Archiwum dla Kwiecień, 2013

Weno, gdzie jesteś? :(

Zabijcie mnie, dziewczyny…
Wiem, że obiecałam Wam
dziś nowy rozdział, ale za
nic nie mogę go skończyć!
Wiem o czym mam napisać,
ale nie mogę znaleźć słów…

WENO, WRÓĆ! :-(

mam nadzieję, że jutro już
wreszcie uda mi się go
skończyć… 3majcie kciuki! :*

 

buziaki, dobranoc i jeszcze raz przepraszam :-(

Love ya al!! 

Koncertowe wspomnienia – Justin Bieber: Believe Tour 2013!

Hello dziewczyny! Dziś wreszcie obiecana notka z wrażeniami z koncertu Biebsa. Troszkę mi zeszło, ale czekałam na wszystkie fotki, a później musiałam je obrobić i zmniejszyć, aby weszły na portal blog.pl… Ale koniec biadolenia :D Przejdźmy do konkretów…

Dżasstyyyyn!

(nigdy nie sądziłam, że wstawię jego foto na tego bloga. NEVER SAY NEVER!)

 

Bieber, Bieber or not?

Zacznę od samego początku. Ogólnie nie jestem Beliebers, nawet nie wiem czy mogę nazwać siebie prawdziwą fanką Biebera. Na mojej osobistej liście „NA TEN KONCERT MUSZĘ IŚĆ” znajduje się on na 3 miejscu, zaraz po 1D i facecie z Marsa. Do chyba października zeszłego roku nawet niezbyt go lubiłam, ale po obejrzeniu filmu „Never Say Never” zaczęłam go szanować jako artystę. Ale to tyle. Znałam i słuchałam jego piosenek, ale tylko tych do których miał teledyski i które były puszczane w radio. Gdy doszła do Polski informacja o jego koncercie w Łodzi pojawił się (najpierw dość luźny) pomysł „jedziemy” i wtedy zaczęłam się interesować nim bardziej. Przede wszystkim sprawdziłam co śpiewa na koncertach i stwierdziłam, że w życiu nie nauczę się jego piosenek! Jakoś angielski – brytyjski jest bardziej przyjazny dla ucha niż angielski – amerykański. Wiedziałam jednak, że gdy uda nam się pojechać na koncert trochę głupio będzie nie znać piosenek Biebera (Boże, to brzmi jak rodem wyciągnięte z pierwszych rozdziałów mojego bloga!) dlatego sprawdziłam jego koncertową track listę, ściągnęłam wszystkie utwory, poukładałam w kolejności w której je śpiewa i bity miesiąc nie słuchałam niczego innego!

  1. All Around the World
  2. Take You
  3. Catching Feelings
  4. One Time
  5. Eenie Meenie
  6. Somebody to Love
  7. Love Me Like You Do
  8. She Don’t Like the Lights
  9. Die in Your Arms
  10. Beautiful
  11. Out of Town Girl
  12. Be Alright
  13. Fall
  14. Never Say Never
  15. Beauty and a Beat
  16. One Less Lonely Girl
  17. As Long as You Love Me
  18. Baby
  19. Believe
  20. Boyfriend

Każdego dnia towarzyszyły mi piosenki Biebsa; w samochodzie, gdy jechałam na zakupy, na siłownię, czy do pracy, w pracy słuchane na laptopie i po powrocie do domu w trakcie czytania książek czy pisania nowych rozdziałów na bloga! Piosenki pomału wchodziły do głowy (również przy pomocy portalu tekstowo.pl) ale jeszcze nie wiedziałyśmy czy na pewno jedziemy. Dir, z którą planowałyśmy wyjazd na koncert miała bardzo kruchą sytuację finansową i czekaliśmy na decyzję jej rodziców. Cały wyjazd wisiał na włosku, pojawiały się nawet myśli, aby odpuścić ten koncert, ale potem zaczynałyśmy się znowu wzajemnie nakręcać i chęć obejrzenia Biebsa na żywo wracała. Nawet nie możecie sobie wyobrazić tego jaka była moja radość, gdy w niedzielę, osiem dni przed koncertem, około godziny 23:00 dostałam od Dir wiadomość o treści: ”wiem jakie wieści byś chciała otrzymać i takie wieści otrzymasz”

(dez)organizacja.

Siedem dni do koncertu Biebsa. W empiku pani przeprosiła mnie i powiedziała, że niestety biletów brak. Na portalu ticket pro wszystkie wejściówki wysprzedane. Zaczęła się czarna rozpacz: NIE MOŻEMY DOSTAĆ BILETÓW! Zostało nam Viagogo, ale to zagraniczna stronka, nie wiadomo czy bilety dojdą na czas…  Dir kilka lat zbiła lustro i twierdzi, że przez to ściąga na siebie nieszczęścia. W końcu i ja popadłam w tą paranoję i zaczęłam wierzyć, że nigdzie nie pojedziemy, bo ta dziewczyna to niezdara… I wtedy wpadłam na bilety na allegro. Były podejrzanie tanie, było ich podejrzanie dużo. Wszystko było podejrzane. W końcu lustro było rozbite. Przeczytałyśmy opinie na temat tego sprzedawcy, wysłałyśmy mu maila, zadzwoniłam, aby się upewnić. Bilety mogły być podrobione. Ale mogły być też oryginalne. I jeszcze do tego takie świetne miejsca. Zachęcone atrakcyjną ceną i miejscówkami kliknęłyśmy kup teraz i wysłałyśmy pieniążki. Również na allegro udało nam się znaleźć firmę, która zajmuje się przejazdami na koncert gwiazd. Zarezerwowałyśmy miejsca na wyjazd z Wrocławia, wysłałyśmy pieniądze. Wszystko było zaklepane.

Dwa dni później w pracy odwiedziła mnie pani z pocztexu i wręczyła mi grubą, tekturową kopertę. Od razu sprawdziłam jej zawartość. Bilety okazały się być oryginalne! :D Od razu wysłałam do Dir mms’a!

już teraz nie było odwrotu. Wszystko musiało wypalić!

Wszystko musiało wypalić?

Teoretycznie taaak, a praktycznie – nie. Nie z wiszącą nad nami klątwą rozbitego lustra. W sobotę, czyli dwa dni przed koncertem dzwoni do mnie pan przewoźnik z przeprosinami, że wyjazd z Wrocławia jest odwołany. ODWOŁANY. Firma może nam oddać pieniądze lub zorganizować wyjazd z Katowic. Szybki telefon do Dir, decydujemy się wyruszyć spod Katowickiego spodka.

Mamo, jadę na Biebera.

„Co?!” To była odpowiedź mojej mamy na wiadomość o wyjeździe do Łodzi. Postawiłam ją przed faktem dokonanym, bilety już leżały na biurku, a bus był zaklepany. Mama nie oszczędziła mi wykładu o zabójstwach w pociągu, ćpunach, złodziejach, rozrzutności, pijanych nastolatkach z nożami i gwałcicielach. W konsekwencji powiedziała, że nie, absolutnie nigdzie nie jadę. Całej rozmowie przysłuchiwał się nasz dobry sąsiad, który siedział u nas na kawie. W pewnym momencie zapytał: „Aga, które ty ostatnio miałaś urodziny? Szesnaste czy dwudzieste drugie?” Mama zmroziła sąsiada wzrokiem i zwróciła się do mnie z ulubionym tekstem wszystkich rodziców, którzy wiedzą, że przegrali bitwę z swoim dzieckiem: „Rób co chcesz”. Próbowała jeszcze przekonać mojego chłopaka, że to kiepski pomysł i powinien wpłynąć na mnie jakość. Powiedziała, że ona już nie ma na mnie żadnego wpływu więc on ma spróbować. Potem obraziła się na niego, gdy powiedział, że mam się bawić dobrze, mam szaleć puki jestem młoda i zaproponował, że może przyjechać po mnie w środku nocy do Katowic. Mama strzeliła focha.

Good? morning.

Poniedziałek rano. Ekscytacja rośnie z każdą minutą. Około 6:30 dzwonię do Dir, aby przypomnieć jej o dzisiejszym koncercie. Pamiętała – a to niespodzianka :P Umawiamy się na konkretną godzinę spotkania, dokładne miejsce ustalimy później. Biedaczka jedzie do Katowic po godzinie siódmej, chociaż busa mamy na 14:00. Ja mam pociąg przed 10:00, nie jestem spakowana, staram się sobie przypomnieć gdzie leżą bilety. Postanawiam się chwilę zdrzemnąć. Leżę i myślę, myślę i leżę. Zasypiam. Budzę się w popłochu! Nie zdążę na pociąg? Gdzie są bilety? Baterie do aparatu? Karty pamięci? Gdzie wrzuciłam wycięte wczoraj białe serce?! Aaaaaaaaaa! Opanowuję sytuację, znajduję wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i upycham je do torebki. Ubieram się i robię make-up. Zjadam dwie parówki berlinki, a raczej wpycham je w siebie, bo mam ściśnięty żołądek z stresu i ekscytacji. Sprawdzam czy mam bilety. Ubieram kurtkę i buty. Sprawdzam jeszcze raz czy mam bilety i dwadzieścia minut przed czasem zmierzam na peron, który jest oddalony o pięć minut drogi od mojego domu. Marznę, wieje zimny wiatr. Podjeżdża pociąg, kupuję bilet. Przesiadka. Czekam pół godziny na bezpośredni pociąg do Katowic, gdy do niego wsiadam wreszcie się uspakajam. Po chwili znowu panikuję, że zapomniałam dowodu osobistego i pan w autobusie nie będzie miał jak sprawdzić mojej tożsamości, a w konsekwencji nie wpuści mnie do busa do Łodzi. Znajduję dowód na dnie torebki, całuję go i wkładam do kieszeni. Wsadzam do uszu słuchawki, włączam playlistę pod tytułem: Biebs koncert i relaksuję się w ciepłym wagonie, kołysząc się lekko na koślawych torach. Wspominałam, że choruję na tą samą przypadłość co Hazza? Zasypiam w każdym środku transportu który lekko szumi, kołysze i w którym jest ciepło. Tak było i tym razem. Kurczowo trzymając się torebki, pamiętając o ”zabójstwach w pociągu, ćpunach, złodziejach, pijanych nastolatkach z nożami i gwałcicielach” o których wspominała mi mama drzemałam co chwila otwierając oczy i sprawdzając na jakiej stacji jestem.

Dir.

Teraz napiszę coś bliżej o dziewczynie która była ze mną na koncercie. O Dir, niektórym znanej jako Directioner, prywatnie nazywanej Patrycją. Poznałyśmy się… przez mojego bloga! Ponad rok temu wpadłyśmy na pewne opowiadanie na blogu jakiejś dziewczyny, później ja zaczęłam pisać swoje i zareklamowałam się w komentarzu na tym właśnie blogu. Dir przeczytała ten komentarz i zaczęła czytać moją historię, a później pisać swojego bloga. Zaczęłyśmy komentować wzajemnie swoje prace, wymieniać się doświadczeniami i radami. I tak od słowa do słowa udało nam się znaleźć wspólny język, wymieniłyśmy się linkami do tt, facebooka, numerami telefonu… Pisałyśmy ze sobą, dzwoniłyśmy do siebie (a raczej ja dzwoniłam na mój koszt!). Miałyśmy się wybrać na koncert naszych chłopców do Berlina, niestety nie wypaliło, również z mojej winy. Ale nie ma tego złego coby na dobre nie wyszło! Udało nam się spotkać i poznać na żywo! Umówiłyśmy się na dworcu, pod Starbucksem. Było jak w filmie, szukając siebie z telefonami przy uchu odnalazłyśmy się w tłumie i przywitałyśmy jakbyśmy znały się lata! Naszą przygodę zaczęłyśmy od poszukiwań darmowego kibelka, z który w konsekwencji i tak musiałyśmy zapłacić. Dir podładowała telefon w łazience i ruszyłyśmy w poszukiwaniu busa. Udało nam się znaleźć pięć minut przed czasem, usiadłyśmy razem. Dir to świetna dziewczyna, nie brakowało nam tematów do rozmów, żartów, plotek, a gdy zaczęła śpiewać w busie opadła mi szczęka. To się nazywa ukryty talent na miarę Adele! :D Jedno z naszych pierwszych wspólnych fotek, które pstrykłam od razu po wejściu do busa.

 

Zjarane Zbyszki bez oczu! :D

Bieberobus.

To, co w sobotę wydawało nam się tragedią w konsekwencji było jednym z największych plusów naszej wyprawy. Wyjazd z Katowic był najlepszą przypadkową rzeczą jaka się nam przytrafiła! Wołam od wejścia do autobusu czy to autobus na Biebera do Łodzi, pan kierowca mówi, że tak i mamy wsiadać. Wchodzimy do busa, a tam kilka osób siedzących na tyle woła coś w stylu siema Belieberki, wchodźcie! Już wiedziałam, że będzie pozytywnie. Zrobiłam wywiad środowiskowy, okazało się, że nie jestem najstarsza w naszym Bieberobusie, mogę śmiało powiedzieć, że byłam w wieku średnim! :D Otworzyłam ciastka z Biedronki i tak zaczęła się przyjaźń osób siedzących na tyle busa. Jedna z dziewczyn miała płytę Biebera, poprosiła kierowcę, aby ją włączył i całą drogę spędziliśmy na rozmowach o piosenkach Biebsa i oczywiście śpiewaniu!

Dojeżdżamy do Łodzi. Wcześniej nie czuliśmy koncertowej ekscytacji, jednak to miasto działa na nas elektryzjuąco. Tak samo jak pewna zakręcona Belieberka, która rozbrajała nas tekstami typu: „O mój boże! ŁÓDŹ! Jestem w tym samym mieście co Justin! Być może Justin jechał tą samą drogą co ja teraz?! O BOŻE ODDYCHAM TYM SAMYM POWIETRZEM CO JUSTIN!!!!” Dziewczyna mówiła to serio, to było tak strasznie pozytywna ekscytacja, która udzieliła się nam wszystkim. Mieliśmy też niezłą radochę mijając auta, które miały poobklejane szyby napisami „Believe Tour 2013, I ♥ Justin Bieber” itd. Pokazywaliśmy sobie bilety i serduszka przez okna, wszędzie czuło się ducha koncertu i jedność fanek Justina.

Parkujemy. I to jak parkujemy! Jako jedyni stoimy naszym Bieberobusem na prywatnym parkingu Justina Biebera, który był zamknięty na kłódkę! A na parkingu ponad dwadzieścia ciężarówek, którymi przyjechał sprzęt Biebera oraz kilka nowoczesnych autobusów, którymi jeździ on i jego ekipa. Wszystkie te pojazdy robiły ogromne wrażenie, od razu wyciągaliśmy aparaty z torebek.

BEAT THE STREET – autokar Justina Biebera. Nasz busik był zaparkowany właśnie za tymi kratami! :D

 

Oczywiście musiałyśmy zrobić sweet focię z rąsi na tle autobusu :D
(ja to ta blondi w czapce, obok mnie Dir, jakby ktoś pytał :D) 

Hollywoodź-Atlas Arena

Pomimo tego, że na miejscu byliśmy przed godziną siedemnastą, a koncert zaczynał się o 19:30 pod Areną były już tłumy. Słychać było piski, śpiewy, wszędzie kręciło się pełno ludzi, reporterów, tancerze Justina kręcili się przed halą, ktoś sprzedawał bilety, ktoś inny je rozdawał, dziewczyny rozdawały serduszka tym którzy ich nie mieli, wszystkie wejścia mimo, że zamknięte były już zablokowane przez fanki. Istne szaleństwo!

Ruszyłyśmy z Dir poszukać wejścia do naszego sektora. Znajdowało się ono z drugiej strony hali. Rozległ się pisk, więc pobiegłyśmy do okien, zobaczyć co się dzieje. Ktoś twierdził, że widział Biebera, nam jednak nie udało się go zobaczyć przed show. Na zewnątrz panowała minusowa temperatura, a ja zastanawiałam się, dlaczego przestaję czuć palce u nóg. Co gorsza organizatorzy ociągali się z otwarciem wejść, więc marzliśmy dalej na tym ponad 15 stopniowym mrozie. Kolejna fala pisku. Przyklejamy się do szyb, aby obserwować o co chodzi. Oh, otwierają drzwi, tłum napiera na nie z siłą kilku ton.

Ludzie są wpuszczani pojedynczo. Ochrona sprawdza torebki, co przedłuża czas spędzony na mrozie. Nam dość szybko udaje nam się wejść do środka. Idziemy twardo przed siebie pod szybą, czyli tam, gdzie najłatwiej dało się przecisnąć. Miły pan ochroniarz po moich jękach i stękach pod jego uchem wyciąga mnie z tłumu i wciąga do hali mówiąc, że trzeba być twardym. Zostawiam Dir na zewnątrz i macham do niej z cieplutkiej hali. Po chwili i ona dostaje się do hali, oddajemy kurtki do szatni, idziemy do ubikacji i zaczynamy zwiedzać halę.

no one.
no one.
no one.

Support. Przyznam się, że trochę nabijaliśmy się z Honoraty w naszym Bieberobusie, ale gdy wyszła na scenę, zrobiła dobre show i nawet śpiewaliśmy jej piosenki! To była dobra rozgrzewka :) Dziewczyna ma talent, śpiewała okej, miała dobry kontakt z publicznością, wyglądała ładnie. Występ trwał około pół godzinki, dziewczyna zaśpiewała swoje najbardziej znane hity No One, Lalalove, Runaway i kilka których nie znałam, ale wszystkie były świetne, skoczne i rytmiczne.

 

 

Wykorzystałyśmy również ten czas na kilka pamiątkowych foteczek. Pożyczyłyśmy fanowski szalik od Belieberek! :D

 

A na zdjęciu powyżej nad literką „J” widać Honoratkę na scenie :)

 

Po koncercie Honey i po mini sesji zdjęciowej zabrałyśmy się za jedzenie naszych torebkowych zapasów, aby nabrać sił na występ Justina:)

Musiał się spóźnić.

Kończymy konsumować 7days’y i czekając na występ. Siedzieliśmy z boku sceny więc widzieliśmy co działo się za nią. Obserwowaliśmy ludzi, którzy przywozili na backstage ciuchy Justina, inne osoby rozkładały taki czarny namiot przez który miał przejść gwiazdor, tak abyśmy go nie widziały. Dyskutujemy o czymś i nagle słyszymy pisk i wszyscy wstają z miejsc. Specyfika tłumu – jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. My z Dir również nieświadome tego co się dzieje wstajemy i spoglądamy w miejsce wskazywane palcami przez kilkunastotysięczny tłum. „Patrz, Musiał tam idzie!” usłyszałam i wtedy zrozumiałam czym była spowodowana reakcja tłumu. Blogowy przyjaciel Oliwii – Maciek Musiał spóźniony zmierzał do swojego sektora. Usiadł na swoim miejscu, a wtedy dziesiątki dziewczyn ruszyły w jego kierunku z nadzieją na zdjęcie lub autograf. My obserwowaliśmy całą sytuację z swoich miejsc. Z pomocą Boskiemu przybiegła ochrona i wyprowadziła go z trybun, a co za tym idzie z pola naszego widzenia. Stwierdziłyśmy z Dir, że musimy wiedzieć, co się tam dzieje. Pobiegłyśmy na drugi koniec hali poszukać chłopaka. Zaczęło się odliczanie do rozpoczęcia występów. Dziesięć minut do show. Po chwili zobaczyłyśmy tłum zgromadzony wokół wejścia do podziemnej toalety. Schodów do niej pilnowali ochroniarze, a niżej kręcił się niezbyt zadowolony Maciek z kapturem na głowie.

W końcu wyszedł odrobinę wyżej i poprosił nas o to, abyśmy pozwoliły mu obejrzeć koncert, a autografy i zdjęcia będziemy mogli sobie z nim zrobić potem. Odpuściłyśmy mu, chociaż wiedziałyśmy, że to nie prawda i już go więcej nie zobaczymy. Olałyśmy to, bo zegar na telebimie odliczał ostatnie sekundy do rozpoczęcia, którego nie chciałyśmy przegapić. Zdecydowałyśmy się nie wracać na swoje miejsca, tylko zajęłyśmy miejsca na trybunach na wprost sceny. To był strzał w dziesiątkę, bo jeśli chodzi o początek występu nie mogłyśmy wybrać lepszego widoku.

All around the world.

Nie widziałam żadnego filmiku z koncertu Justina. Nie wiedziałam więc czego się spodziewać i jakie show dla nas szykuje. Wiedziałam tylko, że na OLLG wybierze dziewczynę na scenę i to tyle. Może też dlatego początek występu zrobił na mnie tak piorunujące wrażenie. To było coś niesamowitego! Szukałam filmiku na youtube, aby oddać chociaż odrobinę emocji, które czułam podczas intro. Znalazłam tylko jeden, który był dobrej jakości i nagrany mniej więcej z takiej perspektywy w jakiej ja go widziałam. Niestety nie z koncertu w Łodzi, ale u nas wyglądało to identycznie. Polecam wszystkim, którzy nie widzieli:

To co działo się w 1:40 rozwaliło mój system. Patrzę: „o mój boże, to już Justin!” wrzeszczę i piszczę, jestem oczarowana. Nagle Justinowi wyrastają skrzydła i chłopak odlatuje z ogromnym hukiem zostawiając mnie z miną WTF? Mega mnie tym zaskoczył, intro było przecudowne!

Kolejnym boskim momentem był dźwięk, który do teraz przyprawia mnie o ciarki. Na telebimie jest pokazana pęknięta szyba i wtedy słychać charakterystyczne bzyczenie, coś jakby śmigłowiec połączony z jakimś owadem. U nas w Łodzi bzyczało to dość długo, bo telebim otwierał się dłużej niż ten na filmiku.

I oczywiście Justin wylatujący zza telebimu na wielkich srebrnych skrzydłach. Skrzydła były zrobione z instrumentów: gitar, talerzy z perkusji, klawiszy fortepianu i głośników. NIEZWYKŁE!

Gdy ekipa sprawnie zdjęła jego skrzydła to zaczęło się istne szaleństwo! Nie sposób tego wszystkiego opisać!
Pobiegłyśmy na swoje miejsca z których lepiej widziałyśmy Justina – był po prostu bliżej.

 

Show must go on!

Co piosenkę działo się coś innego, Justin przebierał się kilkanaście razy, wskakiwał w dziury scenie, aby po chwilę wyskoczyć z nich na dwa metry w górę w całkiem nowej stylizacji! Chłopak latał nad publicznością grając na gitarze i śpiewając „Fall” i „Die In Your Arms”, grał na fortepianie, na perkusji, tańczył i śpiewał jednocześnie… W dłuższych przerwach na telebimie był pokazywany wcześniej nagrany i wyreżyserowany filmik, np. o Justinie, który ucieka przed paparazzi, po chwili filmik się kończył, a Justin wybiegał zza sceny, a za nim grupka paparazzi, co było ciągiem dalszym filmu który oglądaliśmy. Efekty pirotechniczne były niezwykłe! Dym, petardy… Tyle tego było, że nawet nie sposób mi wszystkiego zapamiętać! Zresztą same zobaczcie!

 

AEROBIK WG. JUSTINA! Chłopak dał nam taki wycisk swoim JUMP, JUMP, JUMP i machaniem rękami, że jeszcze trzy dni po koncercie miałam zakwasy!

 

Justin na Ciebie patrzy! :P

 

Dance i światła, które biły po oczach! :P

 

Tyyyyllllleeeeeee nas było! Mrówki! :D

 

Świetne ujęcie, DIR! :*

 

Chłopak podczas śpiewania obracał się w każdą stronę, więc było go widać świetnie z każdego miejsca na hali!

 

Jak widać z naszych miejsc miałyśmy świetny widok! :D

 

Dżej Bi i tancerze :) Przyznam szczerze, że dziwiłam się, że Justin ma tak drogie bilety na koncert. Do czasu jak z niego wróciłam. To co działo się na scenie, ilość osób pracująca dla Justina, pirotechnika, sceniczne gadżety, tancerze, ilość ciężarówek która wozi tą ogromną scenę. To show musiało być tak drogie w organizacji, że cena za bilety jest całkowicie zrozumiała.

 

Mały Justin…

 

…który urósł w oczach!

 

I pokazał klate! :D

 

Mam zdjęcie z Bieberem! To ta biała, rozmazana kropka w tle! :D

 

Jedna z moich ulubionych akcji na koncercie :D Nasz mix piosenki „Out of town girl” Czyli swag, swag, swag i dance Justina! :D to było MEGA!

 

Jak widać nie tylko my z Dir robimy sobie sweet focie z rąsi! :D Justin też siebie nagrywał, a potem pokazał nam goły brzuch! :D

 

Believe Justin zaśpiewał cudownie, a uroku jego występowi dodały…

 

nasze biało-czerwone serduszka, które na zdjęciach nie wyglądają nawet w połowie tak cudownie jak na żywo. Szczególnie czerwone serduszka prezentowały się świetnie :)

 

Na bisie, który poprzedził najgłośniejszy pisk jaki w życiu słyszałam Justin wystąpił bez koszulki! :D Zaśpiewaliśmy „Boyfriend” i „Baby” i to był niestety koniec show.

This is the end.

Zdjęcie na tle już prawie opuszczonej hali. Jak widzicie ekipa Justina (w pomarańczowych koszulkach) od razu wzięła się za rozkładanie sceny. My też pobiegłyśmy po kurtki do szatni i do Bieberobusa, bo jak wspominałam nasz bus stał na parkingu Justina i blokował tiry, które chciały wyruszyć z sprzętem jak najszybciej w dalszą drogę.

 

W bieberobusie złożyliśmy autografy na pamiątkowym serduszku Dir :D

 

Taa daaam :D Podpisy Beliebers z naszego busa! :D

 

W drodze do domu było jeszcze weselej niż w drodze na koncert. Komentowaliśmy występ Justina i Honey, graliśmy w „Jaka to melodia”, śpiewaliśmy wszystkie hity jakie przyszły nam do głowy :D Byliśmy do tego stopnia nieznośni i głośni, że pan kierowca nie zatrzymał się w McDonalds chociaż go ładnie prosiliśmy.. :( Za to zjedliśmy kebab o pierwszej w nocy w Katowicach, na takim mrozie, że mięso od razu było zimne. Byliśmy jednak tak głodni, że było nam wszystko obojętne.

 

Podsumowanie:

Ja chcę jeszcze raz! :D Była to przygoda warta przeżycia. Ludzie, klimat, atmosfera, show, występ oraz sama świadomość, że widziałam taką gwiazdę na żywo było warte zachodu i oszczędzania ;)

 

Uff, ale się rozpisałam. Mam nadzieję, że będzie się Wam to chciało czytać :P Z góry przepraszam za błędy, ale pisałam to tyle czasu, że już nie chce mi się teraz sprawdzać. Postaram się jutro najpóźniej po jutrze wstawić rozdział.

 

Buziaki, napiszcie jak Wam się podoba moja relacja:*