Archiwum dla Marzec, 2013

Rozdział 173.

- O mój Boże! Oliwia! Oliwia!! Słyszysz mnie?! Żyjesz?! OLIWIA!!! – usłyszałam jakieś krzyki i dźwięk stukania o szybę. A raczej walenia w nią. Otworzyłam oczy i podniosłam czoło z kierownicy. Dlaczego spałam w aucie? Och, czuję jakbym dostała kijem baseballowym w brzuch. Przypomniałam sobie o wszystkim co działo się wczoraj i ta myśl działa na mnie przytłaczająco, chcę znowu zasnąć! – Oliwia do cholery odezwij się do mnie! Jesteś ranna?! – głos przyjaciółki przywrócił mnie do życia. Otworzyłam zablokowane drzwi, a Viki rzuciła się na mnie przytulając mnie mocno – Ty wariatko, tak się bałam, że nie żyjesz. Już chciałam wzywać pogotowie. Pukałam do drzwi twojego mieszkania, wszędzie cię szukałam! Wszyscy odchodzimy od zmysłów!! Chłopaki chodzą po ścianach ze stresu! Co się stało? Co tutaj robisz? Co z twoim samochodem? – zasypała mnie lawiną pytań.

- Źle wymierzyłam ilość miejsca parkingowego i uderzyłam w słup. Musiałam tutaj zasnąć, zmęczona po podróży, ale wszystko jest okej – wyjaśniłam oględnie.

- A jak się czujesz? Dzwonił do mnie Liam… Wiem o wszystkim. – powiedziała ostrożnie. Kolejny cios baseballowym kijem w brzuch.

- Czuję się jak po porzuceniu przez faceta. Jest mi przykro i smutno – starałam się wypaść obojętnie, aby nie obarczać Viki moimi problemami, chociaż tak naprawdę miałam ochotę wypłakać się w jej rękaw. Przyjaciółka spojrzała na mnie podejrzliwie

- Jest ci przykro i smutno? Emm, Oliwia, wiesz, że możesz być ze mną szczera – przypomniała mi

- Tak, jest mi przykro i smutno. Nie chcę o tym rozmawiać, jestem zmęczona. Proszę – powiedziałam, a Viki przytaknęła skinieniem głowy

- Okej, więc chodźmy do ciebie. Chyba, że masz zamiar zamieszkać w tym samochodzie – starała się rozładować atmosferę.

- To kuszące, ale muszę wziąć prysznic. Chodźmy.

- Fajne Ray Bany – pochwaliła moje okulary

- Hazza mi pożyczył, ale raczej mu ich nie oddam. Też mi się podobają – odpowiedziałam. Byłam z siebie bardzo zadowolona, bo wypadłam przekonywająco. Viktoria uwierzyła w moje zmęczenie i obojętność po zerwaniu z L.. To duży pozytyw, nie muszę opowiadać, a tym samym przeżywać tego wszystkiego na nowo, ani sprawiać, by i jej było przykro z mojego powodu.

 

- Oliwia, gdzie twój telefon?!! – zawołała przyjaciółka stojąc pod drzwiami łazienki, gdy brałam prysznic. Otworzyłam drzwi w kabinie.

- W tej czarnej torbie, a co?! – odpowiedziałam również krzykiem, aby mnie dosłyszała

- Mogę sobie sprawdzić jeden numer?!

- Jasne!!

- Dzięki!!! – zawołała. Parsknęłam śmiechem pod nosem, ta dziewczyna zawsze potrafi poprawić mi humor. Spłukuję resztę piany z włosów i wychodzę z kabiny. Wycieram się dokładnie ręcznikiem i zakładam czyste ciuchy. Staram się na razie nie myśleć o L., aby nie załamywać się przy Viki i nawet mi to wychodzi. Cieszę się, że jestem w stanie kontrolować natrętne myśli i umysł. Głęboki wdech i wychodzę z łazienki w miarę z naturalną miną.

- I co? Sprawdziłaś ten numer? – zapytałam wchodząc do kuchni. Viki siedziała na blacie kuchennym i klikała coś na moim telefonie

- Nie… e. Tak, nie masz go.- odpowiedziała wymijająco – Ale masz kilkanaście nieodebranych połączeń i smsów. To pewnie chłopcy. – powiadomiła mnie.

- Yhym, potem się z nimi skontaktuję. – odpowiedziałam, a serce podskoczyło mi do gardła. Czy dzwonił też L.? Może zapomniał czegoś dodać? Może jestem mu winna jakieś pieniądze, albo ma u mnie swoje rzeczy? Przeczesuję pamięć i ku wielkiemu rozczarowaniu nie znajduję żadnego powodu dla którego mógłby chcieć ze mną rozmawiać. Poczułam ogromny ciężar naciskający na moją klatkę piersiową.

- Chyba kupie sobie iPhone. Ma fajniejsze aplikacje niż Blackberry. – przyjaciółka wyrwała mnie z przemyśleń. Ciężar zniknął. Dobrze, że się odezwała inaczej załamałabym się i cały mój plan oraz starania w udawaniu obojętnej poszłyby na marne. – Zrobiłam ci obiad. A dokładniej kanapki z serem, sałatą i keczupem, bo tylko to znalazłam w twojej lodówce. – dodała nie odrywając wzroku od telefonu. Spojrzałam na stół, na którym stał talerz i starannie przygotowanymi kanapkami i dwa kubki herbaty.

- Dziękuję, nie musiałaś tego robić. Prawdę mówiąc nie jestem głodna… – powiedziałam

- Kiedy jadłaś ostatni posiłek? – zapytała. Musiałam się chwilę nad tym zastanowić. Ostatnio jadłam płatki na śniadanie. Trzy dni temu, rano.

- Niedawno. Poza tym piłam też kawę, a wiesz, że ona zaspakaja głód – wymyśliłam na szybko jakąś wymówkę

- Kanapki z serem również zaspokajają głód. Smacznego – przyjaciółka spiorunowała mnie wzrokiem. Następnie spojrzała na mnie łagodniej, zeskoczyła z blatu i poprowadziła mnie do stołu jak małe dziecko na co przewróciłam oczami – Wiem, że kanapki to ostatnia rzecz o jakiej teraz myślisz, ale musisz coś zjeść inaczej zaraz zemdlejesz. Chodź, zjem z tobą. – mówiła do mnie jak do małego dziecka. Dałam za wygraną.

- Okej. Zjedzmy coś. – Usiadłyśmy przy stole. Najgorszy był pierwszy kęs, kiedy już go przełknęłam zrozumiałam jak głodna jestem. Pomalutku, aby nie zdradzić się przed Viki zaczęłam jeść kromkę za kromką, ku jej ogromnej uciesze. Przyjaciółka o nic mnie nie wypytywała za co byłam jej ogromnie wdzięczna. Wspomniała tylko, że jeśli będę chciała pogadać jest do mojej dyspozycji o każdej porze dnia i nocy.

- Viki, dzięki za wszystko, nie zrozum mnie źle… Ale jestem zmęczona. Chciałabym się położyć…

- Jasne! Nie ma żadnego problemu, już się zmywam. Wpadnę jutro zobaczyć jak się trzymasz. Myślałam, że będzie z tobą gorzej, Liam opowiedział mi wszystko ze szczegółami i ja po takich słowach kompletnie bym się załamała. A ty? Jesteś taka silna! Zazdroszczę ci! – jak zwykle Viki ma niewyparzony język. Zrobiłam wielkie oczy, poczułam ucisk w gardle, a oczy zapiekły mnie okropnie. Trzymaj się, trzymaj. Jeszcze kilka sekund. Przybrałam naturalny wyraz twarzy, a nawet zdobyłam się na lekki uśmiech.

- Polskie geny. Nasz naród jest niezniszczalny – odpowiedziałam, trochę łamał mi się głos, ale odchrząknęłam, udając, że to chrypka po niedawno przebytej chorobie.

- Niezniszczalny i mega urodziwy! Zobaczysz Oli ile facetów będzie się za tobą uganiać, teraz gdy jesteś wolna! – to miał być komplement, ale przyjaciółka nieświadomie znowu przyprawiła mnie o szybszy oddech i palpitacje serca. Uśmiechnęłam się krzywo. – Cholera, zadzwoń do chłopaków i powiedz, że żyjesz. Oni mnie zabiją, miałam im dać znać od razu jak cię znajdę! Dobra, idę już. Do zobaczenia! Zadzwoń do nich – cmoknęła mnie w policzek.

- Zadzwonię! Dzięki za wszystko Viki, pa! – odprowadziłam ją do drzwi, a potem zamknęłam je na zamek. Nie będę dzisiaj nigdzie wychodzić, ani nikogo wpuszczać do środka. Wracam do kuchni, aby wrzucić talerze do zlewu. Iphone na blacie! Od razu sprawdzam połączenia. Cholera, mam kłopoty, lista nieodebranych połączeń i smsów jest ogromna. Biorę głęboki oddech i sprawdzam listę połączeń…
__________________________________________
helou :) miałam napisać ten rozdział
już wczoraj, ale zaraz po pracy,
spontanicznie wyskoczyłam na siłownię
z koleżanką, a gdy z niej wróciłam
przyjechał mój love i już nie było
kiedy włączyć komputera :)

Dziś mam okropny dzień!! UGH!!!
Pamiętacie małego Larrego o którym
wspominałam pod rozdziałem w
zeszłym miesiącu?? Przyszedł dziś do
mnie do pracy razem z swoją troszkę
starszą siostrą (nazwijmy ją umownie
Taylor) i z swoją mamuśką, a moją
przyszłą szwagierką. I pani mamuśka
mi gada, że idzie do fryzjera a Larry
i Taylor mają u mnie zostać!! Co za
bezczelność, nawet nie zapytała czy
ich przypilnuję!! Zawrzało we mnie…
Muszę dodać, że dzieciaki oczywiście
przyszły z czipsami i rozsypywały
je po mojej świeżo umytej, błyszczącej
czystością podłodze. KOSZMAR!
Mała Tay postanowiła, że mam jej
zrobić warkoczyki. W takcie, gdy
plotłam jej warkoczyki mały Larry
schował się za półką i zaczął cisnąć
kupe w spodnie, bo oduczają go
korzystania z pieluszek… Jakby tego
było mało to na końcu zlał się na
podłogę!!!!!! bleeaaaaaah! To nie
moje dzieci czemu muszę za nimi
sprzątać??? Ale jestem wkurzona!
A mamuśka przyszła, pozbierała
dzieciaki i poszła. Gdy tak o niej
myślę, to widzę w niej dużo cech mojej
Gemmy z opowiadania, obie są tak
samo, że tak delikatnie powiem mało
inteligentne no. Jeszcze dziś urodziny
mojej przyszłej teściowej czyli znowu
muszę oglądać ‚Gemme’ . Ech, no nic,
idę umyć podłogę. fuj…

miłego dnia, przynajmniej dla Was :*

Rozdział 172.

Zamrugałam szybko, opuszczając wzrok, aby Hazza nie zobaczył w nim wahania. Jestem cholerną egoistką, nie mogę go o to prosić! Znowu zachowuję się, jakby był moją chusteczką higieniczną na słabsze dni. Jestem taka samolubna!

- Wszystko okej? – zapytał Hazza, a ja przytuliłam go w obawie, że poprosi, abym podniosła wzrok, z którego można czytać jak z otwartej książki.

- Tak, okej. Dam sobie radę – mówię najpewniejszym głosem na jaki mnie teraz stać

- Wiem, ale wolałbym być przy tobie. Chociaż na trzy dni, proszę cię, Oli – powiedział półgłosem, niemal błagalnie. Moje serce ścisnęło się boleśnie, to ja proszę, Harry, poleć ze mną.

- Na prawdę nie ma takiej potrzeby. W razie problemów będę dzwonić – odpowiedziałam jakoś przełykając gulę w gardle

- Niech będzie. – odpowiedział i odsunął się ode mnie, aby spojrzeć mi w oczy – Olii… ale my nie żegnamy się na zawsze, co? Nie zerwiesz z nami kontaktów przez Louisa? – zapytał niepewnie, a ja pokręciłam przecząco głową – Przyjaciele? – zapytał

- Przyjaciele – odpowiedziałam, a chłopak jeszcze raz wziął mnie w ramiona

- … Oliwia Salkin proszona o podejście do terminala numer trzy… – ogłosiła pani przez głośniki

- Cholera, spóźnię się na samolot! – odskoczyłam od Hazzy – Jeszcze raz dzięki za wszystko, uściskaj ode mnie chłopaków – dodałam ściskając jego dłoń

- Trzymaj się i dzwoń z każdym problemem. Będę tęsknić – powiedział chłopak

- Ja za tobą też. Dziękuję za wszystko – uśmiechnęłam się lekko i puszczając dłoń przyjaciela podbiegłam do swojego terminalu.

 

Siedzę na wygodnym fotelu w przedziale pierwszej klasy. Wydaje się, jakbym spędziła w samolocie co najmniej kilka godzin, a dopiero co wystartowaliśmy. Po czterokrotnym zapytaniu stewardess, czy wszystko jest okej prosiłam o chwilę spokoju i upewniłam, że jeśli czegoś będę potrzebować to zawołam. Swoje złe samopoczucie i spuchnięte oczy wytłumaczyłam alergią na pyłki, w co ku mojej ogromnej uciesze uwierzyły. Zakładam ciemne okulary Hazzy, które zapomniałam mu oddać: kolejne dwieście funtów do dopisania na liście długów. W moich oczach stają piekące łzy. Zamykam je chcąc sobie troszkę ulżyć i opieram głowę o zagłówek. Starałam się być spokojna i opanowana, ale wewnątrz każda komórka ciała krzyczy rozpaczliwie. Całe moje wnętrze płonie żywym ogniem, pochłaniając po kolei wszystkie narządy wewnętrzne. Żołądek, który ściska się mocno. Płuca, które zatraciły regularny rytm i z trudem przyjmują życiodajny tlen. I ostatni kawałeczek serca, który nie został przy Louisie, ledwie bije pompując boleśnie gorącą krew do moich żył. Jestem żywym wrakiem, pustą skorupą, której najważniejsza część życia zniknęła bezpowrotnie. Bez NIEGO niema mnie.

 

Lądujemy, wreszcie lądujemy! To była najgorsza podróż mojego życia, nie zmrużyłam oka, chociaż tak naprawdę jestem wykończona. Wychodzę z samolotu ciesząc się, że nie muszę czekać na bagaż i od razu kieruję się na parking, do swojego samochodu. Wiem, że nie powinnam prowadzić w takim stanie. Jestem nieobecna, zdezorientowana i nie mogę się na niczym skupić, ale nie mam wyboru. Przekręcam kluczyk w stacyjce i poprawiam okulary na nosie. Muszę być silna. Przy pierwszej próbie wyjechania z miejsca parkingowego samochód pod wpływem zbyt mocnego nacisku na pedał gazu wydał z siebie głośny ryk i zgasł. Uderzam w złości pięścią w kierownicę, jestem poirytowana. Nerwowo odpalam znów samochód, robię dwa głębsze wdechy i wciskając delikatnie gaz wyjeżdżam z parkingu i włączam się do ruchu drogowego. Nie jest źle, ale muszę skupiać się z całych sił na tym, co dzieje się dokoła mnie. To nawet dobry sposób, na wyrzucenie Lou z mojej głowy, chociaż samo wspomnienie jego imienia sprawia, że na mojej twarzy pojawia się grymas, serce zaczyna szybciej bić, a oddech staje się nierówny i płytki. Łapię się na tym, że znowu jestem myślami wszędzie, tylko nie na drodze i z piskiem opon hamuję na skrzyżowaniu przed czerwonym światłem. To działa na mnie orzeźwiająco i oczyszcza mój umysł. Nagły skok adrenaliny sprawia mi przyjemność i ulgę. Czuję się… lepiej. Gdy tylko światła zmieniają się na zielone ruszam przed siebie z piskiem opon. Zawsze byłam zwolenniczką zapinania pasów i bezpiecznej jazdy, ale teraz w sumie nie mam niczego do stracenia. Szaleńcza jazda sprawia mi frajdę i odciąga myśli od najciemniejszej strony umysłu i L. którego imienia nie chcę już wspominać. Jadę do domu najdłuższą drogą jaką znam, bojąc się, że obojętność moich myśli odejdzie wraz z wyłączeniem silnika. Niestety nawet najdłuższa droga kiedyś ma swój kres i w końcu staję przed bramą na moje osiedle. Korzystając z pilota otwieram ją i wykorzystując ostatnie chwile za kierownicą wciskam gaz i z pełną prędkością wjeżdżam na podziemny parking, aby zaparkować samochód. Nawierzchnia w garażu jest śliska, dobrze o tym wiem. Wykorzystuję to, że jest praktycznie pusty, bo o tej porze wszyscy są w pracy. Rozpędzam się i zaciągam ręczny. Opony samochodu zaczynają piszczeć i wykonuje on pełen obrót. To skrajnie nieodpowiedzialne z mojej strony, ale sprawia mi wielki ubaw. Wykonuje ten manewr kilkukrotnie, adrenalina buzuje, gdy maska mojego auta obraca się kilka centymetrów od samochodu sąsiada, albo od betonowego filaru. Wrzucam wsteczny bieg i cofam autem do wjazdu garażu, aby nabrać jak największej prędkości przed następnym driftem. Wciskam gaz do dechy by po chwili zaciągnąć ręczny hamulec. Auto zaczyna wirować szybciej niż się spodziewałam, zupełnie straciłam nad nim panowanie. Staram się uratować sytuację, szybko zwalniam ręczny i dodaję gazu, aby wyprostować tor jazdy. Obok licznika świeci wielki, pomarańczowy napis ESP, co oznacza, że moje BMW również stara się przywrócić samochód na właściwą trasę. Obracam głowę w lewą stronę, następnie szybko w prawo, puszczam kierownicę i zasłaniam twarz rękami przygotowując się na spotkanie z betonowym słupem i zapewne odłamkami szyby. Wpadam na niego tyłem, ze strony pasażera. Samochód nie zatrzymuje się tylko jedzie kawałek do przodu, co wywołuje okropny dźwięk darcia metalu. Cały lewy bok samochodu ociera się na słup, na końcu odrywa się lusterko, które z hukiem ląduje przed maską. Gdy już stoję w miejscu otwieram szeroko oczy. Co ja nabiłam? Adrenalina opada, a ja czuję jak wiotczeją mi wszystkie mięśnie. Nie mogę się poruszyć, a przed oczami staje mi L. który powtarza mi, że jestem beznadziejna. Masz rację skarbie, myślę. Rzeczywiście jestem zerem, przyznaję mu rację, a moje oczy wypełniają się łzami. Opieram czoło o kierownicę i zaczynam łkać na głos. Dlaczego łzy nie przynoszą ulgi? Dlaczego rozwaliłam samochód? Dlaczego L. mnie zostawił? Ach tak. Bo jestem beznadziejna.
__________________________________
OSTRZEŻENIE:

przed Wami kilka(naście?) smutnych i
dołujących rozdziałów, które powodują
zły humor, samopoczucie i ogólne
rozdrażnienie. Odczucia te dodatkowo
potęguje pogoda za oknem. W razie
jakichkolwiek myśli samobójczych lub
innych chęci trwałego okaleczenia ciała
proszę o naciśnięcie czerwonego krzyżyka
w prawym górnym rogu i skontaktowanie
się z lekarzem lub farmaceutą, dziękuję :P

hahaha :D buziaki i proszę się nie ciąć, MAMY WEEKEND, a wszystko się ułoży! :*

Rozdział 171.

Chyba dobrze znał to miejsce, bo bez zawahania szedł przed siebie, aż doszliśmy do uśmiechniętej pani za ladą. Była piękną, opaloną brunetką, z wielkimi ustami i błękitnymi oczami. Miała co najwyżej dwadzieścia kilka lat.

- Dzień dobry. Pan Styles i pani Salkin, zgadza się?- przywitała nas miło

- Tak – odpowiedział Hazza

- W czym mogę pomóc? – zapytała. Podniosłam głowę, widać było, że dziewczyna była oczarowana Harrym. Uśmiechała się do niego pięknie, na mnie nie zwracając nawet uwagi. I dobrze, nie chcę, aby ktokolwiek teraz zwracał na mnie uwagę.

- Potrzebujemy biletu na lot do Londynu. Jak najszybciej – wyjaśnił.

- Jakiej klasy? – zapytała.

- Obojętnie, najlepiej business. To bardzo ważne – odpowiedział pięknym głosem.

- Mają państwo szczęście, najbliższy lot do Wielkiej Brytanii jest za niecałą godzinę, odprawa już się zaczęła. Mamy miejsca w klasie ekonomicznej… dokładnie jedno i… dwa w klasie business. – powiedziała kobieta spoglądając na monitor komputera.

- Są dwa miejsca, jesteś pewna, że nie mam lecieć z tobą? – zapytał mnie Hazza

- Nie, naprawdę nie ma takiej potrzeby. Zostań i podbijcie razem z chłopakami Amerykę – zdobyłam się na uśmiech

- Ale jesteś uparta… Dobrze, więc proszę jeden bilet do Londynu w business klasie na nazwisko Salkin – powiedział chłopak

- Jakieś bagaże? – zapytała kobieta głośno stukając w klawiaturę i sczytując dane z mojego paszportu

- Tylko torba podróżna – odpowiedział Hazza. Czułam się jak dziecko w przedszkolu, ale byłam wdzięczna Harremu, że nie muszę sama załatwiać tych wszystkich formalności. Zaczęłam szukać w torebce portfela, aby zapłacić, ale przyjaciel wyprzedził mnie wyciągając kartę płatniczą z tylnej kieszeni swoich spodni.

- Sama za siebie zapłacę – zaprotestowałam

- Przestań, oddasz przy okazji – odpowiedział zupełnie mnie olewając i podał swoją kartę dziewczynie za ladą uśmiechając się do niej pięknie.

- Cholerny uparciuch – zirytowałam się i założyłam ręce na piersi. Pracownica lotniska podniosła wzrok zza monitora i spojrzała na mnie wściekłym wzrokiem, który prawie krzyczał na mnie: „Jak możesz się tak odzywać do mojego BOGA?!” Po chwili jednak zamrugała szybko i wróciła speszona do swojej pracy.

- Proszę bardzo, bilet Nowy York : Londyn na godzinę 16:30, klasa biznes, na panią Oliwie Salkin. Można sobie przejść do kawiarenki. Jeśli nie ma bagażu wystarczy wstawić się na ostatnich bramkach dwadzieścia minut przed wylotem – poinformowała.

- Dziękujemy – odpowiedział Harry

- Panie Styles…? – brunetka odezwała się nieśmiało, gdy już odchodziliśmy.

- Tak?

- Mogłabym zrobić sobie z panem zdjęcie? – zapytała

- Jasne – odparł Hazza. Dziewczyna nachyliła się zza swojego biurka, Harry objął ją i zrobili sobie szybką fotkę z ręki.

- Dziękuję

- Nie ma sprawy – odpowiedział Hazza. Jedną ręką objął mnie w pasie, a drugą złapał moją torbę i ruszyliśmy dalej.

- Proszę przekazać Niallowi, że jest najlepszy! – zawołała za nami brunetka

- Jasne, dzięki! – zawołał uśmiechnięty Harry. Muszę przyznać, że nawet mnie ta uwaga doprowadziła do uśmiechu, cieszę się, że dziewczyny doceniają talent blondasa.

- Od razu lepiej ci z uśmiechem. Tylko jeszcze ściągnij te czarne okulary, wyglądasz jak super gwiazda, jeszcze ktoś podbiegnie po autograf – powiedział ściągając mi z nosa Ray Bany, które przewiesił na mojej bluzie przy szyi

- Taa, jasne. Super gwiazda z spuchniętymi oczami i w dresie – prychnęłam.

- Ej ja chodzę w dresie, a jestem super gwiazdą – zauważył od razu chłopak

- Jaka tam z ciebie gwiazda… – przekomarzałam się z nim

- Najjaśniejsza! – wyszczerzył zęby w uśmiechu na który nie mogłam zostać obojętna – Napijesz się kawy? – zapytał. Co prawda miałam ściśnięty żołądek i nie wyobrażałam sobie, ża cokolwiek może się do niego zmieścić, ale tak krótka wymiana zdań z Lou pozbawiła mnie wszelkiej energii, więc kofeina w kawie wydawała się być baaardzo kusząca

- Z chęcią, ale pod warunkiem, że ja ją kupię. Mam już u ciebie tak ogromny dług, że chociaż za to chciałabym zapłacić. – oznajmiłam podchodząc z Hazzą do stolika

- Normalnie bym się zgodził, ale nazwałaś mnie cholernym uparciuchem, więc muszę robić wszystko, aby utrzymać ten zaszczytny tytuł. Dlatego odpowiedź brzmi nie – wzruszył ramionami uśmiechając się łobuzersko – Duża biała z szczyptą wanilii i jedną łyżeczką cukru, tak? – to brzmiało bardziej jak zdanie niż pytanie

- Osioł to przy tobie wzór posłuszeństwa… – przewróciłam oczami

- Zaraz wracam – odpowiedział głuchy na moje oszczerstwa. Po chwili wrócił z dwoma kubkami gorącej kawy

- Dziękuję. Podasz mi proszę twój numer konta i dane do przelewu? Chcę wysłać ci pieniądze zaraz po powrocie do domu – chłopak pociągnął łyk kawy nie odrywając ode mnie wzroku

- Nie chcę od ciebie żadnych pieniędzy. Potraktujmy to jak przysługę. Ja pomagam tobie w potrzebie, a kiedy ja będę potrzebował pomocy ty pomożesz mnie. – powiedział

- Przysługa za kilka tysięcy funtów? Nie, dziękuję. – zapytałam marszcząc brwi

- Dlaczego nie? – zapytał zdziwiony, tak jakbyśmy mówili o kwocie równej kubka kawy

- Pieniądze to nie przysługa. One były tylko pożyczone, dlatego proszę cię daj mi te dane. Przysługą dla mnie jest to, że pomogłeś mi zdobyć bilet tutaj, że przyjechałeś ze mną na lotnisko, stanąłeś w mojej obronie… Swoją drogą trochę dużo tego, nie wiem jak będę ci się mogła odwdzięczyć – zauważyłam

- Spoko, chyba nie muszę ci przypominać kto siedział przez pół godziny na zimnej podłodze przed moją garderobą, żeby ze mną pogadać – przypomniał mi Harry krzywiąc się

- To za to, że zostawiłam cię kiedyś samego na drodze, trzydzieści kilometrów od domu, w deszczu, bez telefonu. – przypomniałam mu

- Należało mi się, za ten mój idiotyczny komentarz. Dobra Oli, przestańmy się przerzucać przysługami. Nie chcę od ciebie żadnych pieniędzy. One nic dla mnie nie znaczą, skoro stać mnie na taką pomoc dla ciebie to proszę przyjmij ją bez marudzenia, dobrze? – zapytał miękko spoglądając na mnie spod opadających na czoło loków.

- Nie. – odpowiedziałam – I nie czaruj tymi zielonymi oczkami. To nie działa.

- Cholerny uparciuch – skomentował Hazza cytując mnie, na co uśmiechnęłam się pod nosem

- Wrócimy do tego później. Powiedz mi lepiej jak się czujesz? Znam cię. Wiem, że na zewnątrz się uśmiechasz i swobodnie ze mną rozmawiasz, jednak wewnątrz już nie jest tak kolorowo – powiedział Harry. Ma mnie. Przełknęłam cichutko ślinę i napiłam się kawy, chcąc usunąć kluskę rosnącą w moim gardle. – Słuchaj Oli, wiem, że teraz jest ci ciężko. Nie pomyśl, że chcę jakoś usprawiedliwić Louisa… – na dźwięk jego imienia serce podskoczyło mi do gardła – …nadal mam ochotę wybić mu wszystkie zęby, ale chcę po prostu naświetlić ci tą sytuację. Osoba z którą rozmawiałaś kilkadziesiąt minut temu to nie ten sam chłopak, którego ja poznałem na kastingach do Xfactora, a ty podczas kręcenia teledysku. To nie był nasz Lou… Gdzieś wewnątrz nadal jest sobą, ale teraz przemawiają przez niego narkotyki. On jest ćpunem, brutalnie mówiąc. Zwolnimy Andiego i postaramy się wyciągnąć go z tego bagna. Nie miej mu tego za złe, gdyby nie był odurzony nigdy by się tak do ciebie nie odezwał.

- Nie Harry, to nie prawda. L… to znaczy… On ma rację. Powiedział tylko to o czym wszyscy bardzo dobrze wiedzieliśmy od dawna. Może przez narkotyki zrobił to bardziej brutalnie niż zamierzał, ale wszystko co powiedział było prawdą…

- Oliwia, co ty mówisz? – zdziwił się

- Proszę cię… Tylko na mnie spójrz. Czego ja się spodziewałam? Że będę kiedyś żoną jednego z najprzystojniejszych facetów na świecie? Jestem idiotką, tak długo się oszukiwałam. Louis… – jego imię raniło moje gardło jak ostrza żyletek, wbiłam wzrok w blat stołu – To co powiedział otworzyło mi oczy. Myślę, że powinnam tam wrócić, przeprosić go za czas który stracił ze mną i podziękować za ściągnięcie mnie na ziemie. Inaczej żyłabym w kłamstwie, marnując czas na marzenia które i tak nigdy się nie spełnią. – podniosłam wzrok. Harry patrzył na mnie z szeroko otwartymi oczami i ustami.

- Ty chyba sama nie wierzysz w to co mówisz – wykrztusił – Jesteś najcudowniejszą osobą jaką znam, dlatego…

- Nie nadaję się do niczego innego poza czyszczeniem butów – Zacytowałam słowa Harrego sprzed kilku miesięcy po czym od razu tego pożałowałam. To był z mojej strony cios poniżej pasa

- Oliwia, ja… – chłopak zmieszał się całkowicie, a na jego twarzy było widać poczucie winy i smutek. Nie wiedział co powiedzieć.

- Przepraszam, Harry. Nie powinnam tego mówić… To dawne dzieje, które już sobie wytłumaczyliśmy… Przepraszam – zakryłam twarz w obu dłoniach i westchnęłam głośno. Czy ten dzień może być jeszcze gorszy?

- To nic. Jesteś zdenerwowana. – splótł palce swojej dłoni z moimi i uśmiechnął się do mnie pocieszająco, ale widziałam, że mój głupi komentarz bardzo go poruszył. Świetnie, wyżywam się na ludziach, którzy mi pomagają.

- Przepraszam cie Harry, naprawdę, nie chciałam tego powiedzieć – wstałam od stołu i pociągnęłam go delikatnie za rękę, aby też wstał, a następnie mocno przytuliłam. Miałam cholerne wyrzuty sumienia. Zraniłam go.

- Przepraszam – powtórzyłam raz jeszcze gładząc dłonią jego plecy

- To nic. Naprawdę nie przejmuj się. Koniec tematu. – odpowiedział nie puszczając mnie

- Chyba powinniśmy już ruszyć w stronę bramek – powiedziałam i odsunęłam się od niego zanim całkowicie się rozkleję.

- Dobrze, więc chodźmy. – odparł Hazza. Przez całą drogę nie odzywaliśmy się do siebie, ale nie była to uciążliwa czy krępująca cisza, tylko miły odpoczynek dla mojego strapionego umysłu. Szłam przed siebie, nie zwracając uwagi na otoczenie. Głos Harrego ściągnął mnie na ziemię – Oli, czekaj. Dalej mnie już nie wpuszczą. Pytam ostatni raz, czy jesteś pewna, nie chcesz abym leciał z tobą? – zapytał trzymając mnie za ramiona i patrząc w oczy.

- Nie chcę – odpowiedziałam, po czym od razu tego pożałowałam. W moim ciele zaczęła rosnąć panika. Zostanę sama, bez kojącego moją obolałą duszę przyjaciela. Całkowicie sama. Nie chcę zostać sama. Chcę, Harry, naprawdę chcę, abyś poleciał ze mną!