz brania antybiotyków nie będę się do nich stosować. Muszę wreszcie iść do szkoły.
____________________________________________
Hello! :D Dziś wyszłam z domu o 10.00
i dopiero teraz wróciłam do domu (jest 23.55)
dlatego przepraszam, że nie wstawiłam
wcześniej rozdziału :)

Jutro wybieram się do gór na narty na cztery
dni i jeśli dopadnę tam internet postaram się
coś dla Was napisać.

jak wspominałam nie było mnie calutki dzień
w domu dlatego mam teraz OGROMNY WTF?!

BIEBER W POLSCE!!!!

aaaaaaaaaaa toż to prawdziwy czad! Dir, zbieraj
kasiorę i rezerwuj u żuli ławkę w jakimś parku! :D
Lecimy na Biebera! :D Na moją korzyść działa to,
że Biebs występuje 25.03, a ja mam urodziny cztery
dni wcześniej – mam więc pretekst na dostanie
tego biletu za free! :D Właśnie Dir! Co za zbieg
okoliczności, ostatnio też byłam w górach jak zaczęła
się sprzedaż biletów na TMH w Berlinie ;) Zobaczymy
jakimi cenami zabije nas Justin…

:*