Archiwum dla Kwiecień, 2013

Rozdział 181.

Stanęłam na przeciwko Hazzy z poważną miną.

- Jeszcze raz usłyszę o rozwydrzonych gwiazdorkach, albo głupich gówniarzach, a wywalę was obydwu. Przez okno. Kijem baseballowym. – zagroziłam mu wskazując na niego palcem.

- Nie mówiłem nic o rozwydrzonych gwiazdorkach. Ten gnojek mnie tak nazwał? – zapytał z groźną miną.

- Harry, do cholery! Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! - wrzasnęłam tracąc cierpliwość.

- Tak, słucham. Przepraszam. Już nic nie mówię – odparł ze skruchą, a ja pokręciłam nerwowo głową przewracając oczami. Ominęłam go, podeszłam do okna i uderzyłam czołem w szybę. Uderzałam w nią raz po razie w akcie desperacji.

- Dlaczego nie mogę przyjaźnić się z ludźmi starszymi ode mnie? Albo chociażby w moim wieku? Dlaczego moi przyjaciele są w wieku w którym buzują hormony, uniemożliwiając zdolność normalnego myślenia… czy chociaż myślenia ogólnie? Dlaczego?? – moje czoło rytmicznie uderzało o szybę, tak jakby miało mi to pomóc w znalezieniu odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Nagle zamiast zimnej szyby poczułam, że uderzam w miękką dłoń.

- Przestań, zrobisz sobie krzywdę – powiedział Hazza nie odsuwając ręki, pomimo, że przestałam polerować okno czołem. Spojrzałam na niego, przestraszył mnie jego niezbyt ciekawy wyraz twarzy.

- Czy twoja mina ma coś wspólnego z tym, o czym chciałeś porozmawiać ze mną na osobności? – zapytałam ostrożnie. Chłopak westchnął głośno.

- Zapytam prosto z mostu. Czy ty i wampirek… Wy… no wiesz. – Zmarszczyłam brwi nie mając pojęcia o co mu chodzi – Jesteście razem? – wydusił wreszcie, a ja zrobiłam wielkie oczy.

- Co?! Nie! O boże, nie! Jak mogłeś tak pomyśleć, Harry?! – myślałam, że się zakrztuszę, co to w ogóle za pomysł!

- No wiesz, przyjeżdżam tu i zastaję Marleya na twojej sofie.

- Maćka. – poprawiłam go automatycznie, chociaż w tej chwili nie miało to najmniejszego znaczenia.

- Whatever – odparł. Wzrok miał wbity w okno, ja obserwowałam jego twarz i targające nią emocje. – Co miałem sobie pomyśleć, przecież on mieszka u ciebie, śpi u ciebie i tak dalej. I do tego ten twój tekst, że jego przyjazd do ciebie to najlepszy prezent jaki mogłaś sobie wymarzyć. To brzmi dość… dwuznacznie. Proszę cię Oli, nie okłamuj mnie. Wiem z twoich opowiadań, że łączy was silna więź. – odwrócił wzrok i spojrzał mi w oczy – Zapytam jeszcze raz; jesteście razem? – zamrugałam szybko, trawiąc jego słowa.

- Nie jesteśmy razem, Harry. Ja i Maciek jesteśmy tylko przyjaciółmi. Masz rację, łączy nas silna więź, dokładnie taka sama jak mnie i ciebie. Obaj jesteście moimi najlepszymi przyjaciółmi. – wyjaśniłam

- Tak samo jak Liam, czy Zayn? – zapytał Hazza zaintrygowany. Westchnęłam głośno, zastanawiając się jak obrać swoje uczucia w słowa. Usiadłam na skraju łóżka, Harry stał przy oknie bacznie mnie obserwując.

- Nie wiem jak to wyjaśnić, bo nie czuję tego ani do Zayna, ani do Nialla ani do żadnej innej osoby. Nie są to więzi, które łączą rodzeństwo, bo taki rodzaj uczuć dotyczy mnie i Viki, więc je znam. To zupełnie coś innego. To co łączy mnie z tobą czy z Maćkiem jest tak samo silne, a może silniejsze. To strasznie pogmatwane, wiem. Ale gdy czuję się źle, albo potrzebuję pomocy to od razu biegnę do ciebie z moim problemem. Jesteś pierwszą osobą z którą chcę porozmawiać – wzruszyłam ramionami.

- To rzeczywiście pogmatwane. – odparł chłopak siadając obok mnie. – Szkoda, że musisz dzielić to uczucie między mną i wampirkiem. – nagle mnie oświeciło.

- Więc to o to wam chodzi! – zawołałam zadowolona z siebie.

- Co? – zapytał zdezorientowany chłopak

- Nie lubicie się z Maćkiem, bo jesteście zazdrośni o moją przyjaźń? – gdy to wypowiedziałam na głos, zabrzmiało to tak, jakby było pozbawione wszelkiego sensu.

- Piątka, Sherlocku. Nienawidzę się dzielić niczym. Tym bardziej twoim czasem, jestem cholernie zazdrosny i chciałbym być jedynym super przyjacielem w twoim życiu. Założę się, że Marley ma tak samo.

- Maciek – poprawiłam go, chociaż wiedziałam, że i tak się tym nie przejmie. – Wolałabym żebyście się nie kłócili. Nie mówię, żebyście od razu zostali najlepszymi przyjaciółmi, ale chcę, żebyście się chociaż tolerowali.

- Nie ma mowy. – odparł oschle Hazza.

- Jesteś taki uparty. Tak samo jak Maciek. Zwariuję z wami! – opadłam bezwładnie na plecy odbijając się od miękkiego materaca na łóżku. Przetarłam oczy dłońmi, a gdy je otworzyłam zobaczyłam, że Harry mi się przygląda. – No, co? – zapytałam.

- Jak się trzymasz? – zapytał, a ja poczułam ucisk w gardle. Wiedziałam, że nie ominiemy tematu L., ale nie wiedziałam, że zareaguję tak emocjonalnie na głupie pytanie o to jak się czuję. Usiadłam po turecku na środku materaca dając sobie tym więcej czasu na przemyślenie odpowiedzi. Postanowiłam nie okłamywać Hazzy.

- Szczerze? Do bani. Teraz jest mi trochę lepiej, gdy ty i Maciek jesteście ze mną. Nie myślę tyle o… nim. Ale ogólnie jest mi ciężko. – wyznałam.

- Cieszę się, że mi to mówisz. Mam nadzieję, że wszystko się ułoży i niedługo wrócisz do świata żywych. – chłopak ścisnął moją dłoń.

- Zamierzam zmienić otoczenie, może szybciej się pozbieram – wyznałam niepewnie to, nad czym zastanawiałam się przez ostatnie dni.

- Chcesz się wyprowadzić z Londynu? – zapytał bardziej zdziwiony niż zasmucony. Nawet ucieszyła mnie jego reakcja, przynajmniej nie namawia mnie do zmiany decyzji. Skinęłam potwierdzająco głową. – Więc gdzie robimy parapetówę? Liverpool? Manchester? Leeds? Mam nadzieję, że zamieszkasz w jednym z tych miast. To niedaleko Holmes Chapel, będziemy się spotykać codziennie! – zawołał entuzjastycznie. Och, to dlatego ucieszył się z mojej przeprowadzki. Zastanawiam się jak niezbyt brutalnie zgasić jego entuzjazm.

- Mówiąc, że chcę zmienić otoczenie miałam na myśli wyprowadzkę z Anglii. – wyjaśniłam, a uśmiech na twarzy przyjaciela od razu zgasł.

- Więc dokąd? Do Irlandii? Dublin też w sumie też może być, będziemy mieli blisko do Nialla, a Irlandia to naprawdę piękny kraj, trochę przypomina mi…

- Berlin, Harry. Chcę się przenieść na studia do Berlina. – wyrzuciłam z siebie szybko. Oboje uparcie patrzyliśmy się na siebie w ciszy, żadne z nas nie wiedziało co powiedzieć.

_______________________________________________________________

Heeejo :D Przepraszam, że mnie tak długo nie było, ale szkoda
mi było tej pięknej, słonecznej pogody na siedzenie przed
komputerem, a później internet przepadł :( Mogłam z niego
korzystać tylko w pracy, ale dziś zakupiłam nowiusieńki router
i wszystko jest okej. Mam też dla Was obiecane rozstrzygnięcie
konkursu z Natury. Żeby było sprawiedliwie zamknęłam oczy i
wskazywałam palcem nagrodzone osoby. Oto one:

Proszę o kontakt ze mną na fb:

http://www.facebook.com/harry.styles.35513800 

w wiadomości prywatnej proszę o
rodzaj bransoletki czyli 1D czy Justin Bieber
oraz imie, nazwisko i dokładny adres :)

 

Gratulacje i buziaki dla wszystkich!:*

Rozdział 180.

W szoku przyłożyłam dłoń zakrywając nią otwarte usta. Nie mogłam wykrztusić nawet słowa, stałam tak sparaliżowana szczęściem.

- Emm… Coś nie tak? Nie przywitasz się ze mną? Przyszedłem nie w porę? Albo jestem gdzieś ubrudzony? – zapytał chłopak zerkając na swoje idealnie dobrane ubrania, które leżały na nim jak na najwyżej klasie modelu i wyglądały jakby dopiero co zerwał z nich metki. Czując, że jestem na granicy absurdalnego płaczu ze szczęścia nie odezwałam się, tylko rozłożyłam szeroko ręce i zrobiłam krok do przodu wychodząc na korytarz, a Hazza objął mnie bez wahania – Od razu lepiej - powiedział półgłosem w którym było słychać szczerą radość.

- Przepraszam, zaskoczyłeś mnie. Tak bardzo się cieszę, że cię widzę – wyznałam przy okazji zaciągając się głęboko cudownym zapachem jego perfum zmieszanych z zapachem jego ciała.

- Też się cieszę. Tęskniłem za tobą. Mam wrażenie jakbyśmy się nie widzieli przynajmniej kilka miesięcy, a nie tygodni. Jesteś taka krucha. Jesz coś? Zabiorę cię gdzieś na kolację, wyglądasz na wygłodzoną.

- Raczej ty nabrałeś mięśni, ja wyglądam tak samo jak… ostatnio – zacisnęłam mocniej ręce na karku Harrego. Same słowo ‚ostatnio’ budzi we mnie wszystkie uśpione z pomocą Maćka złe wspomnienia.

- To nie ratuje cię przed zaproszeniem na kolacją ze mną – rozluźniłam odrobinę uścisk.

- Zaproszenie przyjęte – odpowiedziałam. – Dlaczego nie powiedziałeś mi, że przylatujesz? Wystarczy mi już niespodziewanych gości na ten tydzień – wypaliłam zbyt późno gryząc się w język. Nie wspomniałam nawet pół słowa chłopakom o tym, że Maciek mieszka u mnie. Miałam cichą nadzieję, że Viki wygadała Liamowi, a ten reszcie. Sądząc po reakcji Hazzy nic takiego jednak się nie wydarzyło.

- Jakich innych niespodziewanych gości? – zapytał odsuwając się ode mnie tak, aby mógł mi spojrzeć w oczy.

- Tak tylko powiedziałam. Piękne kwiaty – wskazałam na nie szukając ratunku przed niewygodną sytuacją.

- Och, zupełnie o nich zapomniałem. Są dla ciebie, proszę.

- Z jakiej to okazji? – zapytałam odbierając prezent.

- Czy zawsze musi być jakaś okazja? Przechodziłem obok straganu i gdy je zobaczyłem od razu pomyślałem o tobie. Chciałem ci sprawić przyjemność.

- Dziękuję, udało ci się. – odpowiedziałam szczerze wąchając cudowny, słodki zapach. Staliśmy chwilę w ciszy.

- Nie chcę być niegrzeczny, ale nie zaprosisz mnie do środka? – zapytał chłopak marszcząc czoło.

- Ach, tak. No… jasne. Wejdź. – uśmiechnęłam się szeroko, ale chyba nie wyglądałam zbyt naturalnie, bo Hazza posłał mi zdziwione spojrzenie. Zatrzymał się w przedpokoju, aby zdjąć buty i kurtkę. Mam ułamki sekund na decyzję. Co zrobić, co zrobić, co zrobić? Powiedzieć mu? I tak się dowie, przecież Maciek siedzi w salonie. Nie mówić i postawić go przed faktem dokonanym. A może wyrzucić go z mieszkania i wymyślić jakąś bajeczkę o panującym tutaj niekorzystnym mikroklimacie…? Pocieram dłonią czoło ciężko myśląc, co począć. Harry spogląda na mnie, a ja posyłam mu ten sam sztuczny uśmiech co przed chwilą.

- Wszystko okej? Jakoś dziwnie się zachowujesz…? – zauważył. Wow, nawet mnie to nie dziwi. Daję za wygraną, przecież nie schowam Musiała w szafie.

- Jest coś czego ci nie powiedziałam – wyznałam.

- Co takiego? – zdziwił się i nieco zmartwił.

- Chodź. – nakazałam mu. Poszłam przodem do salonu. Przed drzwiami zrobiłam Harremu miejsce i ruchem ręki wskazałam, że ma iść pierwszy. Zrobił krok do przodu i stanął w miejscu jak zamurowany. Maciek również zrobił wielkie oczy i obydwaj patrzyli niezbyt przyjaźnie na siebie w ciszy. W bardzo krępującej ciszy. Modliłam się, aby Harry zrobił krok do przodu, odezwał się, albo chociażby mrugnął, ale długie sekundy mijały i nic się nie działo. Już otworzyłam usta aby zainterweniować, ale ku mojej radości wyręczył mnie Maciek.

- Cześć. – powiedział po polsku nawet nie siląc się na uśmiech.

- Czeszcz, Marley.

- Maciek – poprawił od razu mój polski przyjaciel.

- Whatever. (wszystko jedno) – burknął loczek.

- Harry, proszę – Pokręciłam głową patrząc na niego wrogo.

- Okej, okej. Już będę grzeczny. – Podniósł dłonie w obronnym geście – Mogę usiąść? – zapytał.

- Jasne siadaj. Pójdę wstawić kwiaty do wazonu. Czego się napijesz?

- Wystarczy szklanka wody – odpowiedział siadając na fotelu na przeciwko Maćka.

- Dobrze. A ty Maciek, co chcesz do picia? – zapytałam przyjaciela.

- Nic, dziękuję. – odpowiedział uśmiechając się do mnie przesadnie.

- Co mu powiedziałaś? – zapytał od razu Hazza.

- Zapytałam czy on też chce coś do picia. – wyjaśniłam spokojnie. – Zaraz wracam, I’ll be back in a wink. – dodałam w dwóch językach i z wielkimi oporami wyszłam do kuchni. Szybko nalałam wody do wazonu i włożyłam do nich róże, po czym zaniosłam je do salonu i postawiłam na podłodze. Chłopcy siedzieli grzecznie na swoich miejscach i patrzyli na telewizor. Wróciłam do kuchni i wyciągnęłam z lodówki butelkę wody mineralnej. Trochę boję się zostawiać chłopaków samych, bo chociaż ą już pełnoletni zachowywali się jak trzylatki. W ogóle nie wiem skąd ta zawiść? Myślałam, że już dawno się pogodzili, albo że przynajmniej się tolerują. Nie mają najmniejszego powodu, aby się nienawidzić, a jednak gdyby mogli to bez mrugnięcia okiem rzucili by się sobie do gardeł. Ta myśl powoduje u mnie napad lekkiej paniki. Pospiesznie zakręcam butelkę i chowam ją z powrotem do lodówki. Chwytam za szklankę z wodą dla Hazzy i czym prędzej biegnę do salonu. Uff, nie ma ofiar, ale chłopaki patrzą prosto jeden na drugiego. Nawet nie mrugają. Nie wiem czy grają w jakąś dziecinną bitwę na to kto kogo będzie dłużej omiatać wściekłym wzrokiem, ale nawet nie zwrócili na mnie uwagi, gdy wróciłam z kuchni. Podeszłam do fotelu przy którym siedział Hazza i z lekkim zdenerwowaniem z hukiem postawiłam szklankę na stole, tak, że obaj spojrzeli na mnie zdziwieni.

- Stop looking at yourself in this way! You are in love with each other or what?! (Przestańcie tak na siebie patrzeć! Zakochaliście się w sobie, czy co?!) – zapytałam zdenerwowana, trochę głośniej niż zamierzałam. Harry od razu spuścił wzrok patrząc na swoje dłonie, a Maciek uśmiechnął się pod nosem. – To, że mówię po angielsku nie znaczy że nie dotyczy też ciebie kolego – upomniałam go, a jego uśmieszek od razu zgasł. Maciek widząc w jakim jestem humorze starał się zmienić temat.

- Hmm, kwiaty. O tym nie pomyślałem. Przepraszam, nic ci nie przywiozłem. – skrzywił się chłopak patrząc na piękny bukiet. Po jego minie widziałam, że było mu trochę głupio.

- Przestań głuptasie, najważniejsze, że przyjechałeś. Nie potrzebuję prezentów, zresztą sam w sobie jesteś dla mnie najlepszym prezentem – odpowiedziałam posyłając mu przyjazny uśmiech.

- Cholera, niczego nie rozumiem. O czym rozmawiacie?- zapytał trochę rozdrażniony Hazza.

- Maciek pochwalił kwiaty i zastanawia się czemu on nie wpadł na ten pomysł i nic mi nie przywiózł – wytłumaczyłam loczkowi, który uśmiechnął się z wyższością, zadowolony z siebie. – Odpowiedziałam mu, że jego osoba jest najlepszym prezentem jaki mógł mi ofiarować. – dodałam nie pozwalając mu na zbytnią satysfakcję. Hazza zakrztusił się wodą, którą właśnie pił.

- Co takiego?! – wykrztusił pomiędzy atakiem kaszlu, a momentem łapania powietrza.

- No co? – Wzruszyłam ramionami nie wiedząc o co mu chodzi.

- Oli, możemy porozmawiać? Na osobności. – powiedział patrząc na Maćka. Ja również niepewnie na niego spojrzałam, nie chciałam żeby poczuł, że jest niechciany, czy że nam przeszkadza.

- Co? – zapytał przeskakując wzrokiem z mojej twarzy na twarz Hazzy.

- Dasz mi chwilę? Harry chciałby ze mną porozmawiać. Wyjdziemy na chwilę okej? Zajmiesz się sobą? – zapytałam z lekkim poczuciem winy.

- Oliwia, nie mam pięciu lat. Nie narozrabiam. Skoro rozwydrzony gwiazdorek tak bardzo boi się rozmawiać przy mnie to spoko. Idźcie.

- Maciek… – upomniałam go. Nie spodobał mi się ton jego wypowiedzi i to jak nazwał Harrego.

- Idź, idź. Poczekam, nigdzie się nie wybieram. – odpowiedział, na co tylko skinęłam głową.

- Chodź – zwróciłam się do Hazzy, który bacznie się nam przyglądał, jakby chciał zrozumieć o czym mówimy.

- Zaraz, jak to ‚chodź’? Gdzie ‚chodź’? Wyrzucasz mnie? – wstał zmieszany, a ja przewróciłam oczami. - Powiedziałem coś złego? A może ten głupi małolat ma do mnie jakiś problem? – dopytywał, a ja nie mogłam tego już dłużej słuchać. Złapałam go za nadgarstek, może odrobinę bardziej gwałtownie niż zamierzałam i wyciągnęłam za sobą do przedpokoju. Otworzyłam drzwi sypialni, Hazza wszedł do środka, a ja zamknęłam drzwi za nami trzaskając nimi głośno.

______________________________

180 rozdział?! I nadal
DZIESIĄTKI CZYTELNIKÓW!?
yee yee yeeey!

Dziękuję Wam marchewy!  :*

PS. Widziałyście Woskowe figury naszych chłopców?
Ja chcę całą dziesiątkę :D I tych prawdziwych i tych
WOSKOWYCH! :D i Hazze bez butów :D

 


Śniło mi się ostatnio, że lizałam Hazzę po szyji… ehhh dobra, cicho ;P

 

  
  
  

SEX MALIK IS BACK! :D

buziaki, have a nice weekend!:*

 

Rozdział 179.

Po raz pierwszy od wielu dni spało mi się tak dobrze. Nie przebudziłam się ani razu, nie śniło mi się ani nic złego, ani dobrego. Nie pamiętam kiedy ostatnio obudziłam się taka wypoczęta. Mogę nadać Maćkowi drugie miano; pierwsze to tabletka przeciwbólowa, a drugie: nasenna. Przeciągam się leniwie patrząc na przeciwną stronę kanapy… i nikogo tam nie widzę. Przecieram twarz rękami i wstaję.

- Maciek? – wołam półgłosem, w razie gdyby chłopak w nocy poszedł spać do mojej sypialni.

- W kuchni! – dostaję po chwili odpowiedź i zmierzam do źródła głosu przyjaciela. Wchodzę do kuchni i widzę Maćka robiącego tosty. – Mam nadzieję, że się nie gniewasz, że szperam ci po lodówce i szafkach. Byłem trochę głodny i chciałem zrobić nam śniadanie. W ramach podziękowań za zaproszenie mnie tutaj. – wytłumaczył od razu trochę zakłopotany.

- Masz się tutaj czuć swobodnie i możesz korzystać z wszystkiego. To samoobsługa. Chociaż teoretycznie to ja, jako gospodyni powinnam ci zrobić śniadanie. – oznajmiłam szczerze.

- Teoretycznie masz rację…

- A praktycznie poproszę z tosta szynką, podwójnym serem i pomidorem, a do tego sok pomarańczowy. Dziękuję. – uśmiechnęłam się szeroko, po tym jak przerwałam wypowiedź Maćka w połowie słowa. Chłopak posłał mi przyjazny uśmiech.

- Do usług – ukłonił się pięknie. Zawiesił sobie kuchenny ręczniczek na przedramieniu, jak kelner w ekskluzywnej restauracji. Podszedł do mnie, złapał mnie pod rękę i zaprowadził do stołu. Odsunął krzesło, a gdy na nim usiadłam dosunął je do stołu. Zaśmiałam się, czując się beztrosko jak małe dziecko. Maciek nalał mi soku, a po chwili dosiadł się do mnie kładąc na stół śniadanie. – Te po prawej są według twojego zamówienia. Smacznego – powiedział miło.

- Smacznego – odpowiedziałam. – Jaki plan na dzisiaj? – zapytałam.

- Możemy zostać w domu. – oznajmił chłopak biorąc z talerza kolejną kanapkę.

- Nie możemy.

- Ale…

- Nie możemy. – powtórzyłam. – Jakieś propozycje?

- To twoje miasto. Ty coś zaproponuj. – chłopak dał za wygraną, ale nie ułatwił mi ustalenia planu dnia.

- London Eye and a Westfield Centre is alright for you? (Londyńskie oko i Centrum Handlowe Westfield może być?) – zapytałam specjalnie wzmacniając brytyjski akcent. Chłopak parsknął śmiechem.

- And maybe a cup of tea for this? (A może filiżanka herbaty do tego?) - zapytał starając się naśladować mój akcent.

- Oh, wonderful, wonderful. Just fantastic! (Oh, cudownie, cudownie. Po prostu fantastycznie!) - powiedziałam z przesadnym entuzjazmem i klasnęłam w dłnie.

- Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do ciebie mówiącej w innym języku niż polskim. – oznajmił Maciek biorąc do ust kolejny kęs tostu.

- Też wolę siebie w wersji polskiej – przyznałam mu rację.

Po śniadaniu wzięłam szybki prysznic i szykując się na wyjście na miasto kupiłam online i wydrukowałam bilety na przejażdżkę Londyńskim Okiem. Maciek wykąpał się bardzo szybko i to on czekał na mnie. Był podekscytowany, co sprawiało mi ogromną przyjemność. Cieszę się, że przyczyniam się do czegoś, na czym naprawdę mu zależy. Ubraliśmy się ciepło, na zewnątrz było chłodno, ale na szczęście świeciło słońce.

- Wolisz przygodę z komunikacją miejską czy bierzemy auto? – zapytałam przed wyjściem.

- Skorzystamy z dobrej pogody i przespacerujemy się na przystanek czy do metra, co?

- Masz rację, korzystajmy z pogody póki ją mamy. – odpowiedziałam. Zamknęłam za sobą drzwi mieszkania i ruszyliśmy na przystanek.

 

Przemieszczanie się po Londynie autobusem nie sprawia absolutnie żadnych problemów. Autokary podjeżdżają na przystanek średnio co dwie minuty, więc nigdzie nie musieliśmy się spieszyć. Udało nam się nawet złapać jeden z najbardziej specyficznych autobusów w Wielkiej Brytanii; czerwony, wycieczkowy autobus bez dachu. Zajęliśmy miejsca na górze. Przez głośnik słyszeliśmy głos przewodniczki, która opowiadała o mijanych przez nas zabytkach Londynu, ale my w ogóle jej nie słuchaliśmy. Ja sama pokazywałam Maćkowi najlepsze puby, sklepy i atrakcje Londynu. Gdy dojechaliśmy do London Eye opuściliśmy autobus i ustawiliśmy się do kolejki. Dobrze, że kupiliśmy bilety wcześniej, bo dla ich posiadaczy była osobna kolejka, znacznie krótsza niż ta dla kupujących. Po około godzinie udało nam się wreszcie dostać do kapsuły. Maciek był tak oczarowany, że nie wiedział w którą stronę ma patrzeć. Kręcił się ciągle, pokazując mi coraz to nowsze i zadając mi miliony pytań. Myślę, że tylko obecność innych ludzi w naszym wagoniku powstrzymywała go przed dzikim wrzaskiem radości i skakaniem do koła. Porobiliśmy sobie kilka, a nawet kilkadziesiąt zdjęć. Po około czterdziestu minutach nasza przejażdżka zakończyła się. Postanowiliśmy pozwiedzać kilka miejsc. Pieszo udaliśmy się obejrzeć kolejny symbol Londynu: wierzę zegarową Big Ben. Przy okazji po drodze zrobiliśmy sobie z Maćkiem sesję zdjęciową w czerwonej budce telefonicznej.

 

Wykończeni całodzienną gonitwą po Londynie i przejedzeni po wizycie w ulubionej restauracji Nialla siedzieliśmy w salonie, graliśmy w Need For Speed na Playstation i rozmawialiśmy o tym co widzieliśmy dzisiaj i co odwiedzimy jutro. Maciek stwierdził, że Nando’s to najlepsza restauracja w jakiej w życiu był. Powiedział też, że gdy już niedługo zostanie Hollywoodzką gwiazdą kina akcji wykupi trzydzieści procent tej firmy i otworzy sieć „Nando’s Macieyo’s” w każdym większym mieście w Polsce. Ustaliliśmy, że ja będę twarzą jego restauracji, tylko najpierw będę musiała trochę przytyć. Po kilkominutowych negocjacjach zgodziłam się na pensję czterdziestu tysięcy funtów miesięcznie plus darmowe jedzenie.

- Kurde! Jeszcze raz ze mną wygrasz, a będę musiał obciąć ci pensję! Co to za zachowanie… i jeszcze względem przyszłego szefa! – zawołał Maciek, gdy trzeci raz z rzędu wyprzedziłam jego samochód na ostatnim zakręcie.

- Zawsze mówiłam, że Audi nie ma szans z BMW. Nawet w grze na konsolę – wzruszyłam ramionami.

- Dawaj restart. Muszę cię w końcu pokonać! – chłopak zmrużył oczy. Na ekranie pojawił się wielki napis: READY? 3, 2, 1. GO!! i ruszyliśmy oboje z piskiem opon przed siebie.

 

Dzwonek do drzwi. Dwa zakręty do mety. Dzwonek do drzwi. Jestem rozdarta. Otworzyć, czy dokończyć grę. Kolejny dzwonek do drzwi. Jestem zdezorientowana, Maciek dogania mnie przed samą metą.

- Jeeest! – woła zadowolony z siebie.

- Miałeś szczęście, to wszystko przez ten dzwonek! – natrętny gość znowu nacisnął na przycisk. - I’m coming!! – zawołałam w stronę drzwi – Cholera, pali się czy co? – powiedziałam tym razem do siebie. Rzuciłam pada na sofę – Zaraz cię rozniosę. – wskazałam palcem na Maćka, który cieszył się z swojej wygranej. Pobiegłam do drzwi i otworzyłam je nie spoglądając wcześniej kto za nimi stoi.

- Hello – powiedział mój gość zza ogromnego bukietu białych róż.

- Hello – odpowiedziałam półszeptem zaskoczona widokiem chłopaka.

 

____________________
dziękuję, za wszystkie głosy
w konkursie Natury. Niestety
nie udało mi się wygrać, ale
Wasze wsparcie jest nie ocenione!
Na dniach podam nazwiska
zwycięzców :)

uciekam do fryzjera:)
buziaki:*