Rozdział 119.

Stojąc dalej w deszczu uparłam się jednak, że do samochodu nie wsiądę taka mokra, bo zniszczę całą tapicerkę. Nie pomogły namowy, prośby i groźby Maćka. Chciałam wrócić do domu autobusem, ale Maciek wymyślił, że pójdziemy do niego, przebierzemy się, wysuszymy, weźmiemy parasole, przyjdziemy po samochód i wtedy Maciek odwiezie mnie do domu. Ten plan wydał mi się bardzo atrakcyjny, bo szczerze mówiąc nie bardzo uśmiechała mi się jazda busem, gdy kapała ze mnie woda. – Nie ma się co zastanawiać, mój plan działania jest niezastąpiony. Chodźmy bo wyglądasz koszmarnie! Jesteś blada i masz sine usta – Maciek podał mi dłoń – Dz… dz… dzięki. – Wykrztusiłam tylko, bo moje zęby uderzały o siebie z szybkością światła. Dopiero teraz doszło do mnie jak bardzo jest mi zimno. Podałam rękę Maćkowi i prawie biegliśmy do jego domu. Byłam przeszczęśliwa, gdy wysiadaliśmy z windy. Za chwilę miałam założyć na siebie suche ubrania i mam nadzieję wypić coś ciepłego. Stanęliśmy pod drzwiami, a przyjaciel zaczął czegoś szukać w kieszeni – Cholera, zapomniałem kluczy w samochodzie… – powiedział, a moje serce chyba zatrzymało się na moment z rozpaczy. Spojrzałam na niego wielkimi oczami – Nie martw się. Mama już powinna być w domu. Otworzy nam – Mama… – powtórzyłam z jeszcze większą rozpaczą – Nie mogę się jej tak pokazać! – zawołałam. Boże, zapomniałam, że on mieszka z rodzicami! Zaczęłam obmyślać szybki plan ewakuacji – Nie panikuj Oli. To tylko moja mama. Zmokliśmy i tyle. – uśmiechnął się po czym zapukał głośno w drzwi. Wydawało mi się, że bicie mojego serca było głośniejsze niż owe stukanie. Tak bardzo chciałabym się teraz zapaść pod ziemię. Ścisnęłam rękaw Maćka, co spowodowało u niego śmiech. Dwa dźwięki przekręcenia zamka w drzwiach, głęboki wdech – Maciek, kochanie wam się stało? Samochód ci się zepsuł? Mogłeś zadzwonić, przyjechałabym po ciebie syneczku! Pochorujecie się – kobieta już chciała przyłożyć dłoń do czoła Maćka, ten jednak w porę wykonał unik – Mamo, zaraz naprawdę zachorujemy, jeśli dalej będziesz nas przetrzymywać na korytarzu. – odpowiedział markotnie Maciek – Jasne, wchodźcie. – Mama Maćka odsunęła się od drzwi i weszliśmy do środka. Maciek zaprowadził mnie do łazienki, dał mi ręczniki, suszarkę i jakieś swoje ciuchy abym się mogła przebrać. Sucha, ale ani trochę bardziej rozgrzana wyszłam z łazienki. Maciek już siedział w salonie i popijał herbatę. Jego mama dała mi reklamówkę na moje mokre ciuchy i dołączyłam do przyjaciela. Wypiliśmy po herbatce, pooglądaliśmy jakiś teleturniej zgadując odpowiedzi. Następnie mama Maćka podwiozła nas od restaurację, pod którą zostawiliśmy samochód. Przez całą drogę wypytywała mnie o chłopaków z One Direction, co wywoływało u Maćka napad czarnej gorączki. Ja zupełnie się nim nie przejmowałam, tylko ochoczo odpowiadałam na pytania. Opowiedziałam też o tym, że zgubiłam u nich w domu bransoletkę. Już chciałam powiedzieć, że to stało się na imprezie o której ona przecież nic nie wiedziała. Na szczęście w ostatniej chwili ugryzłam się w język. Kobieta obiecała, że przeszuka dokładnie cały dom i że nie mam się martwić. Po chwili byliśmy już na miejscu. Pożegnaliśmy się z nią, przesiedliśmy do samochodu Maćka i ruszyliśmy w stronę mojego domu.

Na zewnątrz było już całkowicie ciemno. Egipskie ciemności pogłębiały się z minutę na minutę, również za sprawą gęstych, czarnych chmur które wisiały nad miastem – Chyba zbiera się na burze – powiedziałam przerywając trwającą od około dziesięciu minut przerwę. Maciek nie odezwał się do mnie słowem, od kiedy wsiedliśmy do jego samochodu. – Ehe – odpowiedział z obojętną miną, nie odrywając wzroku od drogi – Co ci jest? Obraziłeś się na mnie? Zrobiłam coś złego? – zapytałam – Nie, tu nie chodzi o ciebie. – czekałam na dalszy ciąg wypowiedzi, chłopak jednak nie był zdecydowany czy drążyć ten temat czy nie – Nie chodzi o mnie… więc o kogo? Cały dzień spędziliśmy razem i było dobrze, więc albo ja albo nikt – Mama – odpowiedział, po czym kontynuował – Też nie ma lepszego tematu, tylko musi cie wypytywać o… tych tam. A gdy tylko słyszę jej fascynację tymi krety… to znaczy tymi chłopakami dostaje szału. Jestem.. ee… zazdrosny. – powiedział cichutko – Zazdrosny? O co? – zapytałam zdziwiona – Jak to o co? Oni mają wszystko! ba! Mają więcej niż wszystko. Talent, fanki, kasę, mieszkania w Londynie, drogie samochody. Ale to jeszcze nic. Najgorsze jest to, że mają ciebie. Mają ciebie na co dzień. Wystarczy jeden telefon, jedna prośba o pomoc i się spotykacie. Oliwia ty ich… kochasz ich. Nie tylko Louisa, ale ich wszystkich. I to naprawdę szczerze. Zrozumiałem to dopiero teraz, kiedy z taką czułością, miłością i radością mówiłaś o nich. Tak, jakbyś opisywała gromadkę słodkich szczeniaczków, a nie tą bandę… no ich. Mówisz o nich jak o najważniejszych istotach żyjących na tym świecie. Łączy was taka silna więź… Jestem tak cholernie zazdrosny! Jestem zazdrosny o waszą przyjaźń, bo takie uczucie nigdy nie będzie łączyło nas – zalał mnie nerwowym słowotokiem. Widać, że to kotłowało się w nim i z ulgą może teraz wyrzucić to wszystko z siebie. A ja siedziałam. Siedziałam jak zamurowana. Nie mogłam zebrać myśli. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym jak patrzę na moich chłopców. Moich chłopców? Może Maciek ma rację, rzeczywiście wyrażam się o nich jak o gromadce słodkich piesków, czy dzieciaczków, ale jak tu inaczej patrzeć na tych wariatów!? Moja miłość do nich była tak naturalna, jak miłość do braci, czy sióstr. Byliśmy po prostu najlepszymi przyjaciółmi w pełnym tego słowa znaczeniu. Dałabym obciąć sobie rękę, ba, nawet dwie ręce, że gdybym była w potrzebie mogłabym liczyć na każdego z nich. Bez wyjątku, niezależnie od tego, czy byli by akurat w Mexyku, na Alasce czy na Broadwayowskiej scenie. Wiem to, po prostu to wiem, że rzucili by wszystko, aby mi pomóc. Skąd mam taką pewność? Bo zrobiłabym to samo bez żadnego namysłu. Już nawet raz miałam okazję, gdy Lou nie miał gdzie spać, pozbierałam się w kwadrans, a trzy godziny później szukałam go po parku w Londynie. Oni zresztą też byli przy mnie, gdy mało co nie trafiłam na „drugą stronę” po wypadku samochodowym. Wszyscy murem stali dokoła mojego łóżka i martwili się o mnie. Między nimi był również Maciek, który nie wyróżniał się na ich tle. On również jest moim przyjacielem i czuję do niego to samo, co do chłopaków z 1D. – Oliwia… nic mi nie odpowiesz? – przerwał moje przemyślenia Maciek. Dobrze, że się odezwał, bo moje myśli pochłonęły mnie całkowicie. Uśmiechnęłam się do niego serdecznie – Nie wiem czy wiesz…w sumie powinieneś wiedzieć, bo stale ci to okazuję. Dla mnie jesteś na tej samej półce co chłopaki z 1D. Jesteś dla mnie tak samo ważny jak oni. Dla mnie nie ma żadnej różnicy między tobą, a Zaynem. No może ty jesteś trochę mądrzejszy – kąciki ust Maćka uniosły się delikatnie do góry – Oboje jesteście dla mnie tak samo ważni. – dokończyłam wypowiedź. Teraz to Maćka zatkało – Dzięki – odpowiedział tylko, po czym bez słowa ujął moją dłoń, podniósł ją i delikatnie pocałował, a ja uśmiechnęłam się szeroko. Tak dawno nikt tego nie robił. Widać udało mi się przekonać chłopaka do swoich uczuć, bo dalsze tematy naszych rozmów były już lżejsze. W dobrych humorach dojechaliśmy do mojego domu. Zostawiliśmy samochód na podjeździe przed domem i biegiem udaliśmy się do domu. Na tym miał się jednak zakończyć miły wieczór, bo przez cały dzień nie wspomniałam Maćkowi o drobnym szczególe. Pojutrze wylatuję z Polski.
_________________________________________________________________
helo lejdis. Sajgon trwa w najlepsze i nic
nie wskazuje na to, że coś ma się zmienić ;(

są i dobre wieści. Kilka dni temu, chyba w
sobotę odwiedził mnie w śnie boski, sex
MALIK :D och, tak dawno już go nie było,
ale powrócił i to na maxa :D opowiem Wam
o tym, bo dalej cieszę się z tego snu :D
Był to jeden z tych realistycznych snów,
w których odczuwa się wszystko prawie
jak w realu! :D

Siedzieliśmy na łóżku w pokoju mojej siostry. Siedziałam ja, obok mnie Zayn, który opierał się plecami o kaloryfer. Obok nas stała dziewczyna Zayna (nie Perrie, jakaś brunetka NO NAME :P) i jakaś jej koleżanka. Patrzyła zazdrośnie na Zayna, ale nie okazywali sobie uczuć. Zayn wyciągnął skręta i zapalił go. Zapytał mnie czy zapalę z nim a, ja mu, że jasne! I paliliśmy „po studencku” czyli z ust do ust. Zayn zaciągał się tym skrętem i dmuchał mi dymem do ust. Oczywiście w bezpiecznej odległości, bo obok stała jego dziewczyna.

Nawet nie wiecie jaka była moja radość, gdy ta dziewczyna powiedziała, że musi wyjść do ubikacji! Wzięła ze sobą swoją koleżankę i poszły, a my zostaliśmy sami z Zaynem. „Co chciałabyś się całować?” zapytał pewny siebie z swoim zadziornym uśmiechem i zaciągnął się skrętem. Przysunęłam twarz do niego czekając na kolejną dawkę słodkiego od zapachu jego oddechu dymu. On dmuchnął odrobinę i zaczął mnie całować, a ja byłam mega zaskoczona! Ach, te miękkie, ciepłe usta, były jak prawdziwe! Odsunął się ode mnie i uśmiechnął zadziornie.
Potem było trochę bardziej hardkorowo, nie opiszę tego dokładnie, bo to prywatna sprawa moja i Zayna. :P Do niczego tak naprawdę nie doszło, eeeeee włożyłam tylko dłoń pod kołdrę, gdy Zayn chciał mi coś opowiedzieć i niestety nie mógł się skupić i stracił wątek
IF YOU KNOW WHAT I MEAN :D
potem nagle wróciła jego dziewczyna, ale się nie kapnęła o co chodzi, my z Zaynem zaczęliśmy się śmiać, chłopak wstał i wyszedł gdzieś z nią, patrząc na mnie i uśmiechając się do mnie bez przerwy. Byłam taaaaak mega zadowolona z siebie :D AH! :D
ZAYNOFOBIA!!!!
jestem wariatką i mózg mnie boli, ale było warto. Malik, zapraszam ponownie!♥

buziaki i dobrej nocki!:*

Rozdział 118.

Zjedliśmy przepyszny obiad. Nawet nie wiedziałam o tak niezwykłym miejscu jak restauracja do której zabrał mnie Maciek! Trochę się zdziwiłam gdy weszliśmy do jakiegoś wieżowca. Myślałam, że Maciek zabierze mnie do jakiegoś lunch baru na kanapkę, co bardzo zasmuciło mój wygłodniały żołądek. Wsiedliśmy do windy i Maciek wcisnął guzik ostatniego, trzydziestego piątego piętra. Winda otworzyła się, wysiedliśmy z niej, ale dokoła nas były tylko siedziby biura i banków. Pomyślałam, że Maciek może chce wziąć kredyt i zabrał mnie tu abym była jego poręczycielem, ale szybko wygoniłam tą myśl z swojej głowy i uśmiechnęłam się pod nosem nie dowierzając, że mogę być aż tak głupia. Doszliśmy do końca korytarza, przed nami były drzwi, a za nimi schody. Zdziwiłam się, ale bez słowa maszerowałam ręka w rękę z moim przyjacielem. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy pokonując strome schody weszliśmy na dach! Włoska restauracja była w formie szklarni, nawet w dachu znajdowały się ogromne okna. Zszokowana podeszłam po najbliżej szklanej ściany, a za nią rozpościerał się cudowny widok Warszawy. Widać było Wisłę, Most Poniatowski, Pałac kultury – Wow – wykrztusiłam tylko – Robi wrażenie co? – wyrwał mnie z mojego szoku Maciek. Niechętnie oderwałam wzrok od tej cudownej panoramy, spojrzałam na niego i tylko skinęłam głową. – Chodź, usiądziemy gdzieś, bo zaraz umrę z głodu – Z jeszcze wielką niechęcią musiałam odwrócić się tyłem od szyby i podejść do stolika do którego zaprowadził mnie Maciek. Ucieszyłam się, bo siedzieliśmy naprzeciwko siebie, przy dwuosobowym stoliku pod oknem, a nie jak się obawiałam gdzieś na środku restauracji. Złożyliśmy zamówienie, ja wzięłam pizze, bo już dawno chodził za mną smak gorącego sera z oliwkami, papryką, kurczakiem, brokułem i kukurydzą. Maciek zaś zamówił dla siebie spaghetti. Zamówiliśmy też coś do picia. Ja słodkie, białe wino, a Maciek sok pomarańczowy. Oczywiście mogłam go przekonywać, że wrócę do domu taksówką i że może się też napić alkoholu, a po auto wpadnie jego mama, bo przecież mieszkają niecałe pięćset metrów dalej… ale oczywiście chłopak nawet nie chciał mnie słuchać. Gdy tylko usłyszał ‚wrócę taksówką’ stwierdził, że temat zakończony i tym razem to on nie odpuści. Wypiliśmy nasze napoje, i wtedy właśnie dostaliśmy swoje jedzenie. Chciałam zamówić dla siebie jeszcze wodę, bo ceny w tym lokalu nie należały do najniższych, a założę się, że Maciek nie da mi zapłacić nawet połowy rachunku. Chłopak jednak zamówił dla mnie i wodę i wino, a dla siebie kolejny sok. Spiorunowałam go wzrokiem, na co on uśmiechnął się i zaczęliśmy jeść, bo byliśmy już bardzo głodni. Uwielbiam jego rozbrajający uśmiech! Nie kończy się on tylko na ustach, ale widać również w jego oczach i na każdej części jego twarzy. To mój drugi, najlepszy na świecie uśmiech. Pierwsze miejsce bezkonkurencyjnie należy się Hazzie. Tak, on i te jego dołeczki… Niestety już dawno nie widziałam u niego tak uwielbianego przeze mnie,szczerego uśmiechu… Ostatnio chyba wtedy, gdy niechcący przytuliłam się do niego w łóżku, myśląc, że to Louis… Właśnie! Louis! Przecież pierwsze miejsce powinno należeć do niego! To jego uśmiech powinien być dla mnie najpiękniejszy na świecie. Jak mogłam go przeoczyć… nie ma co. Wzorowa ze mnie dziewczyna. Dobra, wystarczy tych głupich rankingów. Mój mózg na pewno ma jakąś rysę i to dość głęboką, skoro co chwile przelatują przez niego tak idiotyczne myśli. Że tak jeszcze nie zaczęłam się zastanawiać nad tym, który z chłopaków ma na największe, em, przyrodzenie, ładnie mówiąc. Hmm… Wydaje mi się, że Zayn. Taki z niego macho-lowelas, ma w sobie tyle testosteronu, że to musiało mieć wpływ na jego wielkość. Albo Niall! Właśnie! Niby niepozorny, ale jak mówią cicha woda brzegi rwie. I nosi najszersze spodnie z wszystkich chłopaków, więc to bardzo możliwe… albo… nie, to na pewno Harold! A jakżeby inaczej. Jest najwyższy i ma takie wielkie stopy, a mówią, że jak facet ma wielkie stopy, ma też wielkiego… Och! Masakra! Mózgu proszę! Wyłącz się! O czym ja w ogóle myślę?! Zaczynam się naprawdę martwić, że coś jest ze mną nie tak. Może powinnam się udać do jakiegoś specjalisty? Tylko co mam mu powiedzieć? Panie doktorze, jestem kretynką, a mój mózg, o ile w ogóle go mam, produkuje tak niestworzone historie, że zaczynam się go bać? Przecież pomyśli, że jestem nienormalna… A czy nie o to mi chodziło? Dobra, stop. Najstosowniej będzie jak policzę do dziesięciu, aby pomóc oczyścić się mojej głowie… jeden, dwa, trzy… – Smakuje? – wyrwał mnie z przemyśleń Maciek, jestem mu tak bardzo wdzięczna, że się do mnie odezwał i odciągnął mnie od tych idiotyzmów. – Bardzo – odpowiedziałam. Kelnerka przyniosła nasze napoje. Wznieśliśmy toast, Maciek za moje urodziny, a ja za naszą przyjaźń. Zjadłam połowę swojej pizzy, a połowę oddałam Maćkowi, który nie najadł się swoim spaghetti. Zamówił dla mnie trzeci kieliszek wina, tłumacząc się tym, że nie mogę się nudzić, gdy on niekulturalnie będzie pożerał moją pizzę. – Twoje zdrówko – powiedziałam tylko podnosząc kieliszek i upiłam spory łyk.  Po zjedzeniu i wypiciu wszystkiego, co mieliśmy na stole, ledwo się ruszając poprosiliśmy o rachunek. Jak zwykle czekała nas kilkuminutowa kłótnia o to kto płaci, ale wreszcie odpuściłam, wiedząc, że nie mam szans z upartym Musiałem. Powiedział, że to był ciąg dalszy prezentu urodzinowego jaki dla mnie przygotował. Podziękowaliśmy i udaliśmy się do wyjścia.

Następnym punktem dzisiejszego dnia był spacer. Stwierdziliśmy, że zostawimy samochód pod restauracją i stąd zaczniemy naszą wycieczkę. Maciek wymyślił, że pójdziemy do Parku Łazienkowskiego pokarmić kaczki i pobiegać za wiewiórkami. Niby pomysł świetny, ale mieliśmy dwa kilometry w jedną stronę… Dobrze, że zdecydowałam się na wygodne botki na koturnie, a nie te na ogromnej szpilce. Pomyślałam, że raz się żyje, będziemy mieli więcej czasu dla siebie. Pogadamy, pomilczymy i pocieszymy się swoim towarzystwem. Po czterdziestu minutach dość rytmicznego spaceru byliśmy na miejscu. Kupiliśmy po drodze jeszcze francuską bagietkę dla kaczek, ale połowę zjedliśmy pomimo pełnych brzuchów. Usiedliśmy na marmurowych schodkach przed stawem i odrywaliśmy kawałeczki pieczywa rzucając je do wody. W sumie to najpierw wrzucaliśmy do wody, a potem wrednie celowaliśmy w kaczki konkurując kto ‚ustrzeli’ ich więcej. Niebo zaczęło się chmurzyć, chciałam już wracać do samochodu bojąc się, że złapie nas deszcz, ale Maciek stwierdził, że on zna się na takich rzeczach i z tego rodzaju chmur na pewno nie spadnie ani kropla wody. Uspokojona jego zapewnieniami cieszyłam się z mijającego już powoli dnia. Cieszyłam się z niego aż przez niecałe dziesięć minut, do czasu, gdy pierwsze krople deszczu uderzyły cichutko o marmur. Teraz nie dałam już sobie muydlić oczu, tylko ciągłam za sobą Maćka do bramy parku, a następnie w stronę restauracji pod którą zostawiliśmy auto. Nie byliśmy nawet w połowie drogi, a lekka mżawka zamieniła się w rzęsisty deszcz. Wyciągnęłam z torebki parasol, rozłożyłam go i… okazało się, że jest zepsuty! Najpierw się wściekłam. Po jaką cholerę ktoś wkłada do komody zepsuty parasol zamiast od razu go wyrzucić?! Następnie śmiejąc się głośno sama wyrzuciłam go do kosza. Przed nami jeszcze co najmniej pół godziny szybkiego marszu, a my już byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Przestało mi to jednak przeszkadzać i świetnie bawiliśmy się całą drogę. Wrzucaliśmy się do kałuż, Maciek nawet stanął pod dziurawą rynną udając, że bierze prysznic, w sumie oboje wyglądaliśmy tak jakbyśmy pod nią stali. Wreszcie udało nam się dotrzeć do auta.
___________________________________
helo laski! Przepraszam, że tak długo
nic nie wstawiłam, ale mam niezły
sajgon w domu:( ehh, szkoda gadać :(

i jeszcze ten spam. Wyobrażacie sobie,
że przez trzy dni na moim blogu pojawiły
się 53 komentarze od spamerów?
M A S A K R A !

Od teraz mam włączoną opcję, że nawet
jeśli w komentarzu pojawi się jeden
link zostanie on od razu przeniesiony do
zatwierdzenia. (chodzi mi o linki typu
hiperłącze, te niebieskie w które klikamy
i przenoszą nas na daną stronę.)
Ale nie martwcie się, sprawdzam każdy
komentarz i te które są od WAS, moich
czytelniczek od razu zatwierdzam i pokazują
się pod rozdziałami, a reszta ląduje w
folderze SPAM.

Ech, idę zatopić smutki… Buziaki:*

Rozdział 117.

Tak bardzo się cieszę na spotkanie z Maćkiem! Mam nadzieję, że chociaż na chwilę odgonię od siebie czarne myśli i wspomnienie mojej zguby. Gdy sobie pomyślę, że widziałam go do tej pory tylko raz i zostały nam tylko dwa spotkania do mojego wylotu mam ochotę być obok niego dwadzieścia cztery godziny na dobę. Oczywiście nie mogę mu o tym powiedzieć, bo jestem więcej niż pewna, że szlachetnie spełniłby moją prośbę i nie odstępował mnie na krok, a przecież musi chodzić do szkoły i do pracy… Jestem już gotowa i czekam wypatrując w oknie przyjaciela. Ma przyjechać po mnie do domu, a potem pojedziemy na miasto coś zjeść i pospacerować. Cały poranek padało i bałam się, że nasz plan spaceru nie wypali, ale teraz się rozpogodziło. Przezornie jednak podchodzę do komody i wyciągam z niej składaną parasolkę którą wrzucam do torebki. Gdy wróciłam do wyglądania przyjaciela przez okno, moje serce dostało palpitacji. A to wszystko dlatego, że na moim podjeździe stało czarne Audi Maćka. Biegiem rzuciłam się w stronę schodów, a gdy mniej więcej w połowie drogi Maciek nacisnął na dzwonek, to tylko przyspieszyło mój szaleńczy bieg. Ciężko łapiąc powietrze otworzyłam mu drzwi – Cześć Maciek! – wydyszałam – Cześć Oli, co ci się stało? – zapytał zdziwiony przyglądając mi się uważnie – Nic, biegłam żeby otworzyć ci drzwi. Nie przytulisz mnie na powitanie? – spojrzałam na niego spod byka, a chłopak od razu wziął mnie w ramiona – Przytulę, przytulę, po prostu się przestraszyłem, że coś ci się stało, albo źle się czujesz – Wszystko jest okej – upewniłam go robiąc krok w tył. – Co dziś robimy? Zjemy coś? Jestem taka głodna! – powiedziałam – To tak jak ja. – odpowiedział – Więc jedźmy już, a w samochodzie zastanowimy się gdzie pójdziemy, okej? – zaproponowałam – Świetny pomysł blondi, chodź. – Przewróciłam oczami, co wywołało uśmiech na twarzy Maćka, a ten z kolei uśmiech na mojej. To jak reakcja łańcuchowa „You smile – I smile” jak śpiewał Bieber. Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w stronę Warszawy. – O mam coś dla ciebie! – wypalił nagle Maciek, otworzył schowek i zaczął czegoś w nim szukać wysypując masę papierów, śmieci i milion innych rzeczy pod moje nogi, zupełnie nie zwracając uwagi na drogę – Zwariowałeś?! Patrz przed siebie! Sama sobie tego poszukam! – zawołałam wystraszona – Przecież patrze przed siebie. Wyluzuj Oli. Poza tym, chyba nie będziesz mi grzebać w schowku. Mam tam swoje osobiste rzeczy – zrobił zniesmaczoną minę i pokręcił głową z poważną miną, po czym uśmiechnął się serdecznie. – Głupek – skomentowałam z uśmiechem przewracając oczami – O jest! Proszę! – Wręczył mi małą, szarą papierową torebkę i zamknął schowek. Przeszczęśliwa, że w końcu skupił się na drodze odetchnęłam w ulgą kładąc torbę na kolanach – Nawet nie zobaczysz co to? – Zapytał chłopak z lekko smutną miną. Od razu zajrzałam do torebki. – O mój perfum! Dziękuję! Wydałam na nie całą kasę, którą dostałam od dziadków pod choinkę – ucieszyłam się na widok buteleczki od Valentino – Tam jest coś jeszcze. Sprawdź dokładnie – zaciekawiło mnie to i od razu znów włożyłam rękę do torebki. Rzeczywiście na dnie coś było – Może to i mało oryginalne, bo ci z 1D mnie wyprzedzili, ale chciałem, żebyś miała też coś co będzie ci o mnie przypominać w Anglii. Chciałem ci to przysłać, ale zjawiłaś się w Polsce, więc mam okazję wręczyć ci go osobiście. – Jest śliczna – powiedziałam z zachwytem oglądając uważnie prezent od Maćka, przecudowną bransoletkę. Była to srebrna żyłka, a na niej nawleczone wisiały trzy koraliki białe koraliki; pierwszy z czarną  literą ‚O’ drugi z soczysto czerwonym sercem i obok trzeci również biały z czarną z literką ‚M’ – Nie trzeba było – dodałam – Jak to nie? To Twój spóźniony prezent urodzinowy. Zastanawiałem się czy w ogóle ci go dać, było mi trochę wstyd, bo nawet się nie umywa do tego który dali ci tamci… – Żartujesz?! Ona jest przepiękna! To najlepszy prezent jaki mogłeś dla mnie znaleźć. – powiedziałam szczerze zapinając bransoletkę na prawym nadgarstku – Serio? – zapytał nieśmiało – Bardzo serio. Dziękuję. Już zawsze będę ją nosić… o ile… znowu jej nie zgubię. – powiedziałam robiąc kwaśną minę i uderzając tyłem głowy o miękki zagłówek siedzenia samochodu – Nie martw się, tamta bransoletka na pewno leży gdzieś i czeka na ciebie. Znajdzie się – pocieszał mnie chłopak gładząc wierzch mojej dłoni – Nie znajdzie się. Szukałam już wszędzie. Jestem beznadziejna. – użalałam się nad sobą. – Nie jesteś, nie gadaj głupot. Nie psuj sobie humoru, Oli! To ma być nasz dzień. Wieczorem pomartwimy się o resztę co? – zaproponował – Okej, poużalamy się wieczorem – po chwili ciszy Maciek znów się odezwał – Olii? – zaczął nieśmiało, jakby wiedział, że lepiej gdyby o to nie pytał, ale zjadała go ciekawość – …tak właściwie to ta bransoletka od tego boysbandziku była droższa niż średniej klasy samochód, co? – Była droższa niż auta z wyższej półki – odpowiedziałam głośno wzdychając – Droższa niż Porsche twojego taty? – zapytał zdziwiony – Ehe – odpowiedziałam tylko – Wow, nieźle. Na twoim miejscu też odchodziłbym od zmysłów. Zgubić takie drogie świecidełko! – zawołał po czym, od razu zmieszał się zdając sobie sprawę jaką gafę popełnił i widząc moją minę – Noo, to znaczy takie rzeczy się zdarzają… wiesz nie mamy na to żadnego wpływu. Po prostu mamy pecha… jedni gubią drogie rzeczy, inni rozbijają drogie auta, eee to znaczy… – Maciek, słońce, błagam. Możesz mnie już więcej nie pocieszać – spojrzałam na niego błagalnym wzrokiem – Przepraszam – odpowiedział tylko. Po czym zaczął opowiadać mi na o tym, że był ostatnio na horrorze z kolegami i że wszyscy piszczeli ze strachu głośniej niż grupa dziewczyn która siedziała obok nich. Zaczął mnie zasypywać anegdotkami z swojego życia, byleby zrekompensować mi swoją gafę. I udało się mu. Tym sposobem zapomniałam o wszystkich troskach. Pomartwimy się wieczorem. Stwierdziłam też, że dopiero wieczorem powiem mu o tym, że za dwa dni wylatuję do Stanów. Tak jak już mówił, nie ma co psuć tak świetnie zapowiadającego się dnia.